Rozdział 3 Szara codzienność

7 lat później

 Vivienne



Wiatr przybrał na sile, wzbijając na ulicach burze pyłu i drobnego żwiru. Przypominało to wyjątkowo ciekawe przedstawienie. Odgłos spadających kamyków mieszał się z szumem powietrza, tworząc przyjemną dla ucha symfonię kojących dźwięków. Widok był równie oszałamiający. Raz to nie było widać nawet skrawka ulicy, jedynie szarą, nieprzejrzysta mgłę, to znów za chwilę wszystko wracało do normy. Wiatr jednak coraz bardziej przybierał na sile, sprawiając, że co chwilę obraz przysłaniała burza moich włosów.

- Chyba pora je przyciąć - mruknęłam, wyjmując z ust kolejne czarno-białe pasemko.

Skupiłam się na swoim zadaniu, chociaż dzisiejsza pogoda mi w tym wcale nie pomagała. Wspięłam się wyżej, ostrożnie wybierając wysunięte cegły budynku, aby nie poślizgnąć się. Przycupnęłam na dachu, wsłuchując się w delikatny szum wokół mnie. Gdzieś w oddali dało się słyszeć ciągłe ujadanie psa. Po chwili, ku mej uciesze, zwierzę znudziło się szczekaniem i zamilkło. Zaległa grobowa cisza. Może kogoś innego by przerażał ten obraz przymglonego, straszliwie cichego miasta, jednak mi się najlepiej w takich okolicznościach myślało. Żadnego hałasu, który niepotrzebnie mącił w głowie. Po ulicach nie biegały rozwydrzone dzieci, nie słychać było krzyku sprzedawców, zachwalających swoje towary. Tylko ja i miasto.

Wiatr nerwowo zahuczał. W oddali strzeliła nagle okiennica. Pies ponownie zaczął ujadać. Cicho westchnęłam, już tęskniąc za tamtą ciszą. Przysiadłam na dachu, oparłszy się o niezgrabny komin i pozwoliłam sobie na chwilę odpłynąć w kierunku krainy myśli.

Minęło siedem ciężkich lat odkąd doszło do tych tragicznych wydarzeń w naszym domu. Wkrótce po tym, razem z Arturem byliśmy zmuszeni walczyć o życie na ulicach Miasta Cieni. Na początku pojawiło się wiele problemów, bowiem mieszkaliśmy we Wschodniej dzielnicy, która była bardzo uboga i brakowało nam jedzenia. Pierwszy rok należał do najgorszych. Wspomnienia z tej nocy wciąż budzą we mnie niewyobrażalny strach. Przerażeni i cudem ocaleli, wałęsaliśmy się od jednej kryjówki do drugiej, uciekając przed strażnikami. Przez pewien moment udało nam się znaleźć schronienie u znajomych rodziców, ale i oni wkrótce musieli nas wygonić, ponieważ szpiedzy zaczęli u nich węszyć. Byliśmy na dnie. Nie mieliśmy już pomysłów, co robić, żeby na jakiś czas odciągnąć uwagę strażników, tak aby dali nam chwilę wytchnienia. Były momenty, że miałam już tego wszystkiego dość, przytłoczona poczuciem winy, chciałam po prostu oddać się w ręce władzy i dać szansę Arturowi. Jednak on zawsze na mnie krzyczał i się denerwował, że coś takiego mi przychodzi do głowy. Często też powtarzał, że to nie moja wina. W takim razie czyja? W końcu to ja zabiłam tego chłopca.

Później przenieśliśmy się do Północnej dzielnicy, co nie było naszym najlepszym wyborem. Wpędziliśmy się w niebezpieczne towarzystwo buntowników, z pozoru wydawali się być rozsądnymi, walczącymi o swoje prawa marerittami. Dali nam dach nad głową i ciepłe jedzenie, w zamian za pomoc.

