Tam, gdzie ginie jego głos
Cześć!
Tym razem przychodzę z czymś trochę dłuższym. Poświeciłam temu opowiadaniu dużo czasu, więc mam nadzieję, że przyjmie się pozytywnie. Zachęcam do pozostawienia komentarzy!
Richeon
- Panienko, najwyższa pora wstawać! - krzyknęła zdenerwowana służąca, po czym zamaszystym ruchem odsunęła ciężkie kotary. Promienie słońca wpadły do pokoju, oświetlając go jak nocne niebo gwiazdy. - Panienko Claire!
W końcu zezłoszczona podeszła do masywnego łoża i potrząsnęła pogrążoną w głębokim śnie dziewczyną. W odpowiedzi mruknęła coś pod nosem, a następnie przewróciła się na drugi bok. Wtuliła policzek w puszystą poduszkę, a jej rude loki rozlały się po niej, jak farba malarza na płótnie.
Służąca gniewnie tupnęła nogą. Sięgnęła po róg kołdry i zaczęła ją ściągać z łóżka. Musiała przy okazji stoczyć bój o skrawek materiału z półprzytomną Claire, jednak w końcu dziewczyna się poddała.
- Już dobrze wstaję! - jęknęła, ocierając twarz dłonią oraz mrużąc oczy.
Claire była dziewczyną o wyjątkowej urodzie. Ze swoją porcelanową skórą przypominała laleczkę. Jej duże, niebieskie oczy, przywodziły na myśl lazurowy ocean, błyszczący w świetle promieni słońca. Jednak charakterem, wcale nie przypominała, leniwie rozbijających się o skały fal. W jej wnętrzu codziennie panowała zmienna pogoda, pełna dramatycznych i gwałtownych szkwałów. Głębiny duszy pozostawały niezbadane, nawet przez nią samą.
Pomimo swej porywczej natury, na jej pełnych, czerwonych ustach zawsze gościł uśmiech. Choć tylko ona wiedziała, że zazwyczaj nie był szczery. Wolała, żeby nikt nie widział prawdziwej odsłony, tego, co we wnętrzu się dzieje. Nie znosiła opowiadania o sobie oraz swoich problemach. Rodzice i tak albo by jej nie słuchali, albo by powiedzieli, że sama sobie szkodzi. Za powód jej nieszczęścia uważali stan panieński, w którym dalej pozostawała. Dalej nie znalazła nawet narzeczonego, a tu już niedługo jej dwudziesta druga wiosna przyjdzie.
Wszyscy wiedzieli, że państwu Cornocti zależy, aby córka wyszła za odpowiednio majętnego kandydata. Dzięki temu ich fundusz, byłby zabezpieczony przed rozpadem. W dodatku, ostatnio został wyjątkowo nadszarpnięty, przez hazardowe skłonności ojca Claire - pana Edgara. Jednak córka, nie była tym pomysłem równie zaabsorbowana, co jej rodzice. Wolała spędzać czas w samotności, w swojej pracowni, gdzie tworzyła olśniewające kreacje. Pretendenci do ręki również szybko tracili cały zapał. Pomimo wielu starań państwa Cornocti i oszałamiającej urody Claire, w jej wnętrzu było coś, co nie pozwalało im na długo z nią pozostawać.
- To nie do pomyślenia, aby tak długo spać - burknęła służąca, pomagając dziewczynie z ubraniem gustownej sukni. - A może panience coś dolega? - spytała z zaniepokojeniem.
- Och, Rose! Proszę się nie martwić, wszystko jest w najlepszym porządku. Miałam po prostu problemy z zasypianiem, ot co - odsłoniła białe zęby w uprzejmym uśmiechu. Następnie stanęła przed wysokim lustrem, przekrzywiła głowę i spojrzała na siebie oceniającym wzrokiem.
Państwo Cornocti narzekali, że z każdym dniem, szanse ich córki na znalezienie męża maleją. Wcale niepotrzebnie! Claire była nieskazitelnej urody. Idealna w każdym calu. Począwszy od smukłej, łabędziej szyi, przez wąską kibić, podkreśloną ciasnym gorsetem, aż po szczupłe nogi. Wszystko w niej było proporcjonalne, a każda część pasowała do siebie jak elementy układanki. Kobiecości dodawał jej specjalny makijaż, a eleganckie suknie szyku.
Jednak żadne złota świata, ani najlepsze kreacje, nie są w stanie zmienić tego, co siedzi wewnątrz człowieka. Każda kobieta pobiłaby się o to, by wyglądać tak jak Claire. Jedynie ona , patrząc teraz na swoje odbicie, czuła tylko obrzydzenie i nienawiść. Od paru lat, ledwo na chwilę może skupić wzrok na swojej osobie.
Potrząsnęła głową, próbując odegnać, napływające myśli. Myśli o tym, którego ta piękność zgubiła.
- Panienko?
Głos Rose wyciągnął ją na powierzchnię, jak zbawienna boja ratunkowa, tonącego człowieka. Claire wzięła kilka głębszych oddechów, a następnie poprawiła włosy i skierowała się do wyjścia z komnaty. Powolnym krokiem przemierzała długie korytarze. Odgłos jej pantofli, stukających o podłogę, niósł się po każdym pomieszczeniu. Szła wyprostowana, z dumnie uniesioną głową. Szelest długiej sukni, towarzyszył dziewczynie, niczym wierny cień. Rozwiane, ognisto rude włosy, w połączeniu z karmazynowym odcieniem ubrania, sprawiały, że wyglądała jak płonący ptak. Claire o niczym innym nie marzyła, jak o możliwości odfrunięcia z tej złotej klatki. To miejsce było przepełnione zbyt wieloma wspomnieniami. Każdy przedmiot szeptał do niej. O tamtych wydarzeniach. Przez nie nie mogła spać po nocach, a jeżeli już udało jej się zasnąć, to miewała koszmary. Jednak, gdyby się do tego przyznała, wszyscy uznaliby ją za nieprzytomną na umyśle. Wolała być z tym sama.
