Pustka

Błądzę bezradnie w czarne ciemności,
Wszędzie słyszę złowróżbne skowycie,
Oczy me mrok w ciemnościach zwodzi,
Nawet dotyk już nic tu nie poradzi.

A jednak brnę dalej, w tę bezkresną toń.
Czuję koszmarów ciemności nęcącą woń.
Ciche zawodzenie wypełnia głowę,
Zabierając mego myślenia swobodę.

Wielka niemożność zalewa trzewie,
Próbuje choć jeden oddech wziąć, czuję mrowienie.
Ku mej rozpaczy, więcej się wlewa,
Nie płuca wołają, lecz głowa.

Zbyt głęboko, by mieć nadzieję,
Na zbawienne światło, co mękę rozwieje.
Widać koniec mój wkrótce nadejdzie,
Czuję dopadające mnie zmęczenie.

I wtem perlisty śmiech z piersi mej się wydarł.
Przerażonych koszmarów krąg zamarł.
Echem odbijał się od dna głębokiego,
Stawiając na nogi każdego zmarłego.

Lecz znikł tak prędko, jak się pojawił,
Przechodząc w szloch, serce me dusił,
Nie dawał wyczekiwanego wytchnienia,
Przypominał o wielkości mego zrozpaczenia.

Wniosek z tego był łatwy.
To wszystko dzieje się, w środku mej własnej głowy.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie