Rozdział 1 Przekleństwo, czy może też cud?
Vivienne
Obudził mnie odgłos, obijających się o siebie naczyń oraz ciche i nerwowe szepty. Lekko uchyliłam powieki, jednak po chwili ponownie je przymknęłam, kiedy oślepiło mnie jaskrawe światło promieni słonecznych. Przewróciłam się na drugi bok i zaczęłam się przyglądać małemu, pulchnemu chłopcu, który obok mnie cicho pochrapywał. Szturchnęłam braciszka, próbując go obudzić, jednak ten spał twardym snem, mamrocząc coś pod nosem.
Podniosłam się na łóżku i usiadłam po turecku, przyzwyczajając wzrok do dziennego światła. Gdy już mogłam patrzeć, bez potrzeby mrużenia oczu, rozejrzałam się po pokoju. Nasz dom nie był duży, ani bogato wystrojony. Była to mała izdebka, w której znajdowały się dwa łóżka oraz niewielka kuchnia. Wszędzie walały się książki i przeróżne papiery, a także sterta ubrań czekająca na zacerowanie. Zeszłam z łóżka i podreptałam do niewielkiego kominka, stojącego w rogu izby. Kiedy poczułam otulające ciepło, ponownie zachciało mi się spać, lecz wtem czyjeś silne ręce chwyciły mnie z tyłu i podniosły do góry.
- A co to się stało, że nasz śpioch już wstał? - zapytał tata, uśmiechając się do mnie serdecznie.
- Tato postaw mnie, nie mam już sześciu lat. Jestem nastolatką - powiedziałam zmarszczona, dobitnie zaznaczając ostatnie słowo. - A obudziła mnie mama krzątająca się w kuchni i wasze "ciche" rozmowy.
- Oj, wybacz księżniczko zapomniałem, że masz strasznie lekki sen - odrzekł, po czym pocałował mnie w policzek i postawił na podłodze. - A twój braciszek, jak zwykle niewzruszony. Może go obudzimy? - spytał, mrugając do mnie z uśmiechem na ustach.
Pokiwałam głową i chwyciłam go za rękę. Tata chwycił po drodze, dwa zwoje papieru i zwinął je w rurkę, wręczając mi jeden. Podeszliśmy do brzegu łóżka, pochyliliśmy się nad głową chłopca i przyłożyliśmy tuby do ust.
- Wstawaj Artur! Wstawaj! - krzyknęliśmy, a dzięki tubom, dźwięk został spotęgowany do tego stopnia, że chłopiec aż spadł z łóżka, rozglądając się z przerażeniem wokół.
- Mamooo! - zawył poirytowany. - Znowu mi to zrobili! - razem z tatą zaczęliśmy się zwijać ze śmiechu, widząc żałość na twarzy Artura, lecz po chwili oboje dostaliśmy po mocnym uderzeniu ścierką od mamy, która przybiegła zaalarmowana krzykiem syna.
- Vivienne jestem w stanie wybaczyć, bo to dziecko, ale żeby taki stary koń, jak ty się w takie rzeczy bawił? Zlituj się! - fuknęła na męża i podniosła Artura z ziemi, otrzepując go z kurzu.
- Dobrze wiesz mamusiu, że inaczej się go nie obudzi - mruknęłam, próbując ponownie się nie roześmiać.
- Nie mam do was siły - westchnęła zrezygnowana. - Szybko się ubierzcie i chodźcie na śniadanie - dodała, zmierzając już w stronę kuchni.
Ruszyłam biegiem w stronę drzwi, prowadzących do łazienki, aby być tam przed bratem, lecz ten po drodze pociągnął mnie za warkocz, przez co upadłam na podłogę. Spojrzałam na niego zła, ten zaś uśmiechnął się do mnie zwycięsko, że udało mu się odwdzięczyć, za uroczą pobudkę.