Razem ze służącą zatrzymały się przed potężnymi, hebanowymi drzwiami.
- Rose, czy nie mogłabyś przekazać moim rodzicom, że źle się dzisiaj czuję? - spytała Claire, nerwowo skubiąc rąbek rękawa.
- Panienko! Proszę mi tu nie marudzić! - ofuknęła ją kobieta. - Państwo Cornocti już od prawie tygodnia panienki nie widzieli! Niech panienka sprawi im tę przyjemność - dodała błagającym tonem.
- Może masz rację. Pora przestać uciekać.
Z tym postanowieniem dumnie przekroczyła próg jadalni. Jednak, widząc karcące spojrzenie matki i znudzoną twarz ojca, straciła całą wiarę w siebie. Fala nienawiści zalała ją, mącąc spokojną taflę jej oceanu. Chciała rozpętać burzę, ale wiedziała, że brakuje jej odwagi. Była tchórzem, który drżał pod wpływem każdego, gromiącego spojrzenia rodziców. Świadomość tego doprowadzała ją do bezsilnego płaczu.
- Witaj, kochanie! Chodź dołącz do nas, dopiero co podano do stołu - głos matki przeniknął przez Claire na wskroś. Ojciec nawet na nią nie spojrzał. Zresztą jak zawsze.
W końcu przemogła niechęć i zasiadła na drewnianym krześle, z materiałowym obiciem. Obrzuciła rodziców chłodnym wzrokiem. Matka w swojej złotej sukni, z wysokim kołnierzykiem, wyglądała jak królowa. To po niej Claire odziedziczyła ogniste włosy. Jednak wśród nich, dostrzegła przebłyski siwych pasemek. Kobieta świdrowała ją wzrokiem kasztanowych oczu. Jej spiczasty nos był ostro zadarty do góry. Ojciec natomiast nie wyglądał najlepiej. Na głowie kiedyś smolisto czarne włosy, teraz całkowicie siwe, powoli wypadały, tworząc zakola gołej skóry. Głęboko osadzone oczy, srogo łypały spod gęstych brwi. Pod szerokim nosem, dumnie sterczały wąsy, dodatkowo podkręcone. W bladych ustach trzymał dopalającego się papierosa. Pył tytoniowy strzepywał na podłogę, jednak kilka niesfornych pyłków opadło na jego brzuch. Ostatnimi czasy wyjątkowo się zaniedbał. Guziki kamizelki wyglądały, jakby miały zaraz strzelić w stronę Claire. Wewnątrz niej toczyła się teraz zacięta walka. Pragnęła, aby na zawsze zniknęli, ale wiedziała, że zasłużyła na takie traktowanie. Jednak wciąż nie mogła na nich patrzeć.
Musi wytrzymać niecałą godzinę i będzie wolna. Jednak państwo Cornocti mieli inne plany.
- Wyglądasz dzisiaj naprawdę pięknie, córeczko! - krzyknęła z zachwytem matka. - Sama uszyłaś tę suknię?
- Tak, droga matko.
- Edgarze, no spójrz na nią. Zobacz, jak nasza gwiazdeczka błyszczy - pani Cornocti szczebiotała, a jej mąż zdołał z siebie wydusić ciche mruknięcie.
- Czy możemy już skończyć z tą maskaradą? - Claire spytała z zaskakującą stanowczością. - Po co mnie tu zaprosiliście?
Pani Cornocti wyglądała na wysoce zdziwioną, nagłą zmianą córki. Po chwili opamiętała się i na jej usta ponownie wrócił fałszywy uśmiech.
- Och, kochanie zawsze byłaś taka niecierpliwa. Nie możemy już pogadać jak matka z córką?
- Nigdy tak nie rozmawiałyśmy i nigdy nie będziemy - dziewczyna odparła z chłodem, na co pani Cornocti wyraźnie się zasępiła.
Nagle do rozmowy wtrącił się, milczący jak posąg, Edgar. Uderzył pięścią w stół, że aż porcelana wyraźnie się zatrzęsła. Żona rzuciła mu przestraszone spojrzenie, a Claire zdumione.
- Twoje humorki muszą znosić wszyscy mieszkańcy tego domu, razem ze mną - zaczął mówić, a jego ton coraz bardziej się podnosił. - Ale jeżeli masz zamiar sprawiać twojej matce przykrość, to lepiej się stąd wynoś w tej chwili - zakończywszy, opadł na krzesło, sapiąc wściekle. Jego twarz przybrała rumiany kolor, a w oczach pojawiły się czerwone plamki.
Claire była tak zszokowana wybuchem ojca, że nie mogła się przestać wpatrywać w niego. Co jakiś czas mrugała, jakby próbując wybudzić się z tego nierealnego snu.
- Edgarze, nie unoś się tak kochanie... - szepnęła pani Cornocti, nachylając się do męża. - Wiesz, że jej właśnie na tym zależy...
- Nie ma dla niej przyszłości - warknął mężczyzna. - Równie dobrze moglibyśmy zatrudnić ją, jako naszą służącą. Córką, bowiem, od dawna dla mnie nie jest. - Ostatnie słowa pana Cornocti zawisły w powietrzu, jak miecz nad głową Damoklesa.
