Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie
Vivienne
Jako, że nie chcieliśmy by hrabia dowiedział się o pogrzebie Erona, musieliśmy wybrać na jego organizację odpowiednią godzinę. Uznaliśmy, że najlepszą porą będzie późny wieczór, kiedy żadne z nas nie jest już raczej wzywane do komnaty Forklesa, ani on sam jej nie opuszcza.
Kiedy wybiła godzina dwudziesta, po cichu wymknęłam się razem z Arturem z zamku. Aureliano nie chciał wzbudzać podejrzeń, dlatego polecił, aby każdy z uczestników opuszczał zamek w dłuższych odstępach. Adamanta miała przybyć jako ostatnia. Czy ktoś jeszcze był zaproszony - tego nie wiedzieliśmy.
- Miasto o tej porze wydaje się być całkiem inne - powiedziałam, kiedy wyjechaliśmy konno na ciemne uliczki. Odetchnęłam głęboko, delektując się rześkim powietrzem.
Pojechaliśmy okrężną drogą, nie chcąc trafić na któryś z nocnych patroli. Nawet specjalnie na tę okazję pozbyliśmy się karmazynowych peleryn. Bez nich mogliśmy się z łatwością wtopić w zacienione otoczenie.
Co jakiś czas mijaliśmy grupki rozbawionych i hałasujących ludzi, wracających z wieczornych zabaw. Oprócz nich po ulicach tułali się okoliczni żebracy, szukając skrawka dachu do schronienia się przed lekkim deszczem. Parę razy zobaczyłam niewielkie karoce, szybko mknące po kamiennych, wyboistych drogach. Na takie było stać tylko najzamożniejszych z Zachodniej dzielnicy lub czarodziejów. Poza tymi wyjątkami, miasto było praktycznie puste.
Dla kogoś obcego mogło się wydawać w tym momencie piękne, a może i bezpieczne. Nawet czasem mnie ogarniały takie myśli. Kiedy patrzyłam na ceglane budynki, lśniące blaskiem latarni, nagle wydawały się być mniej odrzucające. Nie wyglądały, jakby miały się zaraz zawalić. Okna, niektórych z nich jarzyły się żółtym, ciepłym światłem. Przejeżdżając obok, słyszeliśmy gwar szykujących kolację ludzi. Śmiech dzieci przebijał zgrzyt talerzy, po których z zapałem jeździły sztućce.
Wierzyłam, że dzięki takim chwilom, jest jeszcze nadzieja dla Miasta Cieni. Może, gdyby nie hrabia, to miejsce cieszyłoby się lepszą reputacją. Może dałoby się w nim spokojnie żyć.
- Vivienne, czy ty naprawdę myślałaś o tym, żeby skorzystać z usług nekromanty? - spytał Artur chłodnym tonem, zwiastującym kłótnię.
- Tak, przeszło mi to kiedyś przez myśl - odparłam stanowczo. Nie chciałam mu dać za wygraną, że jest mi niby wstyd z tego powodu. - Tyle, że szybko porzuciłam ten plan, wiedząc jak wiele ryzykuję.
- Następnym razem informuj mnie o takich sprawach - burknął, taksując mnie zdenerwowanym wzrokiem. - Cholera, Viv, mogłaś zginąć, albo jeszcze i mnie przypadkiem w to wciągnąć!
- Rodzice zrobiliby to samo dla nas, gdyby role się odwróciły. Zresztą to już nieważne, bo nic się nikomu nie stało - warknęłam, nie rozumiejąc po co ciągnie dalej tę dyskusję.
- Mówiłem ci już, żebyś przestała odwracać kota ogonem, to do niczego nie prowadzi.
- A ja prosiłam, żebyśmy już o tym nie rozmawiali. Co cię dzisiaj ugryzło, że się tak na mnie wyżywasz?
- Nie mogę przestać o tym mówić, bo nie mogę sobie wyobrazić, jak mogłaś wpaść na tak głupi i lekkomyślny pomysł - prychnął, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Jeszcze, że niby rodzice by tak zrobili? Jakby mama usłyszała to dopiero byłaby zawiedziona, a tata-
Nie zdążył dokończyć, bo w jego stronę już poleciała moja wiązka magii, która uniosła go z siodła i zrzuciła na ziemię. Artur klnąc pod nosem, podniósł się, zaskoczony tym nagłym atakiem. Zawróciłam konia tak, że znalazłam się naprzeciwko niego. Uniosłam się w strzemionach, spoglądając na brata wściekłym wzrokiem. Ból jaki mi sprawił tymi słowami był niewyobrażalny.