Po porannych czynnościach, przybiegliśmy do kuchni, gdzie mama już kończyła przyrządzać nam kanapki. Wręczyła nam po dwie i pocałowała nas oboje w głowy. Z zawrotną szybkością zjedliśmy śniadanie i chwyciliśmy kurtki, aby móc już wybiec na dwór i pobawić się z innymi dziećmi na placu, kiedy z tyłu usłyszeliśmy chrząknięcie. Spojrzeliśmy w tył i zobaczyliśmy, stojąca mamę, z opartymi na bokach rękoma. Po chwili zrozumieliśmy o co jej chodziło i podbiegliśmy do niej, mocno się przytulając.
- Kochamy cię! - powiedzieliśmy jednocześnie, a potem szybko ucałowaliśmy tatę w oba policzki.
Artur zdążył już wybiec przez drzwi i krzyknął do mnie, żebym się pospieszyła. Szybko zawiązałam na szyi zielony szalik oraz wciągnęłam na nogi wysokie buciki. Kiedy miałam już dołączyć do brata, zatrzymałam się i odwróciłam. Spojrzałam na rodziców i pomachałam im na odchodne. Nie wiem dlaczego, ale gdzieś w środku miałam przeczucie, że muszę zapamiętać tą chwilę, jakbym miała już tu nigdy nie wrócić. Lekko przestraszona swoimi myślami, potrząsnęłam głową i zamknęłam drzwi od domu, po czym w podskokach dołączyłam do Artura.
Jako, że było dopiero przed południem, Miasto Cieni wiało pustką i grozą. Wszystkie sklepy były wciąż pozamykane i zabite spróchniałymi deskami, przez co straszyły swoim obskurnym wyglądem. Budynki nie wyglądały wcale lepiej, niektórych wręcz nie dało się tym mianem określić. Każdy wyglądał inaczej, jedne ceglane, drugie drewniane, a jeszcze inne to po prostu była sterta poskręcanych na szybko kawałków drewna, z brakującymi oknami. Tu nie chodziło o wygląd, ani wygodę, po prostu miało być coś, co zapewniłoby nam jakiś dach nad głową. Myśl o tym, że miałabym chodzić po tych ulicach w nocy lub sama przerażała mnie tak bardzo, że praktycznie wszędzie ze sobą zabierałam brata, nawet po drobne zakupy.
Jednak były też i lepsze budynki. Na nie mogli sobie pozwolić ludzie, którzy należeli do inteligencji, toteż zarabiali więcej. Chociaż w naszej dzielnicy, to jest we Wschodniej, która była najuboższą ze wszystkich, rzadko takie widywaliśmy.
Podskoczyłam ze strachu, słysząc obok siebie ciche jęknięcie. Odwróciłam się w stronę, z której dochodził odgłos. Pod jedną z ruin domów siedział zmaltretowany mężczyzna. Z jego ubrań pozostały zaledwie jakieś szmaty, zabrudzone błotem, kurzem i ku mojemu przerażeniu, krwią. Wpatrywałam się w niego, nie mogąc zrozumieć, co musiał zrobić, żeby tak skończyć. Jednak władze nie potrzebowały żadnych większych powodów, by urządzić tak kogokolwiek. Poczułam przypływ współczucia dla tego biednego człowieka, jego oczy nie wyrażały niczego prócz bólu i apatii. Mężczyzna spojrzał na mnie i niemrawo wyciągnął rękę w moją stronę, mamrocząc coś pod nosem, zapewne w przedśmiertnych majakach kogoś mu przypomniałam. Miałam do niego podejść, przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie w porządku, ale przeszkodził mi w tym silny uścisk brata na moim ramieniu.
- Dla niego już za późno siostrzyczko - szepnął przygaszony.
- Czy my też tak skończymy?
- Choćbym miał sam zginąć, nie pozwolę ci tak skończyć - dodał twardym głosem.
Spojrzałam na niego, próbując doszukać się ironii, czy też żartu, jednak jego oczy były wpatrzone w dal, a gościła w nich determinacja i pewien rodzaj siły.
- W takim razie musisz przygotować dwa groby, bo ja również ci na to nie pozwolę - dodałam ze śmiechem, próbując rozładować napięcie. Artur jednak nawet się nie uśmiechnął, wciąż uparcie wpatrywał się przed siebie, zapewne dając mi do zrozumienia, że nie żartował. Stwierdziłam, że zostawię ten dość skomplikowany temat w spokoju.