Claire, pomimo całej swojej nienawiści do ojca, poczuła się głęboko dotknięta. Nic nie jest gorsze od odrzucenia, wygnania.
Wbiła wzrok we wzorzysty talerz, z leżącym na nim nietkniętym jedzeniem. Czuła piekące łzy, które zbierały się w kącikach jej oczu. Miała już wstać od stołu i wybiec, kiedy drzwi do komnaty otworzyły się z hukiem.
Do jadalni wszedł krępy młodzieniec, o włosach jasnych jak słońce.
- Rupert! Nie spodziewałam się, że tak szybko przybędziesz! - pani Cornocti nagle wrócił dobry humor.
Chłopak nisko się ukłonił przed wszystkimi. Po chwili podszedł do ojca Claire i uścisnął jego prawicę. Następnie ucałował dłoń pani Cornocti, a na końcu dziewczyny. Wyrwała mu ją z zakłopotaniem, po czym wbiła nienawistne spojrzenie w rodziców.
- Co to ma znaczyć? - zapytała gniewnie. - Chyba wyraziłam się jasno, że nie wyjdę za żadnego z waszych "wybranków".
Rupert wciąż stał, wyraźnie zawstydzony i skonfundowany. Z przestrachem spoglądał na rodziców Claire. Służący, na wyraźne skinienie głową pana Cornocti, podszedł i zaprowadził gościa na korytarz.
- Ależ, córeczko! - zaoponowała matka.
- Nic nas nie obchodzi twoje zdanie! Panicz Rupert jest synem naszego, bardzo bliskiego przyjaciela, więc zachowuj się, jak na damę przystało! - Edgar ponownie uderzył pięścią w stół.
- Myślisz, że mnie obchodzą twoje rozkazy? Już dawno przestały na mnie w jakikolwiek sposób działać - warknęła Claire, nie poddając się tak łatwo. Tym razem nie da się stłamsić.
- Ach, tak? - pan Cornocti obniżył ton, a w jego oczach pojawiła się groźba. - Skoro jesteś taka odważna, to może spędzisz dzisiaj noc tam, gdzie kiedyś tak ochoczo spędzałaś czas, co?
Po tych słowach zasłona Claire opadła. Jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu, a usta zaczęły lekko drgać.
- Błagam, tylko nie to - wyszeptała cicho, patrząc z przestrachem na ojca.
- To zacznij mnie wreszcie słuchać! Masz się otrząsnąć, uśmiechnąć i wyjść z radością do panicza Ruperta. A jeżeli usłyszę o jakimś twoim wybryku...
- Wiem ojcze, nic nie zrobię. Obiecuję - zdławionym głosem odparła.
Claire podniosła się z krzesła, po czym na chwiejnych nogach wyszła z komnaty. Rupert, widząc ją, od razu rzucił się, aby podać jej ramię. Dziewczyna chwyciła je na chwilę z wdzięcznością, ale zaraz się odsunęła. Dopiero teraz przyjrzała mu się uważniej.
Kręcone włosy okalały jego delikatną twarz. Przywodziły na myśl kędzierzawe loki małego baranka. Ich żółty blask, jaśniał teraz jak kłosy żyta w szczerym słońcu. Szare oczy, z nutą zieleni, wpatrywały się z ciekawością w sylwetkę dziewczyny. Blade usta rozciągnięte były w nieśmiałym uśmiechu. Lekko przygryzł policzek, jakby chciał zniwelować swoje zdenerwowanie. Ręce założył na plecy. Przechadzał się, lekko zgarbiony, w zadumanej pozie. Miał na sobie wytworny strój, składający się z kamizelki o ametystowym kolorze, która przylegała podkreślając szczupłość jego ciała. Granatowy płaszcz wydłużał, już i tak wysoką, sylwetkę. Cholewki jego błyszczących butów, nerwowo postukiwały o kamienną podłogę. Przylegające do nóg bryczesy, wskazywały, że przybył tu konno.
- Masz ochotę na przejażdżkę po naszym lesie? - spytała Claire, odzyskując mowę po konfrontacji z ojcem.
- Czego sobie panienka życzy - odparł Rupert, kłaniając się nisko.
- Dajmy spokój tym konwenansom. Mówmy sobie po imieniu - Claire wyciągnęła rękę w jego kierunku.
- Och, oczywiście panienko... to znaczy... Claire... - wyjąkał zawstydzony Rupert, składając pocałunek na jej dłoni.
Claire lekko drgnęły kąciki ust. Chwyciła mocniej rękę chłopaka i pociągnęła go za sobą w stronę stajni. Z budynku dochodziło radosne rżenie koni. Dziewczyna przywołała jednego ze służących i poprosiła o osiodłanie ich koni. Czekali na zewnątrz, kiedy z oddali zaczęło dochodzić miarowe stukanie kopyt. Po chwili dwa majestatyczne zwierzęta stały obok nich. Nie mogąc się doczekać przejażdżki, wierzchowce parskały głośno i przebierały nogami.
Claire podeszła do swojego i czule go pogłaskała. Był piękny, o karej maści, lśniącej w słońcu. Dziewczyna włożyła stopę w strzemię, po czym zwinnie, niczym wprawna amazonka, dosiadła konia. Rupert także już siedział na grzbiecie swojej bułanej klaczy.
Nie czekając na żaden znak, Claire cmoknęła na konia i puściła się galopem wzdłuż głównej drogi. Pędziła jak strzała, ścigając się z niesfornym wiatrem, który burzył jej idealną fryzurę. W oddali usłyszała krzyk Ruperta, który wkrótce ją dogonił i zrównał się z nią. Uśmiechnął się, odsłaniając perłowe zęby, po czym spiął klacz i wyprzedził Claire. Dziewczyna, nie dając się zostawić w tyle, także pogoniła swojego konia.
Galopowali przez wspaniale ukwiecone łąki. O tej porze roku mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Wokół nich latało mnóstwo żyjątek, a cała przyroda zdawała się śpiewać i wołać w ich stronę. Czasem cienkie gałązki smagały twarz Claire, jednak była tak pochłonięta jazdą, że nawet tego nie zauważała.
W końcu Rupert gwałtownie się zatrzymał. Jego klacz parsknęła, a z jej chrap toczyła się piana zmęczenia. Chłopak zeskoczył, po czym przywiązał ją do pobliskiego drzewa, żeby mogła odpocząć. To samo uczyniła Claire ze swoim wierzchowcem. Rozejrzała się i dopiero teraz dostrzegła, gdzie się zatrzymali. Znajomość tego miejsca uderzyła ją, zapierając dech w piersiach. Poczuła, że cały świat wiruje, kiedy ujrzała srebrzystą taflę jeziora.
- Dlaczego się zatrzymałeś? - wysapała drżącym głosem.
- Coś mnie tu ciągnęło... - odpowiedział zadumany Rupert, ale kiedy zobaczył bladą twarz Claire, zaniepokoił się. - Źle się czujesz? O matko, wiedziałem, że taka szybka przejażdżka, to niedobry pomysł! Chodź usiądź, o nawet jest ławeczka! - był tak zdenerwowany, że słowa wylewały się z niego potokiem.
Dziewczyna opadła bezwładnie jak kłoda. Oparła głowę o ramię zatroskanego Ruperta, po czym przymknęła oczy. Zaczęła głębiej oddychać, starając się nie wpaść w panikę, ale jej starania poszły na marne. Łzy same zaczęły płynąć, po jej bladych policzkach. Było ich coraz więcej i więcej, aż w końcu nie zauważyła, kiedy wtulała się w ramię Ruperta, głośno szlochając.
- Już dobrze, jestem przy tobie - szeptał, poklepując ją po plecach.
Claire jeszcze przez chwilę nie mogła się uspokoić. W końcu wzburzone fale jej oceanu, powoli opadały, wyrównując ponownie błękitną taflę. Pozostał tylko wiatr, pod wpływem którego jej pierś gwałtownie falowała.
- Ja... Przepraszam najmocniej - wyszeptała, odsuwając się z rumianymi policzkami od Ruperta. - Nie wiem, co we mnie wstąpiło, naprawdę. Przepraszam bardzo.
- Ależ Claire, nie masz za co - odparł miękko Rupert, ocierając kciukiem kilka kropel łez, które pozostały na jej policzku. - Wiem, że ledwo mnie znasz, ale może poczułabyś sie lepiej, gdybyś zrzuciła z siebie chociaż gram problemu? Od początku naszego spotkania, wydajesz się być nieobecna i przygnębiona. Chciałbym móc ci pomóc...
Claire długo milczała. Nie chciała znów przywoływać tych wspomnień, tego bólu. Zepchnęła wszystko w ciemną, niedostępną otchłań swojego wnętrza, która miała pozostać zamknięta. Jednak wiedziała, że tak nie jest. Każdego dnia koszmary przeszłości wymykały się ze swojej kryjówki, aby drapać i rwać na strzępy jej duszę. Pazurami orały serce, zadając ból większy, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. Była zbyt tchórzliwa, żeby stawić im czoła, obronić się.
A może to właśnie jest znak? To, że tutaj się znalazła. W dodatku w tym samym dniu. Claire postanowiła, że czas przestać uciekać.
- To było cztery lata temu...
***
Rodzice zaczęli organizować coraz więcej spotkań towarzyskich, na których mogłam poznać swojego przyszłego męża. Nienawidziłam tych sztucznych maskarad, gdzie każdy grał kogoś, kim nie jest. Wolałam zaciszny kąt mojej pracowni, w niej byłam tylko ja. Prawdziwa ja. Tam też pierwszy raz go spotkałam. Człowieka, którego znajomość ze mną, nie przyniosła niczego dobrego.
Arthur O'Ryan, czyli największy optymista, jakiego świat kiedykolwiek widział. Pracował jako służący, ponieważ był synem jednej z naszych pokojówek. Całkowicie nie nadawał się na swoje stanowisko. Cechowała go niezdarność oraz filozoficzna natura, przez co często zapominał, co miał zrobić. Poznałam go, kiedy wymknęłam się do pracowni, w celu ucieczki przed kolejnym spotkaniem towarzyskim. Przyłapałam go, jak paradował przed lustrem, w jednym z moich nowych kapeluszy. Wyglądał w nim naprawdę komicznie.
Oczywiście nakrzyczałam na niego! Jednak, gdy tylko przestałam rzucać różnymi wyzwiskami pod jego adresem, zobaczyłam, że cały spłonął ze wstydu. Zrobiło mi się głupio, że wywołałam taką aferę, w końcu był tylko rok starszy ode mnie, więc mógł się jedynie bawić. Zresztą moje kapelusze są cudowne, kto by nie chciał w nich chodzić.
Przeprosił mnie ze sto razy. Powiedziałam mu, że nic się nie stało, ale Arthur nalegał, czy nie mógłby w jakiś sposób "odpracować" swojego występku. Skoro tak mu zależało, to powiedziałam, że od dzisiaj codziennie rano ma się tu stawiać. Został moim prywatnym asystentem .
Nie chciałam mówić o tym rodzicom, bo wiedziałam, że go nienawidzili, zresztą jak każdego sługę. Gdyby odkryli nasze spotkania, pewnie oddelegowano by Arthura. Byłam wtedy naprawdę samotna, a on sprawiał, że się codziennie śmiałam. Nie sądziłam, że taki krnąbrny i uparty chłopak, zostanie moim największym przyjacielem.
Codziennie we snach widzę jego twarz. Wąskie usta, jak zwykle rozciągnięte, lekko odsłaniające perłowe zęby. Donośny śmiech, dźwięczący w całym pokoju. Ciemne oczy, z radosnymi ognikami, tak bardzo przykuwały wzrok. Patrząc w nie, czułam, że tonę, ale nie w odmętach zdradliwej wody. To było jezioro pełne beztroski, w którym im głębiej się zanurzyłeś, tym więcej ukojenia znajdowałeś. Nawet we śnie, dotykając jego czarnych włosów, czułam ich aksamitną fakturę. Były jak materiał sukni, który przy każdym ruchu delikatnie ociera się o ciało, łaskocząc jak miękki puch. Zawsze kładzie swoją filigranową dłoń na moim policzku, a jego oczy zasnuwa smutek. Jego wargi poruszają się, lecz żaden dźwięk się z nich nie wydobywa. Tak jak Pigmalion, rzeźbię w snach jego idealny wizerunek, czekając ze złudną nadzieją, że kiedyś ożyje. Wszystko wydaje się wtedy takie rzeczywiste...
Przychodził codziennie rano, tak jak się umawialiśmy. Ze sobą przynosił niewielki szkicownik, w którym zawsze coś rysował. Nigdy nie pozwalał mi do niego zaglądać, ale kiedyś dostrzegłam w nim swój portret. Kiedy go zapytałam, czemu mi tego nie pokazał i dlaczego robił to ukradkiem, Arthur coś odburknął w odpowiedzi i wybiegł z pracowni cały czerwony. Nie wracał przez kilka dni, bardzo się wtedy martwiłam, że powiedziałam coś nie tak.
Jednak wtedy tknęło mnie dziwne przeczucie, że jeżeli tego teraz nie zakończę, to stanie się coś gorszego. Wiedziałam, że między nami bardzo szybko rozwinęła się głęboka nić porozumienia. Każdego dnia przekładałam rozmowę, aż w końcu o niej zapomniałam. Dalej się spotykaliśmy w pracowni, dyskutowaliśmy na różne tematy, tak jak zazwyczaj to robiliśmy. Wydawało się, że nic się między nami nie zmieniło.
Mimo to, pewnego, przeklętego, dnia Arthur wybuchł. Byłam bardzo zajęta szyciem nowej sukni, więc nie miał nic ciekawego do robienia. Siedział pod ścianą, wpatrując się we mnie lub zaciekle coś szkicując. W końcu, kiedy zwróciłam mu uwagę, że rozprasza mnie jego świdrujący wzrok, wstał i zaczął się przechadzać po pokoju. Spacerował kilka minut, głęboko zamyślony, skubiąc nerwowo paznokcie u dłoni. Wreszcie się zatrzymał. Jego twarz wyrażała długo tłumioną boleść. Przez swoją zgarbioną posturę, wyglądał jakby niósł na barkach ciężar całego świata.
Po chwili rozpaczliwie jęknął i rzucił się w stronę biurka. Padł na kolana przed krzesłem, chwytając mnie za ręce. Miał zaczerwienione policzki, a oczy przepełnione były wycieńczeniem oraz niemocą.
- Claire, najdroższa! Już nie mogę tak dalej żyć. Jeżeli teraz ci tego nie powiem, to nigdy na siebie nie spojrzę - mówił zachrypniętym głosem, słowa szybko z siebie wyrzucał.
- Co mi musisz powiedzieć? - spytałam cicho, przerażona, co też mogło się stać.
- Claire, od pierwszej chwili, kiedy cię ujrzałem, wiedziałem, że będziesz mi droższa, niż własna matka! Musisz też wiedzieć, że od dawien dawna, nie żywię do ciebie już tylko przyjacielskich uczuć... - Arthur chwycił moje dłonie, po czym zamknął je w uścisku i przyłożył do swojej twarzy. Próbowałam mu przerwać, lecz uciszył mnie. - Nie wiem sam, co to jest. Jednak to uczucie wypełnia mnie za każdym razem, gdy cię widzę lub nawet słyszę...
- Arthurze...
- Nie, Claire nic nie mów! Jeszcze nie skończyłem, a przede mną to, co od dawna zaprząta mi myśl - wziął głęboki oddech, po czym spojrzał głęboko w moje oczy. - Ucieknij ze mną, moja najdroższa! Z dala od tego przeklętego domu, którego tak nienawidzisz! Gdybyśmy zrobili to wieczorem, zanim by się ktoś zorientował, bylibyśmy już w najbliższym mieście. Stamtąd moglibyśmy odjechać pociągiem w inną część kraju, tak aby nas już nigdy nie odnaleźli. Na miejscu, za nasze skromne oszczędności, wynajmiemy pokój. Kiedy uzbieramy odpowiednią ilość pieniędzy, wtedy kupimy mały domek na przedmieściach, taki o jakim zawsze marzyłaś! Najdroższa, przecież wiem, że też rozważałaś tę kwestię...
- Tak wiem, że też nad tym się zastanawiałam i to wiele razy! Ale Arthurze, czy ty siebie słyszysz? - zapytałam zdławionym głosem. - To... to jest niemożliwe! Nawet jeżeli nam się uda uciec, to i tak nas znajdą! Zawsze i wszędzie...
Podniosłam się gwałtownie z krzesła, wyrywając dłonie z jego żelaznego uścisku. Przetarłam twarz, próbując zebrać myśli. Jego wyznania mnie przygniotły, ale i uszczęśliwiły. Zetknięci przypadkiem, a związani odwzajemnioną miłością.
Zastanawiałam się codziennie nad ucieczką z tego obłąkanego miejsca, zwłaszcza gdy poznałam Arthura. Jednak zakotwiczony we mnie strach, przed gniewem rodziców oraz tego, co by nam zrobili, tłumił moje buntownicze zapędy. Natomiast mój ukochany był jak czarna chmura, z której w każdej chwili mogła rozwinąć się szaleńcza burza.
- Co cię tu trzyma?! - zawył rozpaczliwie, załamując dłonie.
Wzruszona jego gwałtownym uczuciem i oddaniem, podeszłam i z czułością chwyciłam go za dłonie. Następnie posadziłam Arthura na krześle, na które osunął się bezwładnie. Spojrzałam ze smutkiem, w te pochłaniające oczy.
- Strach Arthurze, tylko on mnie tu trzyma - cicho powiedziałam, odgarniając mu włosy z twarzy.
Chłopak patrzył na mnie błędnym wzrokiem. Zapadła wręcz ogłuszająca cisza, którą przerywał tylko ciężki oddech chłopaka. Nie znałam go na tyle, żeby zrozumieć, co też teraz dzieje się w jego wnętrzu. Jednak był na tyle nieprzewidywalny, że nawet po latach bym dalej nie wiedziała.
- Claire, wyjedź ze mną, proszę. Nie mogę patrzeć, jak cierpisz...- wyszeptał, podnosząc się z krzesła.
Ujął mój drżący podbródek, zmuszając do spojrzenia w jego stronę. Przejechał delikatnie kciukiem, od linii oczu, aż po zsiniałe usta. Drugą dłoń wplótł w długie włosy, rozwiązując wstążkę, którą były związane. Jego oczy patrzyły łagodnym i miękkim wzrokiem. Zahipnotyzowana wpatrywałam się w nie, czekając aż ktoś lub coś przerwie tę fascynującą, lecz zakazaną magię. Sama nie byłam w stanie tego zatrzymać.
Czas, jakby specjalnie dla nas, się zatrzymał. Obserwowałam z napięciem, pochylająca się coraz bardziej głowę Arthura, aż w końcu był tak blisko, że czułam jego oddech na policzkach. W tym momencie się zawahał, jakby także dotarł do niego tragizm sytuacji, w której się znajdowaliśmy. Przez jego oczy przemknął cień strachu, siejąc zamęt wśród czystych, niewinnych uczuć. Jednak po chwili, znów powróciła w nich radość i tęsknota za czymś, co niemożliwe do spełnienia. Kąciki ust drgnęły, a na twarz znów powrócił, tak kochany przeze mnie błogi uśmiech. Wtedy czas znów powrócił do swojego zwyczajnego biegu. W zaledwie sekundę, nasze usta złączyły się w rozpaczliwym pocałunku. Dwa, tak bardzo różniące się od siebie oceany, zlały się w jeden, harmonijny akwen. Razem tonęliśmy w jego głębinach, odkrywając znajdujące się tam sekrety, również i te mroczne. Chwila ta trwała tyle, co jedno uderzenie serca, jednak ja zapamiętałam ją tak, jak gdyby minęła wieczność.
Pomimo piękna tej sytuacji i tego, ileż pozytywnych emocji mnie wypełniało, wiedziałam, że tak nie powinno być. Jeżeli tego nie przerwę, sprowadzę na niego nieszczęście, już i tak złamałam swoją obietnicę. Brnąc w to dalej, przedłużam tylko jego cierpienie. Zrobię to, bo go kocham.
- Arthurze, nie możemy... - szepnęłam, odsuwając się od niego. - Wiesz, że nam nie wolno... Gdyby ktoś się o tym dowiedział, Bóg tylko wie, co by nam zrobili...
Spojrzałam na niego z zaczerwienionymi oczami, prosząc by mnie zrozumiał. Jednak tego, co jego twarz wtedy wyrażała, nigdy nie zapomnę. Pełna rozpaczy, z półotwartymi ustami, których wargi drżały, jak liście na wietrze. Oczy wpatrywały się pustym wzrokiem, przeszywając mnie na wskroś. Zdawało mi się, że słyszę odgłos jego serca, które pęka na drobne kawałki. Przeze mnie.
- Wybacz mi, ale tak musi być - zdławionym głosem tłumaczyłam się, ze złudną nadzieją, że mi wybaczy. - To dla twojego dobra...
- Skąd możesz wiedzieć, co jest dla mnie dobre, a co nie? Dlatego, że jestem tylko służącym? Uważasz, że nie potrafię podjąć właściwych decyzji? To mi chcesz powiedzieć?! - Arthur z każdym wyrazem podnosił głos, a jego twarz przybierała coraz surowszy wyraz.
- Nie, to nie tak! Nie przeinaczaj moich słów! Wiesz, że nic z naszej ucieczki by nie wyszło! Ale trzymasz się kurczowo tych marzeń, jak małe dziecko Arthurze!