Zaczęli oni mieszać nam fałszywymi hasłami wyzwoleńczymi w głowach. Na początku były drobne kradzieże, oczywiście rabowaliśmy tylko arystokrację i strażników, często dzieląc się łupami z innymi błąkającymi się marerittami. Jednak po kilku latach takiego życia, coś w nas pękło. Pozwoliliśmy dojść naszym najskrytszym, mrocznym pragnieniom do władzy, które spowodowały w nas takie spustoszenie, że nie czuliśmy nic, prócz chęci zemsty i przelewu krwi. Do dziś czuję ten rozchodzący się zapach śmierci, tam gdzie się tylko pojawialiśmy. Co prawda okres ten skończył się tak szybko, jak się zaczął, ale zostawił w nas zbyt dużo wspomnień i niewidocznych blizn, abyśmy mogli o nim, tak łatwo zapomnieć. Koszmary przeszłości codziennie powracały, nie dając zaznać spokojnego snu i wytchnienia. Jednak żyjąc w Mieście Cieni nie da się obrać innej drogi.

Za potrzebą odnalezienia spokoju, przenieśliśmy się do Południowej dzielnicy. Uważana za najbezpieczniejszą, ponieważ rzadko pojawiał się tu ktoś inny, niż zwykła srebrna straż. Również i ludzie byli bardziej otwarci i często pomagali marerittom. Nawet postaraliśmy się ograniczyć naszą działalność jedynie do drobnych rabunków. Tutaj wreszcie czułam, że może kiedyś będę miała swój dom.

Jednak na to wciąż musiałam poczekać, ponieważ na tę chwilę, z powodu braku wystarczającej kwoty pieniędzy, mieszkaliśmy czasami w Południowej, a czasami na skraju Zachodniej dzielnicy.

Zachodnia dzielnica, najbogatsza i najlepiej zbudowana część Miasta Cieni, była skupiskiem arystokracji i czarodziejów. Pełno w niej było ekskluzywnych sklepów, ale i również najeżona była dużą ilością strażników. Igraliśmy z ogniem, kiedy w niej przebywaliśmy, ale robiliśmy wszystko, żeby przeżyć.

Z zamyślenia wyrwało mnie lekkie szturchnięcie w bok. Zamrugałam kilka razy, aby pozbyć się przykrych obrazów sprzed oczu i spojrzałam w bok. Dostrzegłam szczupłego mężczyznę, siedzącego tuż obok mnie.

- W jakiej krainie dzisiaj przebywałaś? - spytał Artur, spoglądając na mnie miękkim wzrokiem.

W odpowiedzi jedynie smutno się uśmiechnęłam.

Z mojego pulchnego, wesołego i nadąsanego braciszka, nie zostało za wiele. Ostatnie lata tak bardzo go dobiły, że zmienił się nie do poznania. Bardzo schudł, twarz zrobiła mu się pociągła, już rzadko gości na niej ten cudowny, ciepły uśmiech, jakim zawsze obdarzał mamę, kiedy dostawał od niej dodatkowe pieniądze na ciastka. Ciemne oczy, które zawsze biły blaskiem i niewyobrażalna siłą, teraz wyglądają na zmęczone oraz przysłonięte mgłą.

Pomimo tylu negatywnych wpływów Miasta Cieni, wciąż czasami dostrzegam w nim tę znajomą determinację, której zawsze mu zazdrościłam. Również jego zamiłowanie do przytykania i gnębienia mnie mu zostało, za co nieraz mam ochotę go udusić. Jednak pomimo wielu kłótni i różnych zdań na wiele tematów, nadal razem ze sobą trzymamy, wspierając się w trudnych chwilach.

- W krainie Nie Twój Interes - odparłam cicho chichocząc. - Nie miałeś przypadkiem być u szanownej pani Margaret i mamić ją właśnie nudnymi historycznymi pogawędkami?

- Nawet mi o niej nie przypominaj, chyba niedługo będziemy musieli się przenieść, bo nie dość, że zaczyna coś podejrzewać, to jeszcze ja mam już dosyć jej ordynarnych zalotów - jęknął Artur, na samo jej wspomnienie.