Mijaliśmy smętne, strudzone grupy ludzi oraz marerittów. Unikaliśmy uzbrojonych żołnierzy, patrolujących miasto. Lawirowaliśmy między ciasną zabudową, przy okazji starając się nie wpaść w żadną kałużę, żeby potem nie dostać reprymendy od mamy za niepotrzebne brudzenie i tak już schodzonych ubrań. Niby nie zależało mi na tym, by mieć ładne i kosztowne stroje, ale jak patrzę na dzieci arystokracji, jak dumnie chodzą w fikuśnych sukniach, pełnych różnych ozdobników, czuję napływające do oczu łzy zazdrości. Oni mają takie ubrania od tak, a ja już kilka lat zbieram na wymarzony kapelusik z pawim piórem, który często jest na wystawie w sklepach czarodziejów.
Arystokracją nazywano mieszkańców Miasta Cieni, którzy mieli pewne przywileje. Należeli do nich czarodzieje, ale także ludzie pochodzący z wyższych sfer. Również zwyczajni mieszkańcy mogli uzyskać ten tytuł. Wystarczy, że doniosą o podejrzanym zachowaniu, któregoś z mieszkańców lub dostarczą ważnych informacji (spiski, zabójstwa, wszelakie plany). Władze w podzięce dawały im niejaki immunitet - broszkę w kształcie liścia. Dzięki niej straż nie robiła im żadnej krzywdy, mieszkali w bogatszych i lepiej chronionych dzielnicach. Jednak nie zawsze bezpieczeństwo takich osób było gwarantowane. Na nich z reguły urządzane były polowania, zarówno przez mareritty jak i straż królewską. Jedni w ramach zemsty, drudzy eksperymentów. Dlatego nikt tutaj nikomu nie ufał, nawet nie mówiono swoich prawdziwych imion.
Gdzieś w oddali majaczyła wysoka, potężna Obsydianowa Wieża, część zamku w którym mieszka hrabia Forkles Darligen, pełniący funkcję władcy miasta i jeśli wierzyć opowiadaniom znajomych mamy, największy okrutnik, jaki Miasto Cieni wydało na świat. Chodzą plotki, że nie ma nawet trzydziestu lat, ale brutalnością i sprytem dorównuje niejednemu staremu władcy lub też magowi. Po dzielnicach krąży legenda o tym, że parę lat temu eksperymentował na swoim młodszym bracie, próbując ze zwykłego maga zrobić potężnego, demonicznego mareritta. Podobno mu się to udało, jednak za dużo na temat tej sprawy nie ma informacji, ponieważ władca zręcznie wszystko maskował, a i też podobno jego brat nie przeżył za długo, zbyt potężna moc, zniszczyła go od środka.
Wzdrygnęłam się na wspomnienie tych opowieści, które często udawało mi się podsłuchać. Według ustawionego prawa, hrabia ma prawo karać na tortury, czy nawet na powieszenie, tylko i wyłącznie mareritty, u których stwierdzono obecność zbyt wysokiej dawki czarnej krwi lub też w momencie, kiedy dojdzie do przebudzenia demona. Innych złapanych obserwuje się lub zatrudnia do ciężkich prac. Jak można się domyślić, władca rzadko zawraca sobie głowę sprawdzaniem, czy dana osoba to zwykły, nie wyróżniający się mareritt czy może krwiożercza, opętana bestia. Czasami budzę się i słyszę krzyki osób wyciąganych w środku nocy, z ciepłych, rodzinnych domów. W końcu się do tego przyzwyczaiłam, ale najbardziej obawiałam się, czy i do nas nie zajdą szpiedzy i nie zażądają szybkiego stawienia się mamy albo taty u władcy. Chciałabym móc chociaż przez jeden dzień poczuć się w Mieście Cieni bezpiecznie.
- Vivienne, czy wszystko w porządku? Zrobiłaś się jakaś blada - spytał zaniepokojony Artur, widząc moją przestraszoną minę.