Nie mogąc znieść widoku jego zdruzgotanej miny, podeszłam do okna i przyglądałam się naszym ogrodom. W odbiciu szyby majaczyła jego szczupła, lekko zgarbiona sylwetka. Stał z opuszczoną głową, którą wsparł na obu dłoniach. Co jakiś czas wstrząsał nim niewielki dreszcz.
- Claire, chyba już wiem, o co tu tak naprawdę chodzi - cichy głos Arthura zabrzmiał w mojej głowie jak krzyk. - Ty się wcale nie boisz ucieczki, ani złości rodziców. Boisz się tego, co do mnie czujesz, prawda? Zawsze byłaś stonowaną, chłodną, dostojną córką zamożnych ludzi, która nie dawała dojść emocjom do głosu. Chyba, że tych emocji nie ma... - zwrócił głowę w stronę okna, wbijając wzrok w moje plecy. - Wystarczy jedno słowo Claire. Czy czujesz to samo, co ja?
Jego słowa zawisły w powietrzu, jak katowski topór nad głową skazanego nieszczęśnika. Czułam się teraz bardzo podobnie. Oczywiście moje serce krzyczało, że pora dojść emocjom i uczuciom do głosu, ale nie potrafiłam tego zrobić. Nie chciałam mu odpowiedzieć, nie mogąc zapewnić go o mojej wierności. Rodzice już pewnie planowali kolejne spotkanie, jak nie zaręczyny, z obcym dla mnie człowiekiem. Czy tego naprawdę chcę? Nie wiem już sama, ale jedno jest pewne. Nie będę mogła żyć z myślą, że podejmując się ucieczki z tego domu, mogę przynieść nieszczęście Arthurowi. Chociaż myśl, że kiedy go odrzucę, może stać się coś znacznie gorszego, wiła się, oplatając moje gardło, odbierając oddech. Dotarłam na dno, bez możliwości wypłynięcia na powierzchnię. Cokolwiek zrobię - i tak utonę.
- Chyba już powinieneś wrócić do domu Arthurze...
Czułam się, jakbym opuściła na chwilę swoje ciało. Widziałam poruszające się usta, opuszczające je słowa, dotykające jego najsłabszych miejsc. Jednak nie potrafiłam uwierzyć, że naprawdę to zrobiłam. Wybrałam drogę na skróty, która okazała się być na końcu pełna pułapek.
Arthur jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, po czym podszedł do mosiężnych drzwi i chwycił klamkę. Czekał, łudząc się złudną nadzieją, że może się przesłyszał, albo że zmieniłam zdanie. Byłam na tyle tchórzliwa, aby nawet nie spojrzeć mu prosto w oczy. Dalej wpatrywałam się w obraz za szybą.
- Żegnaj Claire... - szepnął, a następnie cicho wyszedł z pokoju.
Wtedy dałam upust całemu napięciu, jakie we mnie panowało. Zsunęłam się na podłogę, ledwo widząc na oczy, z których teraz lały się kaskady łez. Szlochałam, nie mogąc się powstrzymać. Wiedziałam, że to było najlepsze wyjście z tej sytuacji, ale nie sądziłam, że takie okrutne.
Skuliłam się w kącie pracowni i czekałam, modląc się, aby wrócił. Minął cały dzień, a potem nastała głucha noc, w czasie której nic nie zakłóciło grobowej ciszy. Teraz, jak nigdy pragnęłam go ujrzeć i przeprosić za swoje zachowanie. Jednak wszechświat nie wysłuchał moich próśb. Arthur się nie pojawił, ani następnego dnia, ani kolejnego. Nie ujrzałam go już nigdy.
***
- To koniec? - spytał Rupert, a jego oczy były szeroko rozwarte. Wyglądał na bardzo poruszonego i zaciekawionego. - Co się z nim stało? Sam uciekł?
- Nie wiadomo... - głucho odpowiedziała Claire. - Jednak tydzień po tych wydarzeniach, jego ciało znaleziono...na brzegu jeziora - dziewczyna ledwo dała radę wypowiedzieć te słowa. Po chwili znowu po jej policzkach spłynęły kryształowe łzy. - Prawdopodobnie w nocy koń musiał się potknąć, a Arthur spadł z niego.
- Och, Claire tak mi przykro! - krzyknął Rupert, tuląc ją do siebie.
- Gdyby nie ja... może by dalej żył... - ponowna fala łkania przerwała jej wypowiedź.
- Nie możesz się cały czas obwiniać, dokonałaś właściwej decyzji - powiedział łagodnie Rupert, uśmiechając się smutno. - Skąd mogłaś wiedzieć, że to się tak skończy.
- Mogłam z nim uciec, przynajmniej razem byśmy tak skończyli!
Claire poderwała się z ławki, po czym zaczęła chodzić w kółko. W końcu zatrzymała się i wbiła wzrok w błyszczącą taflę jeziora. Dopiero teraz dostrzegła, wpatrującego się w nią dostojnego łabędzia. Jego czarne oczy były skierowane prosto na nią. Zamachał majestatycznie skrzydłami, jakby na powitanie. Dziewczyna uśmiechnęła się przez łzy, podziwiając to piękne stworzenie.
- Wiem, co może sprawić, że poczujesz się lepiej - głos Ruperta zabrzmiał ponownie. - Skoro tutaj go... odnaleziono, to to miejsce musi w jakiś sposób być z nim związane, tak jakbyś z samym Arthurem rozmawiała - podszedł do dziewczyny i delikatnie ujął ją za rękę. - Musisz mu o powiedzieć Claire, to czego wtedy tak się obawiałaś.