Pani Margaret, starsza kobieta, dawniej sławna czarodziejka, teraz będąca na emeryturze. Jej głównym zajęciem jest wynajmowanie pokoi arystokracji i kupcom Miasta Cieni. Jednym z powodów, dla których aktualnie u niej mieszkamy jest jej ślepota. Jednak widocznie któryś z sąsiadów musiał jej podsunąć pomysł, że należymy do marerittów, ponieważ stała się ostatnio dość oschła i już nie witała nas tak serdecznie.

Długo się zastanawialiśmy, czy pchanie się w gniazdo wroga, jakim jest dzielnica Zachodnia, jest dobrym pomysłem, ale kiedy zauważyliśmy, że byliśmy w stanie bez problemu wynająć u nich mieszkanie, szybko przerzuciliśmy się na taki styl życia.

Jedyną potrzebną rzeczą była specjalna broszka, którą z dumą nosili przedstawiciele rodzin gwardii i czarodzieje. Zdobycie jej nie należało do łatwych zadań, aczkolwiek nie było rzeczą niewykonalną. Dzięki mocy Artura, jaką była możliwość zawładnięcia umysłem drugiej osoby, mamiliśmy arystokratę w odludne, niewidoczne miejsce, gdzie go okradaliśmy i szybko uciekaliśmy.

Jednak pewien problem uniemożliwiał nam częste rabowanie. Mianowicie system rozpoznawania właściciela. Każdej broszce przypisane jest zdjęcie właściciela i jego dane osobowe, dlatego trzeba było albo znaleźć bardzo podobnych do nas ludzi, albo dobrze się ucharakteryzować. Czasami szybko się ktoś nawinął, a niekiedy musieliśmy długo polować.

Właśnie dlatego dzisiaj siedzę już pół dnia na dachu. Artur ostatnio dowiedział się o podobnych celach, więc zlecił mi śledzenie kobiety, która mieszka w jednym z luksusowych hoteli. Jednak jest już godzina czternasta, a ona z niego nawet na chwilę nie wyszła.

- Myślisz, że ta czarodziejka na pewno tu mieszka? - spytałam brata.

- Viv, przecież sam ją tu odprowadziłem, gdy zobaczyłem ją pijaną w karczmie i zaproponowałem bezpieczny powrót do domu, co swoją drogą mogłem już wtedy wykorzystać, ale nie sądziłem, że pani Margaret kiedykolwiek zacznie nas podejrzewać.

- Nie wierzę, że nie zostawiłeś jej tam, była sama w karczmie! I to pełnej marerittów! Mieliby chwilę rozrywki - fuknęłam zdenerwowana, jednak wizja rozszarpywanego ciała magiczki, wyjątkowo mnie uszczęśliwiła.

- Była do ciebie wyjątkowo podobna! Nie mogłem zmarnować takiej szansy! Zresztą nie możemy pakować się w kolejne masakry, bo znowu będziemy musieli się przenieść do innej dzielnicy, jak czarodzieje zaczną się bać przebywać w naszej - burknął, kładąc się na dachu. Przeciągnął się, wydając przy okazji koci pomruk. Leżał z rękoma pod głową, wpatrując się w niebo, miarowo oddychając.

Westchnęłam zrezygnowana i zwróciłam wzrok na drzwi wejściowe do hotelu. Był to jeden z najlepszych w okolicy, mający stały dopływ wody i elektryczności, a jedzenie zawsze było podawane o konkretnej godzinie. Nie powinnam o tym w ten sposób myśleć, jeszcze się przyzwyczaję do luksusów i zamienię się w jednego ze snobistycznych magów. Jednak wizja ciepłej kąpieli w ogromnej wannie wyjątkowo kusiła.

Często towarzyszyło mi uczucie wstydu, kiedy mieszkaliśmy w znakomitych warunkach, a niektórzy z naszych tułali się po ulicach. Dlatego zawsze starałam się coś przy okazji zabrać, żeby później jedni mogli to sprzedać i kupić sobie przynajmniej ciepły, świeży chleb.

Moje rozmyślania przerwało poruszenie przy drzwiach, które szeroko się otworzyły, ukazując wysoką kobietę, z narzuconym na siebie pięknie szytym płaszczem. Jednak tym, co najbardziej przykuło moją uwagę był oszałamiający kapelusz na głowie czarodziejki.