- Nigdy więcej tak nie mów - warknęłam przez zaciśnięte zęby. Poczułam jak do oczu napływają mi łzy. - Słyszysz?!
- Przepraszam Viv… nie wiem, co we mnie wstąpiło - odparł, lekko się jąkając, ale ze szczerym wyrazem skruchy na twarzy.
- Skoro tak bardzo nie umiesz sobie wyobrazić, dlaczego wpadłam na taki pomysł, to ja ci wyjaśnię, bo widocznie wzrok twój nie sięga dalej niż twój nos - powiedziałam już nieco bardziej opanowanym głosem. - To było w Północnej dzielnicy, więc odpowiedź jest prosta, Arturze. Chciałam po prostu umrzeć. Wolałam poświęcić swoje życie, by tylko oni mogli wrócić. Taka jest prawda. Dlatego też taka była cena wyznaczona przez nekromantę.
Patrzyłam jak Artur z każdym moim słowem, coraz bardziej bladł. Próbował coś powiedzieć, ale nagle nie mógł znaleźć żadnych słów. Jednak mnie to nie obchodziło. Chciałam, żeby zrozumiał, ale chciałam też żeby wiedział. Po tym jak złość mi przeszła, poczułam pewnego rodzaju ulgę, że jedyna, bliska mi osoba, w końcu to usłyszała. Co nie zmienia faktu, że słowa Artura bardzo mnie dotknęły.
- A wiesz, dlaczego zrezygnowałam z nekromanty? - spytałam łagodnie, siadając wygodniej w siodle. - Bo kiedy dowiedział się, że mam brata, to stwierdził, że bez twojej krwi się nie obejdzie. Jesteśmy bliźniętami, więc łączy nas wyjątkowa więź, która jest w stanie przywrócić naszych rodziców. Ceną jest jednak śmierć. Nie mogłam ci tego zrobić, bo wiedziałam, że pomimo trudów oraz ciężkich chwil ty kochasz życie. Dlatego spróbowałam wziąć z ciebie przykład i też się nim cieszyć.
- Czy udało ci się? - spytał cicho, nie patrząc w moją stronę.
- Jakkolwiek raczej nie można się ze zbyt wielu rzeczy cieszyć w naszej obecnej sytuacji, to myślę, że tak. Po prostu za cel obrałam sobie, że póki żyję, to będę dążyła do tego, żeby w Mieście Cieni się lepiej wiodło takim jak my.
Odetchnęłam głęboko, próbując odegnać ponownie napływające do oczu łzy. Spojrzałam na wyraźnie zawstydzonego i przybitego Artura. Będąc tak nadopiekuńczym widział problem tam, gdzie go nie było, a nie dostrzegał tych najoczywistszych. W dodatku w czasie, gdy przebywaliśmy w Północnej dzielnicy bardzo się od siebie oddaliliśmy. Dlatego zależy mi teraz na tym, byśmy nie powtórzyli tej sytuacji. Koniec, końców nie mogłam się na niego dłużej gniewać.
- Zresztą błagam cię, miałabym przegapić kolejne dni, w których mogłabym ci dokuczać? - powiedziałam, podjeżdżając do niego bliżej i wyciągając rękę w jego stronę. - Co ty na to?
- Wykończysz mnie kiedyś nerwowo, przysięgam - powiedział z uśmiechem na twarzy, ściskając moją dłoń.
Zaśmiałam się, wiedząc, że to prawda, po czym zwróciłam konia we właściwym kierunku. Poczekałam aż Artur wdrapie się na swojego, a po chwili ponownie spokojnym tempem przemierzaliśmy uliczki miasta. Po jakimś czasie, przed nami ukazał się znajomy widok trawiastych pól. Z lekkim niepokojem rozglądałam się dookoła siebie, szukając ukrytych szpiegów hrabiego. Na szczęście poza cicho szeleszczącymi na wietrze kłosami zboża, nic nie było ani słychać ani widać. Wreszcie dostrzegliśmy także niewielki las, w którym stał dom Erona, więc tam też się skierowaliśmy.