- Ja chyba nie dam rady - załkała cicho, ponownie czując zawroty głowy.
- Spokojnie, jestem tutaj i zawsze służę pomocą - szepnął pocieszająco.
Dziewczyna wciąż się wahała. Pomysł Ruperta nie był zły, może rzeczywiście dzięki temu, w jakiś sposób poczuje się lepiej. Jednak czy była na to gotowa? Zrobiła parę chwiejnych kroków do przodu. Później nie będzie odwrotu, ale wiedziała, że musi to zrobić. Dla Arthura.
Pełna odwagi i pewna swego celu, zaczęła zbliżać się do linii jeziora. Po drodze niedbale zrzuciła swoje pantofelki. Poczuła szorstką fakturę zimnego piasku. Z każdym krokiem coraz bardziej się uspokajała. Kiedy ciemna woda obmyła jej stopy, radosne uczucie wypełniło jej duszę. Szła dalej, nie dbając o to, że suknia będzie prawdopodobnie nadawała się do wyrzucenia. Chciała poczuć ten orzeźwiający dotyk wody. Ciepły wiatr smagał jej twarz, niosąc ze sobą rechot żab. Claire była już do połowy zanurzona, ale chciała być jeszcze bliżej "duszy" jeziora. Wykonała gwałtowny ruch, aby po chwili ze spokojem płynąć po jego tafli. Odwróciła się na plecy i dryfowała, unosząc się delikatnie, jak liście lilii. Wpatrywała się w zachwytem w niebo. Zbliżał się zachód słońca, więc mieniło się wszystkimi kolorami. Czuła, jakby jezioro obejmowało ją swoimi matczynymi rękoma, ochraniając przed utonięciem. Słuchała jego szeptów, łaskoczących jej uszy.
Temu wszystkiemu z oddali przyglądał się zaciekawiony łabędź. Przekrzywiał głowę i machał skrzydłami, jakby chciał ją przywołać. Jego smutne oczy wpatrywały się w nią. Śnieżnobiałe pióra odbijały promienie słońca. Po chwili nagle się zerwał i z gracją odfrunął w nieznanym kierunku.
Natomiast Claire dalej dryfowała, jak samotna część zatopionego statku. Leniwie machała rękoma, odpychając się od niewidzialnych przeszkód. Czekała na właściwy moment, w którym poczuje, że osiągnęła największy kontakt z jeziorem. Wtedy to usłyszała.
Claire...Claire, gdzie jesteś...
Głos Arthura rozbrzmiał w jej głowie, burząc wszystkie mury, którymi oddzieliła te dawne wspomnienia. Teraz zalały jej umysł potężną falą emocji. Kaskadami trafiały do każdego jej miejsca, zalewając wszystkie dotychczasowe wątpliwości. Zatykały wyrwy w jej sercu i duszy. Po chwili czuła tylko rozlewające się ukojenie, niosące upragniony odpoczynek. Pierwszy raz, od tamtych wydarzeń, poczuła spokój oraz radość.
- Arthurze, to ja! Wróciłam po ciebie! - jej głos drżał, od napływających emocji.
Wystarczy jedno słowo Claire...
Nadeszła chwila, na którą tyle czekała. Teraz wreszcie może powiedzieć, to co wtedy tak bardzo chciała.
- Kocham cię Arthurze - wyszeptała. - Kocham cię i nigdy o tobie nie zapomnę!
Jezioro, jak gdyby w odpowiedzi na jej słowa, spowodowało niemałe poruszenie. Zaczęły zbierać się fale, które przyjemnie podnosiły ciało dziewczyny, która potem opadała w czułe ręce wody. Również i zmieniła się tonacja szeptów. Teraz tryskały eufonią przyjemnych dźwięków, pełnych radosnych brzmień. Na twarzy Claire zakwitł szeroki uśmiech, a z jej wnętrza dobiegł donośny śmiech. Przenikał toń wody, docierając do jej najciemniejszych zakamarków. Nie mogła przestać, chociaż czuła, że brakuje jej już oddechu.
Z oddali, najgłębiej położonych głębin, dotarł do niej równie radosny śmiech. Rozpoznałaby go z odległości setek kilometrów. Nie słyszała go od czterech lat, ale tym razem zapamiętała go do końca życia.
***
Po wydarzeniach z tego dnia, Claire wróciła do domu z błoga miną. Wszyscy patrzyli z zaskoczeniem na jej pozytywną przemianę. Jednak, kiedy oznajmiła, że wychodzi za mąż za Ruperta, rodzice nie chcieli uwierzyć. Uważano, że stał się cud, jakiego nigdy jeszcze nie było. Choć wiedział, że serce Claire nie zostanie opuszczone przez myśl, o tej jednej osobie, dziewczyna i tak starała się być dla niego jak najlepszą żoną. Codziennie wybierali się na konne przejażdżki nad jezioro, gdzie przesiadywali na ławce do późnych godzin.
Zawsze wtedy towarzyszył im samotny łabędź. Wpatrywał się w małżeństwo ciemnymi oczami, w których już nigdy nie panował smutek, a jedynie ulga oraz łagodność.
chociaż nie lubię czytać opowiadań na komputerze... to wciągnęło mnie bardzo.
OdpowiedzUsuńStyl pisania, tak inny od tego co teraz serwują, fajnie się przenieść do tej epoki.
Zakończenie przepiękne i optymistyczne )))
Bardzo mi miło, że się spodobało!
Usuń