Niezbyt wysoki, ale z szerokim rondem zasłaniającym połowę jej twarzy. Uszyty z czarnego, matowego materiału, z przewiązaną wokół bordową wstążką, która dodawała elegancji. Całość dopełniało kilka pawich piór wsadzonych za pasek. Iście królewski kapelusz, czyniący z kobiety hrabinę. Nawet gdyby go ubrała zwykła chłopka i tak wyglądałaby niesamowicie. Taki zawsze miałam w głowie, kiedy myślałam o najpiękniejszym kapeluszu świata. Uzmysłowiłam sobie, że choćbym nie wiem co miała zrobić, muszę go mieć.

- Artur - szepnęłam, otrząsnąwszy się z zachwycenia. - Już jest - szturchnęłam brata w żebra, żeby się podniósł.

- Co? Kto? - mruknął, przecierając oczy. Znowu nie śpi po nocach i myślał, że tego nie zauważę. Jednak nie teraz to było najważniejsze. Wskazałam mu ręką postać kobiety. - Ach! Wygląda całkiem inaczej, niż wtedy - mruknął z rozbawieniem.

- To co robimy? Czekamy aż wróci, czy śledzimy ją?

- Na razie ją obserwujmy i podążajmy w niewielkiej odległości, może znowu trafi do naszej uroczej karczmy.

- Artur jesteś pewny, że ona nie jest jakąś osobistością? Patrząc po jej ubraniach, nie zdziwiłabym się nawet jakby była księżną - skrzywiłam się, słysząc mój ociekający zazdrością głos.

- Wiesz kiedy ją poznałem, bardzo dużo brakowało jej do określenia mianem księżnej - zaśmiał się cicho pod nosem. - Jednak coś w tym może być, patrząc na to, że ma obstawę przy sobie. Lepiej uważajmy, żeby nikt nas nie zauważył.

Artur przykucnął na skraju dachu i wpatrywał się w nasz cel. Kiedy kobieta wsiadła do karety, delikatnie się podniósł i palcem wskazał bym za nim podążała.

Wybrał drogę po dachach budynków. Tym sposobem nikt nas nie zauważy, więc będziemy mogli bez problemu śledzić pojazd. Ostry wiatr smagał nas po twarzach, gdy z wyrobioną gracją, umiejętnie skakaliśmy z jednego domu na drugi. Cały czas mieliśmy ich w polu widzenia, zachowując przy tym odpowiedni dystans. Drogi w Mieście Cieni nie należały do przyjemnych i idealnych, toteż co chwilę konie zwalniały, a to ominąć dziurę, a to próbując nie staranować tłumu ludzi. Dopiero w momencie wjechania do dzielnicy czarodziejów drogi stały się przychylniejsze.

W tym momencie nasze zadanie stało się trudniejsze, zważając na to, że znaleźliśmy się na terenie, na którym oddziały gwardii znajdowały się praktycznie przy każdym domu. Mocniej ścisnęłam supeł przy opasce, zasłaniającej moje wyróżniające się oko. Nie chcemy, przecież by zaraz nas wykryli.

Nareszcie podróż dobiegła końca. Konie z głośnym parsknięciem zatrzymały się przed wysokim budynkiem, przed którym tłoczyło się wielu czarodziejów. Ukryliśmy się z Arturem tuż przy najbliższym kominie i obserwowaliśmy kobietę.

- Co to za miejsce? - szepnęłam do brata, który znał chyba cały plan Miasta Cieni.

- To jest “Złoty Belweder”, miejsce gdzie spotykają się wszyscy czarodzieje z każdej dzielnicy, aby wygłosić różne wykłady na temat Miasta Cieni oraz nowych odkryć.

- Odkryć? - zapytałam niepewnie.

- Czarodzieje od wielu lat nadużywają swojej pozycji i przywilejów, aby chwytać mareritty i móc na nich eksperymentować. Są zaciekawieni nami, tym jak funkcjonuje nasze ciało, moce i jakim cudem w ogóle powstaliśmy - chłód w jego głosie sprawił, że poczułam ciarki na plecach, kiedy wyobraziłam sobie, co też muszą przechodzić mareritty, które zostały schwytane w takich celach.