- Chyba jesteśmy na miejscu - powiedział Artur, hamując lekko swojego konia. Zwierzę machnęło wesoło łbem, witając pozostałych gości.
Oprócz nas na miejscu był już Aureliano, razem z kilkoma miejscowymi. Stali trochę dalej, rzucając nam od czasu do czasu niepewne spojrzenia. Zastanawiałam się czy ta nieufność wynikała z ich przyzwyczajenia, czy może domyślili się, że jesteśmy marerittami. Ciekawe czy wiedzieli, że Eron również nim był. A może uważali go po prostu za miłego i cichego sąsiada, który od czasu do czasu dzielił się swoimi upolowanymi w lesie zdobyczami.
- Witaj generale - powiedziałam, zsiadając z konia.
- Vivienne, Artur - Aureliano skinął nam głową. - Mam nadzieję, że nie było żadnych komplikacji?
- Nikt nas nie widział, a nawet jeśli to był zbyt pijany by nas zapamiętać - odparł Artur lekko rozbawiony.
- Wiem, że nie macie żadnego obowiązku ani powodu by tu dzisiaj być, ale wam dziękuję. Pewniej się czuję w waszym gronie, bo obawiam się, że jeszcze chwila i wbiliby we mnie widły - szepnął, wskazując na grupę ludzi.
- Czułam, że chociaż znałam go tylko chwilę, to jednak powinnam tu być.
Aureliano ścisnął mnie delikatnie za ramię, smutno się uśmiechając. Potem wdał się w rozmowę z Arturem, dotyczącą nowych rozporządzeń hrabiego. Nie podobał im się fakt, że Forkles zamiast prowadzić nieco spokojniejszą strategię, wysyłał duże grupy Rubinów w sam środek Północnej dzielnicy, chcąc w końcu ją sobie podporządkować. Oczywiście mało kto wracał stamtąd żywy.
Nie chciałam słuchać tych ponurych raportów, ani też im przeszkadzać swoją smętną miną, więc zbliżyłam się nieco do grupy pozostałych żałobników. Zachowałam odpowiedni dystans, by móc słyszeć o czym rozmawiają oraz żeby i oni czuli się komfortowo.
Było ich razem pięć osób. Dwóch starszych mężczyzn, trzymających zardzewiałe łopaty, paliło fajki, co jakiś czas wymieniając ze sobą parę słów, o tym co dzieje się na ich farmach. Obok nich stała kobieta, mająca piękny, gruby warkocz, owinięty w ręcznie haftowaną czarną chustę, zaciągniętą na całą głowę. Przysłuchiwała się tego, co mówią mężczyźni i potakiwała ze zrozumieniem, gdy narzekali na wyjątkowo suchą glebę w tym roku. Natomiast tuż przy grobie siedziała dziewczyna i mały chłopiec. Co jakiś czas cicho pociągała nosem, przytykając do niego materiałową chustkę. Chłopczyk wtulał się w nią, próbując ją pocieszyć. Oboje trzymali bukieciki kwiatów, związane cienką tasiemką.
Poczułam lekkie ukłucie w sercu na ten widok. Pewnie dobrze znali Erona, może nawet się z nim przyjaźnili. Byli młodzi, więc z pewnością mniej nieufni, niż ich starszyzna. Szkoda, że większość z nich z tego wyrasta, pod wpływem surowego nauczania rodziców.
Spojrzałam na zegarek, który wskazywał, że zbliżała się już godzina dwudziesta druga. Zastanawiałam się, czy Adamanta już powinna być. Mam nadzieję, że dotrze tu bez większych komplikacji. Gdy uniosłam głowę, dostrzegłam ruch w pobliskich krzakach. Odruchowo dotknęłam sztyletu przy pasie, aby w razie niebezpieczeństwa od razu z niego skorzystać.
Jednak po chwili mogłam go schować, bo oto przede mną stał nie kto inny jak Edward.
- Co tu robisz? - spytałam wyjątkowo zdziwiona jego obecnością.
Spodziewałam się każdego, ale na pewno nie jego. W końcu domyśliłam się, że nie darzy matki hrabiego pozytywnym uczuciem. Nie obrzucił mnie nawet spojrzeniem, zbyt zajęty analizowaniem osób, które z nami tu były. Stojąc, opierał ciężar ciała na główce laski, która była wyrzeźbiona na kształt kruczej głowy.