- Tak... chyba tak - powiedziałam, przybierając na twarz uśmiech i chwytając brata za rękę, po czym ruszyłam biegiem w stronę wyłaniającego się z zakrętu parku.
Szybko dopadłam smętnie postękującej huśtawki i zaczęłam odbijać się nogami od podłoża, aby nabrać prędkości. Artur dołączył do mnie i wkrótce ścigaliśmy się, kto znajdzie się wyżej nad ziemią. Wiatr radośnie rozwiewał nam włosy, pomagając w szybszym rozbujaniu się. Uwielbiałam to uczucie, kiedy znajdowałam się w najwyższym punkcie i unosiłam się w powietrzu, marząc, aby po chwili móc polecieć jak ptaszek w przestworza.
Zwieńczeniem naszych zawodów miał być skok z huśtawki. Arturowi udało się w miarę sprawnie wykonać ostatnie zadanie, ja jednak miałam co do tego pewne wątpliwości. Brat pośpieszał mnie, żebym już zeskoczyła. Po krótkiej bitwie z samą sobą, w końcu zsunęłam się z krzesełka i wylądowałam na piachu.
Wydawać by się mogło, że był to cudowny skok, jednak po chwili poczułam przeszywający ból w kostce i upadłam, marszcząc nos. Syknęłam cicho, dotykając nogi.
- Vivienne! Nic ci nie jest? Możesz wstać? - zasypał mnie gradem pytań Artur, patrząc na mnie ze zmartwioną miną. - Mama mnie zabije, jeśli się dowie, że cię coś poważniejszego stało!
Pomógł mi jakoś podnieść się z ziemi, chociaż ból wciąż był nie do zniesienia. Wokół nas zdążyła się uzbierać grupa innych dzieci. Z zaciekawieniem patrzyły, co wywołało takie poruszenie, tworząc wokół nas mały krąg.
Skrzywiłam się na ten widok. Nie lubiłam być w centrum uwagi, a co dopiero wśród innych dzieci. Tutaj w Mieście Cieni każda oznaka słabości była wyśmiewana. Do gapiów dołączyła pokaźna grupa małych chłopców, z umorusanymi twarzami. Kilku z nich trzymało grube patyki i złowrogo nimi uderzało w otwarte dłonie. Naprzód wysunął się brunet o szarych, gniewnych oczach, będący zapewne ich przywódcą.
- Patrzcie! Znowu ta jednooka sobie coś zrobiła! Co za kaleka! - zaczął wyśmiewać się, bezczelnie wskazując na mnie pulchnym palcem. Reszta jego bandy, ochoczo się do niego przyłączyła.
Poczułam jak moje policzki zaczyna pokrywać purpura, spowodowana zarówno nagłym przypływem gniewu z powodu zachowania chłopca, jak i ze wstydu. Jednooka. Nadane mi przezwisko, które wzięło się od tego, że moje lewe oko jest ciemnobrązowe, z plamkami złota, zaś prawe, z nieznanych mi powodów było szaro-białe. Wiedziałam, że jest to wynik mutacji, jaka u mnie zaszła, więc też i łatwa rzecz do wykrycia przez władze. Dlatego rodzice kazali mi nosić przepaskę na tym oku, a innym mówili, że oko straciłam w wyniku choroby, którą przeszłam w wieku niemowlęcym.
- Odczepcie się od niej - warknął w ich stronę Artur, stając w mojej obronie.
- A co? Poskarżysz się mamusi? - zajęczał brunet, przykładając piąstki do oczu i udając, że płacze.
Chłopcy wybuchli jeszcze większym śmiechem, na co mój brat jeszcze bardziej się zdenerwował. Już miał podejść do nich, ale w porę chwyciłam go za nadgarstek, patrząc wymownie, aby nie wszczynał bójki. Gdyby to były dzieciaki z naszej dzielnicy, prawdopodobnie bym go nie powstrzymała, jednak zorientowałam się szybko kim są ci chłopcy, a przynajmniej przywódca.