- Nie chcę cię martwić siostrzyczko - ciągnął dalej Artur. - Ale jesteś wyjątkowym kąskiem dla takich chorych umysłów. Tyle, że prędzej ja im zrobię czyszczenie mózgu, niż oni by cię tknęli.

Delikatnie przytuliłam się do brata. Niejednokrotnie już mnie ratował z opresji, więc i te słowa uznałam za szczerą prawdę. Wszystkie złota świata nie byłyby w stanie wynagrodzić mu jego poświęcenia.

- No, no kogo my tu mamy - szepnął Artur, wychylając się bardziej i przykładając do twarzy małą lornetkę. - Spójrz Viv, chyba cała arystokracja tu jest.

Wyjrzałam zza komina z drugiej strony i lekko przymrużyłam oczy. Spojrzałam na dziedziniec przed “Złotym Belwederem” w poszukiwaniu znajomego, eleganckiego kapelusza, jednak w przeciągu tych kilku sekund zrobił się tam niemożliwy tłum. Każdy z czarodziejów był ubrany w fikuśne ubrania, we wszystkich barwach jakie tylko istnieją, które dodatkowo były pełne drobnych złoceń. To było jak wystawa tropikalnych ptaków, przekrzykujących się tylko, kto jest piękniejszy od drugiego.

Wreszcie wśród całej tej maskarady dostrzegłam ją. Jako jedyna była ubrana w stonowany strój, jednak nieziemski kapelusz sprawiał, że nikt nie mógł od niej oderwać wzroku. Co chwilę jej urękawiczona dłoń przeskakiwała z jednego uścisku do drugiego. Nawet sam główny czarodziej Północnej dzielnicy lekko jej się ukłonił.

- Kim ona do cholery jest? - mruknęłam, czując coraz bardziej, że pomysł by to jej odebrać broszkę jest bardzo zły. Wygląda na bardzo szanowaną osobę.

- Nie mam pojęcia Viv, ale dawno nie czułem tak przyjemnego dreszczyku emocji - Artur przyznał z widoczną radością w głosie, a ja zastanawiałam się, gdzie w tym momencie zabrano mojego opiekuńczego brata, który był numerem jeden w kwestiach bezpieczeństwa. Zamiłowanie do skoków adrenaliny mamy chyba we krwi.

- Ty naprawdę chcesz odebrać jej tę broszkę? - spytałam, a widząc energiczne przytakiwanie brata, wprost osłupiałam. - Artur za dużo ryzykujemy, możemy wziąć sobie ją od kogoś innego. Sam mówiłeś, że masz jeszcze kilka typów!

- Wiem Viv, ale zaintrygowała mnie i czuję, że możemy ugrać coś większego niż tylko broszkę - patrzył szeroko uśmiechnięty, a w oczach jarzyły się ogniki, zapomniane przeze mnie i zawsze wyczekiwane. Rzeczywiście był tym podekscytowany.

- Ale gdyby coś tylko poszło nie tak, od razu się zwijamy, dobra? - spytałam go, dziwiąc się, że ja to mówię, bo zawsze on był nad wyraz opiekuńczy.

- Mhm, masz to jak w banku siostrzyczko.

Naszą uwagę przykuło poruszenie wśród ludzi tuż przy wejściu. Na dziedziniec zajechała ogromna karoca z bajecznie przystrojonymi końmi. Na jej widok wszyscy czarodzieje stłoczyli się wokół placu, patrząc z zachwytem i podziwem. Kiedy zajechała tuż pod same schody budynku, woźnica zeskoczył i z wielką gracją otworzył drzwiczki pojazdu oraz wysunął małe schodki. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczyłam kto z niej wysiada. Artur czuł się chyba podobnie, bo wydobył z siebie ciche westchnienie i jeszcze bardziej wychylił się zza komina.

Jednak przybycia takiego gościa chyba żadne z nas się nie spodziewało.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie