Rozdział 2 Dziedzictwo przodków
Vivienne
- Ja… ja nie chciałam - wyszeptałam, nic nie rozumiejąc i patrząc bezradnie po wszystkich.
Plac zabaw był opustoszały. Zapewne wszystkie dzieci, widząc, że sprawa jest poważna, w popłochu uciekły. Ja również miałam ochotę się stąd jak najszybciej oddalić i wrócić do ciepłego domu, usiąść na kolanach mamy, wtulić się w nią i po prostu się rozpłakać z bezradności i bezsilności.
Angus wciąż szturchał chłopca, jednak bez większego rezultatu. Spróbował go podnieść, lecz gdy go przewrócił na plecy, cała nasza trójka cicho krzyknęła. Widok był przerażający. Był napuchnięty, białka oczu miał wywrócone, a z ust ciekła strużka krwi. Twarz wyglądała jak zamrożona w jednej pozie - przerażenia.
Czy ja mu to zrobiłam? Poczułam, że brakuje mi powietrza, a z oczu zaczęły strumieniami płynąć łzy. Nic nie rozumiałam i to mnie najbardziej przerażało. Równie wstrząsające było to, że nie wiedziałam kim tak naprawdę jestem, czułam się jakbym była w obcym ciele.
Angus odskoczył od ciała jak poparzony i spojrzał na nas z trwogą, po czym szybko spuścił głowę w dół, zapewne starając się nie utrzymywać ze mną kontaktu wzrokowego.
- Jeśli myślisz, że ci się to upiecze, to się grubo mylisz, morderczyni! Mój ojciec się już tobą zajmie! Jesteś przeklęta! - krzyczał, po czym szybko pobiegł, aby znaleźć się od nas jak najdalej.
Morderczyni. Przeklęta.
Dlaczego? Dlaczego akurat ja?
Artur odwrócił się w moją stronę, a jego wyraz twarzy sprawił, że zamarłam na chwilę. Był całkiem blady, a jego ręce drżały, kiedy do mnie podchodził. Bał się. I to mnie.
- Vivienne… - zaczął drżącym głosem, po czym chwycił mnie pod ramię i nic nie mówiąc zaczął zmierzać w stronę domu.
- Artur to nie byłam ja - szepnęłam. - Musisz mi uwierzyć…
- Viv już dobrze, teraz o tym nie myśl, w porządku? - powiedział próbując opanować drżenie głosu i krzywo się uśmiechnął.
W czasie drogi nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. Byłam zbyt zszokowana i przerażona zaistniałą sytuacją. Nie chciałam zrobić krzywdy temu chłopcu, po prostu się zdenerwowałam, że chcą uderzyć Artura i nawet nie wiedząc co robię, po prostu użyłam “tego”, nawet nie wiem co to było. Czy to była czarna magia? Przełknęłam ciężko ślinę i poczułam, że nogi mam jak z waty. Jeśli to prawda, to ściągnę na rodzinę mnóstwo kłopotów. Chyba, że jakimś cudem nikt się o tym nie dowie, ale to było mało prawdopodobne skoro sam Angus to widział.
Ku mojej uciesze w końcu dotarliśmy do domu. Z ulgą dostrzegłam, że nic się nie działo, żadnej straży i ludzi. Artur ostrożnie wprowadził mnie po schodach i otworzył drzwi. Otulił nas przyjemny zapach szykowanego przez mamę obiadu, która podeszła do nas z uśmiechem na ustach, jednak kiedy zobaczyła nasze blade twarze od razu zrzedła jej mina.
- Co się stało? - zapytała z niepokojem.
- Vivienne… - Artur lekko się zająknął. - Viv zeskoczyła z huśtawki i chyba skręciła kostkę - dodał na jednym wydechu, po czym spojrzał na siedzącego przy kominku tatę, który równie zaniepokojony sytuacją, rzucił gazetę na łóżko i wstał z małego krzesła.
- Matko Viv, przecież mówiłam, żebyście nie szaleli na placu zabaw! - westchnęła mama. - Chodź ze mną, zrobię ci opatrunek - dodała, łapiąc mnie za rękę i prowadząc w stronę kuchni.
W czasie kiedy mama owijała mi nogę bandażem, aby ją usztywnić oraz co jakiś czas przykładając mi lód do opuchlizny, próbowałam zapanować nad zalewającą mnie rozpaczą. Patrzyłam jak tata stoi w rogu pokoju z Arturem, gorączkowo coś mu szepczącym na ucho. Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to co się wydarzyło na placu zabaw nie było w żadnym wypadku normalne, przez co poczułam jak śniadanie ponownie wywraca mi się w żołądku. Wyrwałam nogę z objęć mamy i pokuśtykałam w ich stronę.
- Tatusiu - załkałam żałośnie. - Ja naprawdę nie chciałam mu zrobić krzywdy, po prostu mnie zdenerwował, przepraszam was - wyszeptałam, spoglądając bezradnie to na tatę, to na mamę, na której twarzy malowało się ogromne zdziwienie.