Był to Angus Evryn, dziecko arystokracji i to nie byle jakiej, bo należał do rodziny głównego dowódcy straży. Mieszkał we wschodniej dzielnicy tylko dlatego, że jego ojciec musiał być cały czas na posterunku. Dlatego właśnie powstrzymałam brata. Gdyby rzucił się na dziecko, jakiegoś próżnego żołnierza, prawdopodobnie równałoby się to z wydaniem na siebie, a nawet całą rodzinę, wyroku śmierci. Artur obruszony, że mu nie pozwalam pokazać dzieciakom, gdzie raki zimują spojrzał na mnie gniewnie. Wskazałam mu głową bogato zdobioną broszkę w kształcie liścia, przypiętą niechlujnie do kamizelki Angusa. Lekko pobladł i cofnął się, po czym pomógł mi wstać. Kuśtykając, skierowałam się w stronę wyjścia z placu zabaw.
- Właśnie tak, zmiatajcie stąd szczury dzielnicowe! Mamusia chyba coś na boku zarobiła, skoro spodnie nie mają dziur! - rzucił Angus, rechocząc.
Poczułam jak wzbiera we mnie złość, ale nauczyłam się już ignorować takie docinki, w końcu nie chciałam sprowadzić zguby na rodzinę. Jednak Artur, rodzinny awanturnik, nie był już tak opanowany, zauważyłam jak zamarł i po chwili stało się, to czego się najbardziej obawiałam. Odwrócił się i szybko podszedł do Angusa, po czym uderzył go z całej siły w policzek. Głowa chłopca aż odskoczyła, przez co upadł, tracąc równowagę. Patrzyłam przerażona na to, co się właśnie wydarzyło. Artur niemniej wystraszony, spoglądał to na swoją rękę, to na wijącego się na piachu chłopca.
- Jak śmiesz?! - zawył Angus. - A wy co tak stoicie?! Nie pozwólcie mu na takie samowolki idioci! - ryknął na resztę swojej paczki.
Zobaczyłam, że dwóch postawnych chłopców, zaczęło się przybliżać do Artura, paskudnie się uśmiechając i trąc ręce. Chłopak przygotował się na ciosy od nich, zaciskając powieki i lekko kuląc się. Jednak kiedy zobaczyłam, jak jeden unosi kij w górę, jakaś obca moc przejęła nade mną kontrolę.
- Nie! - krzyknęłam, szeroko otwierając oczy i poczułam, że coś mną steruje i każe mi spojrzeć w oczy napastnika.
Chłopak również przed ostatecznym ciosem spojrzał na mnie obleśnym wzrokiem, jednak po chwili jego twarz zamieniła się w maskę przerażenia. Kij wyleciał mu z rąk, uderzając głucho o ziemię. Usta zrobiły się sine i oczy nabiegły krwią. Z jego krtani dobiegał jedynie zdławiony szloch. Wiedziałam, że w jakiś dziwny, prawdopodobnie magiczny sposób zadawałam mu niewyobrażalny ból, nie sprawiło to na mnie większego wrażenia. Poczułam jak coś mrocznego doszło we mnie do władzy, szepcząc mi koło ucha bym zadała mu jeszcze straszniejszy ból. Naparłam z większą siłą na niego, czując przyjemne mrowienie w ciele. Chłopak zbladł, po czym potwornie zawył z bólu i upadł na ziemię, chwytając się za głowę. Czułam, że mroczna żądza coraz bardziej mnie opanowuje, aż nie czułam niczego innego prócz chęci zemsty. W oddali słyszałam tylko krzyk wybiegających z placu dzieci oraz zduszone łkanie leżącego chłopca.
Poczułam ostre szarpnięcie, zapewne ktoś odważył się mnie powalić na ziemię i nagle, jak za pomocą magicznej różdżki wróciłam do rzeczywistości. Czułam się, jakbym ważyła mniej niż przed chwilą, jakby coś mnie opuściło. Poczułam, że świat wokół mnie wiruję, a po chwili nie było już niczego. Tylko ciemność.
Pierwszy rozdział już za nami ^^ ogromnie się cieszę, że postanowiłam tu dodawać swoją powieść. Mam nadzieję, że wielu z was umili ona czas.
Do zobaczenia!
Richeon
Komentarze
Prześlij komentarz