- To samo co wy - odparł chłodnym głosem. - Czułem dziwny przymus bycia tutaj.
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Wyglądał na zmęczonego, tak jakby w ogóle nie spał od ostatniej walki. Niesforne kosmyki jego czarnych włosów opadały mu na oko, przysłaniając bliznę. Odgarniał je, ale za chwilę znów powracały na swoje miejsce.
- Aż tak źle wyglądam? - spytał, lekko unosząc kąciki ust, zauważając że mu się od dłuższej chwili przyglądam.
- Nie najgorzej - odparłam zdawkowo. - No może tylko trochę. Tak jakby cię koń stratował.
W odpowiedzi jedynie lekko westchnął. Chyba nie chciał kontynuować tematu, więc postanowiłam go nie męczyć. Oboje wpatrywaliśmy się w grupę ludzi. Dopiero teraz zauważyłam, że obok mężczyzn stoi drewniana trumna. Była zbudowana z kilkunastu desek, zbitych razem za pomocą metalowych gwoździ. Niektóre z nich lekko odstawały i miały sporo wystających drzazg. Ktoś widocznie zbijał ją w szybkim tempie. Na samej górze widniał wyrzeźbiony herb Miasta Cieni.
Aureliano wciąż pogrążony w rozmowie z moim bratem, nie zauważył obecności Edwarda. Natomiast Artur stał na wprost nas, więc od razu go dostrzegł. Zmarszczył lekko brwi, będąc zdziwionym jego pojawieniem się. Wzruszyłam ramionami na znak, że też nie wiem dlaczego tu jest. Jeszcze przez chwilę patrzył na nas, głęboko nad czymś myśląc, ale ostatecznie wrócił do rozmowy z generałem.
- Skoro ja nie przepadam za Adamantą, to ty musisz jej nienawidzić, więc dlaczego postanowiłeś przyjść? - spytałam odwracając się do Edwarda.
- Nienawiść to zbyt łagodne słowo, opisujące moją relację z matką hrabiego - prychnął, zaciskając rękę na kruczej głowie. - Jednak oto tu stoję, nie wiedząc nawet po co.
- Myślę, że jesteś tu, bo nie możesz się pogodzić z myślą, że tuż pod twoim nosem działo się coś o czym nie wiedziałeś. W dodatku coś tak dużego i szokującego. A ty musisz znać każdą tajemnicę, prawda?
Dostrzegłam jak jego maska na chwilę opadła. Patrzył na mnie, wyraźnie zaskoczony moimi słowami. Sam nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo widoczne jest jego zagubienie w tej sytuacji. To było dziesięć lat temu, był dzieckiem, w dodatku pilnie strzeżonym przez Froklesa. Ja też wtedy wielu rzeczy nie dostrzegałam, to zrozumiałe. Dlatego nie mam pojęcia skąd u niego taka obsesja na punkcie kontroli wszystkiego co się dzieje dookoła.
- Nie wiem, skąd ci to przyszło do głowy - burknął, a na jego twarz znów powrócił, maskujący emocje chłód.
- Dużą podpowiedzią było twoje zachowanie w stosunku do mnie. A raczej do moich wspomnień - odpowiedziałam, krzyżując ręce na piersi. Obawiam się, że nigdy mu tego nie zapomnę.
- A ja myślę, że gdybyś była na tyle zdolna i silna, żeby przebić moje własne bariery, weszłabyś do mojej głowy bez zastanawiania się.
- Najpierw bym uszanowała twoją prywatność i spytała czy mogę, a już na pewno nie grzebałabym w tych, które ewidentnie oznaczone są jako niedostępne dla wścibskich osób - powiedziałam, taksując go wymownym wzrokiem.
- Ach, spytałabyś? - na jego usta wpłynął kpiący uśmiech. - Tak jak spytałaś Erona, zanim poprosiłaś mnie bym przeskanował jego głęboko ukryte wspomnienia?
Zamilkłam, zawstydzona jego słowami. Próbowałam nie patrzeć na niego, na to jaki był zadowolony z tego, jak szybko zrobił ze mnie hipokrytkę. Jednak nienawidziłam bardziej tego, że rzeczywiście miał rację. Wspomnienia Erona zostały z niego siłą wyciągnięte, tak jak Edward zrobił to z moimi. Tyle, że przy tym pierwszym ja sama mu pomogłam. Z tym, że weszłabym do jego głowy, gdybym tylko mogła, też miał rację. Czułam jak zakłopotanie oblewa moje policzki czerwoną barwą.
- Wydaję mi się, że wcale tak bardzo się nie różnimy - powiedział cicho, spoglądając na mnie z groźnym błyskiem w oczach.
- Ja nie zabijam dla przyjemności - warknęłam sfrustrowana jego nagłą śmiałością.
- A dla zemsty?
Nie chciałam odpowiadać na jego pytanie. Czekał na to, bo wiedział, że dzięki temu pozna kawałek mojej duszy. Nie miałam zamiaru dać mu tej satysfakcji. Zamiast tego podeszłam bliżej, uniosłam głowę i spojrzałam pewnie w jego oczy o hipnotyzującej barwie szmaragdu. Nie próbował unikać mojego wzroku, ani nawet się poruszyć.
- Jest jedna rzecz, która nas łączy - powiedziałam po chwili, starając się zignorować fakt, że jedno z jego oczu zrobiło się nieco ciemniejsze.
- Jaka?
- Oboje zostaliśmy skrzywdzeni przez świat i ludzi w nim żyjących. W dodatku nie umiemy się w nim odnaleźć, czepiając się wszystkiego co nam rzuci, byle tylko utrzymać się na jego powierzchni.
Po tych słowach odruchowo dotknęłam opaski na oku, będącej nieprzyjemnym przypomnieniem kim w środku jestem. Edward nic nie odpowiedział, jedynie jego oko nagle stało się całe czarne. Moc jaka od niego biła była przerażająca i spowijała chłodem całe otoczenie. Jednak nie odsunęłam się.
- Być może masz rację, Vivienne - jego łagodny głos całkiem nie pasował do otaczającej go w tej chwili aury. - Dobrze jest słyszeć, że ktoś pomimo takiego życia, wciąż stara się przetrwać. Natomiast ja już dawno w tym świecie zatonąłem.
Zamrugałam kilka razy, zdziwiona jego wyznaniem. Jednocześnie poczułam niewielką nić porozumienia, bo przypominał mi siebie sprzed kilku lat. Tyle, że nie da się ukryć, jego sytuacja jest znacznie gorsza, niż moja kiedykolwiek mogła być.
- Ja… - zaczęłam, nie wiedząc za bardzo co powiedzieć.
- Błagam, tylko nie mów, że jest ci bardzo przykro z tego powodu - powiedział, ciężko wzdychając. Jego oko z powrotem wróciło do normalnego koloru. - Pogodziłem się z faktem czym jestem i jak prawdopodobnie skończę. Nie ma tu miejsca do użalania się nad sobą.
- Nie o to mi chodziło - burknęłam, odsuwając się od niego i stając obok. - Po prostu uważam, że nie powinieneś się poddawać. Zwłaszcza, że nie jesteś taki zły za jakiego się uważasz. Uratowałeś wiele marerittów przed śmiercią w szeregach Rubinów.
- Gdybyś znała mnie dłużej, to pewnie zmieniłabyś zdanie.
- Być może - odparłam, wzruszając ramionami i lekko się uśmiechając. - Ale tylko dlatego, że najpewniej wykończyłoby mnie twoje ogromne ego.
Nic nie odpowiedział, ale kątem oka dostrzegłam jego lekko uniesione kąciki ust. Nawet w okazywaniu emocji jest równie tajemniczy, co w udzielaniu informacji na swój temat. Mogłabym w kółko próbować go podejść, żeby cokolwiek mi zdradził, a on i tak będzie o dwa kroki do przodu.
Miałam już pytać Edwarda o to, jak idą przygotowania do naszego planu, kiedy znów dostrzegłam poruszenie w krzakach. Po chwili dostrzegłam lekko zdyszaną Adamantę, ubraną w schludny i dopasowany mundur wojskowy. Obrzuciła wszystkich wyniosłym wzrokiem, póki nie zatrzymała go na Edwardzie. Wtedy jej oczy wściekle się rozszerzyły.
- A on co tutaj robi?
Komentarze
Prześlij komentarz