- Słucham córciu? O czym ty mówisz, kto cię zdenerwował? Wiesz o co jej chodzi? - spytała, spoglądając na męża, coraz bardziej zmartwiona.
Tata spojrzał na nią poważnym wzrokiem, po czym chwycił ją za ramię i nic nie mówiąc, poprowadził do łazienki. Było to jedyne miejsce, w którym rozmawiali na poważne, domowe tematy, czy też się kłócili, tak abyśmy ich nie słyszeli.
To wszystko, zdezorientowanie i zawstydzenie, połączone ze zdenerwowaniem wywołanym sytuacją na placu zabaw, tak bardzo mnie przytłoczyło, że w końcu pękłam. Siadłam na podłodze, z nogami podkurczonymi pod brodę i po prostu się rozpłakałam. Cicho łkałam, czując na ustach słony smak łez, próbując zrozumieć, co się dzieje. Jednak umysł trzynastolatki nie mógł pojąć całej tej sprawy.
Poczułam jak ktoś delikatnie otacza mnie ramieniem. Podniosłam głowę i zobaczyłam ciemne oczy brata wpatrujące się we mnie z troską zmieszaną ze smutkiem. Starł mi z policzka kilka kropli łez, po czym przyciągnął do siebie i mocno przytulił.
- Artur, czy rodzice są na mnie źli, czy przeze mnie wyrzucą nas z domu? - szlochałam, drżąc ze strachu przed karą, jaka z pewnością nas spotka.
- Ćśśś… Już dobrze Viv, wszystko będzie w porządku - szeptał melodyjnym, łagodnym głosem. - Pomyśl o tym, co zawsze i zaraz ci przejdzie.
Mój wymarzony dom. O tym zawsze myślałam, kiedy czułam się zagubiona lub też zasmucona. Odpływałam do innego świata, tego którego zawsze pragnęłam. Nie było w nim zła, biedy i wojen. Każdy był traktowany na równi, nikt z nikogo nie szydził, bo los chciał żeby urodził się marerittem, czy innym wyklętym stworzeniem. Nikt nie podporządkowywał sobie innych, nie było miast - więzień, nie było Miasta Cieni.
Cała nasza rodzina mieszkałaby w przytulnym domku na skraju lasu. Dwupiętrowy, pomalowany na biało z czerwonym, ceglanym dachem oraz ogromnym ogrodem, żeby mama mogła mieć w końcu możliwość posiadania własnego warzywniaka. Na podwórku znajdowałaby się również szopa, gdzie tata razem z Arturem mogliby skręcać i naprawiać różnorakie rzeczy. Ja także bym miała swój własny kącik, znajdujący się w końcowej części ogrodu, skryty za wysokimi drzewami. Znajdowałby się tam mały stawik, obok niego drewniana ławka, za nią altanka. Obserwowałabym stamtąd życie leśnych zwierząt i tych, które mieszkałyby w naszym zakątku.
Dom byłby najcudowniejszym ze wszystkich możliwych. Na pierwszym piętrze znajdowałaby się kuchnia, salon oraz gabinet taty. Spędzalibyśmy tam miło razem czas, ogrzewając się przy kominku, z którego buchałby ogień, oświetlając cały pokój. Śmiech rozbrzmiewałby w całym domu. Byłoby gwarnie, ale nie hałaśliwie. Wszyscy z nas cieszyliby się każdą spędzoną chwilą, bez zmartwień o to czy jutro będziemy mieli jeszcze dach nad głową, czy nie. Bylibyśmy po prostu razem.
Te przepiękne myśli przerwałam ja sama, ponieważ zamiast pomóc mi się opanować, pogorszyły sprawę jeszcze bardziej. Kolejna fala łez zalała mi policzki, przez co wkrótce koszula Artura była cała mokra, ponieważ wtuliłam się jeszcze bardziej, chcąc uciec od szarej rzeczywistości.
- Artur, czy kiedykolwiek będziemy mieli własny ogród? - załkałam.
- Oczywiście - szepnął, gładząc mnie delikatnie po plecach. - Ogród pełen twoich ukochanych róż.
Zwróciłam wzrok w stronę taty, który wpatrywał się ze spokojem w oczach, w naszą dwójkę. Poklepał lekko Artura w ramię, a gdy się podniósł, odciągnął go na bok i wręczył mu pakunek oraz szepnął coś na ucho. Braciszek szeroko otworzył oczy, w których na chwilę dostrzegłam przerażenie, lecz trwało to sekundę i ponownie wróciła chłodna obojętność. Tata mocno go do siebie przytulił i potargał za włosy. Następnie podszedł do mnie, ponownie klęknął i chwycił za ramiona.
- Vivienne pamiętasz, co ci zawsze mówiłem? - łagodnie na mnie spojrzał, unosząc kąciki ust.
- “Jesteś wyjątkowa i kiedyś zmienisz świat na lepsze” - cicho odparłam, tuląc się do taty.
- Codziennie sobie te słowa powtarzaj, dobrze? Obiecasz mi to?
- Dobrze tatusiu, ale czemu mi to teraz mówisz, nie możesz mi ty tego przypominać?
Tata nerwowo się poruszył, a kiedy podniosłam głowę, zobaczyłam, że jego oczy zrobiły się szkliste i mętne. Ponownie mnie przytulił, mocno, jakby już nigdy miał tego nie zrobić. Zdezorientowana jego zachowaniem wstałam, ciągnąc go za ręce.
- Ty i mama dziwnie się zachowujecie - zaczęłam z rezerwą. - O co chodzi? - dodałam lekko zdenerwowana, że coś przede mną ukrywają.
Tata otworzył usta, lecz po chwili je zamknął, kiedy usłyszeliśmy trzask na dworze. Szybko podniósł się z podłogi i podszedł do okna, odchyliwszy wcześniej lekko firankę. Zaległa głucha cisza.
- Artur zabierz stąd siostrę - głos taty zabrzmiał zdecydowanie, tak jakby wydawał rozkaz. - Natychmiast.
- Moment, czemu?! - pisnęłam, kiedy dłoń brata splotła się z moją w mocnym uścisku. - Gdzie mnie zabiera? Czemu nikt nic mi nie mówi! - krzyknęłam rozdygotana.
- Vivienne, proszę cię nie utrudniaj, to dla naszego dobra - powiedział Artur, jednak jego drżący głos go zdradził.
- To przeze mnie tak? - szepnęłam zdruzgotana. Wyrwałam się z uścisku brata i pobiegłam do taty. - To moja wina! Czemu mam uciec przed czymś, co ja zrobiłam i sprowadzić na was nieszczęście? - załkałam, wtulając się w plecy taty, jednak on nawet się nie odwrócił.
Płakałam cicho, póki nie poczułam jak czyjeś ręce, powoli mnie odczepiają. Zobaczyłam zapłakaną twarz mamy i stojącego obok niej bladego Artura. Wzięła do rąk sklejone od łez pasemko moich włosów i założyła mi je za ucho. Po jej policzkach cały czas spływały łzy, ale uśmiechała się szeroko. Przytuliła mnie i głaskała po głowie.
- Vivienne jesteś już dużą dziewczynką - zaczęła, szepcząc melodyjnie. - Wiesz również, że nie jesteś byle jakim marerittem, masz niezwykłą moc, o której działaniu nic nie wiesz i żałuję, że nie mogę być tą, którą może ci objaśnić jak ona działa. Pamiętaj tylko, że gdy poczujesz ostry ból w głowie i oku, od razu idź do brata, on ci pomoże. - głos lekko jej się załamał. - Tak bardzo mi przykro, że musicie oboje przez to przechodzić.
- Mamusiu ja naprawdę nic nie rozumiem, dlaczego to się dzieje?
- Nikt z nas nie rozumie pewnych rzeczy, ale wkrótce się wszystkiego dowiesz. Pamiętaj, że wraz z tatą bardzo was kochamy i robimy wszystko dla waszego szczęścia.
- To dlaczego nie pójdziecie z nami?! - krzyknęłam zrozpaczona. Mamą wstrząsnął dreszcz i mocniej mnie przytuliła.
- Nie możemy Viv, odciągając ich uwagę, damy wam szansę na ucieczkę - szepnęła, po czym odsunęła się ode mnie, ale nie dałam jej odejść. Uporczywie trzymałam ją za rękę. - Artur chodź do mnie, mój najdzielniejszy synku - jego również mocno objęła i ucałowała w policzek. - Masz bronić Viv dobrze? Bądź dla niej najlepszym bratem na świecie, a teraz proszę uciekajcie już, nie mamy czasu.
- Nie, mamo… - załkałam, czepiając się jej ramienia. - Proszę chodźcie z nami...
Jednak mama już na nas nie patrzyła, zwrócona w stronę taty, delikatnie się uśmiechała. Artur podszedł do mnie i chwycił za rękę, po czym wziął drugą, odsuwając mnie od niej. Byłam zdruzgotana tym, co się dzieje. Nie mogłam uwierzyć, że moi rodzice naprawdę oddadzą się bez walki w ręce władzy, zostawiając nas tu samych. Chciałam krzyczeć, kopać i niszczyć ze złości i rozpaczy, jednak dałam się prowadzić bratu, nie stawiając oporu.
Przed drzwiami ostatni raz spojrzałam na nasz ukochany, mały dom. Poczułam kolejne łzy w oczach, ponieważ wiedziałam, że teraz nic nie będzie już takie jak dawniej. Cały nasz świat legł w gruzach przez jedną osobę. Mnie.
Komentarze
Prześlij komentarz