Rozdział 4 Zemsty smak słodki
Vivienne
Z karocy wysiadał nie kto inny, jak sam hrabia Forkles Darligen, władca Miasta Cieni, wraz ze swoim nadwornym doradcą. Stąpał po schodkach delikatnie, jakby były zrobione z puchu. Każdy krok był pełen gracji i dystyngowania. Obojętnym wzrokiem obrzucił stłoczony przed nim, skandujący jego imię tłum gapiów, po czym zabrał z wozu mosiężną laskę, wysadzaną drogimi kamieniami i zaczął zmierzać w stronę wejścia do budynku. Na elegancki garnitur miał narzucony długi, czerwony płaszcz, z gronostajowym futrem przyszytym na brzegach. Jakby tego było mało, żeby pokazać innym swoją wyższość, na głowie miał niewielki diadem - symbol władzy. Był tylko hrabią, a zachowywał się jak monarcha potężnego państwa.
Na jego widok poczułam jak wszystko się we mnie kotłuje. Chęć zemsty za to, co stało się z rodzicami, połączona z ogromnym strachem przed jego potęgą. To wszystko sprawiło, że aż zakręciło mi się w głowie. Schowałam się ponownie za kominem i wzięłam kilka głębszych oddechów, żeby się uspokoić.
- To chyba byłoby na tyle, jeżeli chodzi o naszą misję - powiedziałam ze zrezygnowaniem. - W końcu wejście tam, kiedy w środku jest sam hrabia Forkles, równałoby się z natychmiastową śmiercią.
Już miałam się podnosić, gdy poczułam jak ręka Artura zaciska się na moim nadgarstku. Spojrzałam na niego zdezorientowana, ale on nic nie mówiąc, zaczął zeskakiwać z dachu, ciągnąc mnie za sobą.
- Co ty robisz?! Chyba nie myślisz tam wejść! - syknęłam na niego i przyparłam go do muru, tak aby nikt nas nie widział. - Tylko jak postawimy tam nogę, zaraz ktoś zawoła strażników i będziemy martwi!
Patrzyłam na Artura z przerażeniem. Nigdy nie widziałam go tak zawziętego, nie zwracającego uwagi na czające się przed nami śmiertelne zagrożenie. Zawsze unikał takich sytuacji, bo wiedział, że łatwo moglibyśmy dać się złapać.
- Vivienne, posłuchaj mnie - zaczął chłodnym tonem. - Taka okazja może się nigdy nie powtórzyć! Wreszcie w jednym miejscu mamy tyle osób, o których śmierci wręcz marzyliśmy! Nie chcesz się odpłacić za rodziców? Już zapomniałaś ile wycierpieli zapewne przez Forklesa? - z każdym słowem jego głos stawał się coraz bardziej ochrypły ze złości. Cały ociekał niszczącą go od środka zemstą.
- Jak możesz mówić, że zapomniałam? - szepnęłam, odsuwając się od niego. - Dobrze wiesz, że nigdy tego nie zapomnę! Ale nie po to oni cierpieli, żebyśmy teraz zginęli, tuż pod pierwszym, lepszym mieczem jakiegoś gwardzisty! Poświęcili się byśmy mogli być bezpieczni! Czemu więc tak nalegasz?!
- Bo tamtego dnia, kiedy strażnicy przyszli do naszego domu, poprzysiągłem sobie, że jeśli tylko nadarzy się okazja, w której byłbym w stanie zbliżyć się do hrabiego, wykorzystam ją - odparł cicho, lecz stanowczo, po czym chwycił mnie za ramiona i przytulił. - Wybacz siostrzyczko, ale nie mogę zmarnować takiej szansy i wiem, że powtarzałem ci, żebyś zawsze na siebie uważała, a teraz daje dokładnie przeciwny przykład. Musisz mnie zrozumieć - dokończył drżącym głosem, a kiedy się odsunął, zobaczyłam, że na jego ustach zagościł lekki uśmiech.
- Ja… staram się, ale... - nie byłam w stanie wykrztusić z siebie żadnych słów. Nie mogłam mu dać po prostu tam tak podejść, przecież na pewno mają jakiś system ostrzegawczy albo już samo zachowanie mogło go zdradzić. - To zbyt niebezpieczne nie rozumiesz? Obiecaliśmy sobie, że zawsze będziemy chować urazę do innych, nie pozwolimy znowu dojść do władzy tym najskrytszym, obrzydliwym emocjom. Proszę cię, na pewno znajdzie się jeszcze jakaś okazja na pewno, będziemy wtedy lepiej przygotowani.
- Nie Viv - stanowczy głos Artura znowu zabrzmiał. - Dowiem się tego, co stało się z rodzicami tu i teraz. Inaczej nigdy sobie tego nie wybaczę. Nikt mnie nie powstrzyma - skoncentrował wzrok,w którym pojawił się groźny błysk, na mnie. - Nawet ty.
Wszystko zadziało się tak szybko, że nie miałam żadnych szans by zareagować. Artur zamknął mnie w żelaznym uścisku, po czym jego oczy zaczęły jarzyć się złotym blaskiem. Po chwili nie mogłam się ruszyć na krok, ani nawet wydać z siebie głosu. Użył na mnie swoich mocy. Przerażonym wzrokiem, patrzyłam jak sylwetka brata oddala się w stronę końca zaułku, w którym się znajdowaliśmy. Po chwili już go nie widziałam.
- Przysięgam jeśli wyjdzie stamtąd żywy, to rozszarpie go z miłą chęcią, za to, że użył na mnie mocy - burknęłam w myślach, wciąż niezdolna do jakiegokolwiek ruchu.
Czułam, jak strach wykręca mi żołądek. Artur powiedział, że chce tylko poznać prawdę, co stało się wtedy z rodzicami. Tylko, co innego mogło się z nimi stać? Czyżby podejrzewał, że wzięto ich do niewoli? Ale w jakim celu? Och, Arturze, czemu ty nigdy nic nie mówisz!
Spróbowałam zdziałać coś i z pomocą magii uwolnić się z niewidzialnych więzów brata, jednak nic z tego nie wyszło. Jego moc nie należała do tych, co mają siać zniszczenia, ale potrafiła zdziałać równie dużo niedobrego. Specjalizował się w typowo psychicznej stronie, potrafiąc namieszać w głowie. Wystarczyło, że nawiązywał kontakt wzrokowy, a już mógł zawładnąć czyimś ciałem. Potrafił nawet czytać w myślach, a także kontrolować człowiekiem. Jednak przy odpowiednim szkoleniu taka moc może być niebezpieczna, aktualny poziom mocy Artura jest bardzo niski, w wyniku ciągłego zmęczenia. Skutkiem tego jest krótkotrwałość jego umiejętności, toteż i zaklęcie rzucone na mnie nie działało długo.
Wreszcie zostałam uwolniona. Z ulgą pokręciłam głową oraz chwilę skakałam w miejscu, aby móc poczuć, że moje ciało już jest zależne tylko i wyłącznie ode mnie. Po chwili byłam ponownie na dachu pobliskiego domu i wypatrywałam znajomej burzy blond włosów, pośród wciąż nie zmniejszającego się tłumu. Ze zdenerwowaniem szukałam wśród ludzi mojego brata, jednak bardzo prawdopodobne było to, że użył maskującego zaklęcia, więc rozpoznanie go graniczyło z cudem.
- Niech cię szlag trafi Arturze - jęknęłam zrezygnowana. Nigdy go nie znajdę pośród tego roju.
Nagle zobaczyłam jakieś poruszenie, tuż przy wejściu do “Złotego Belwederu”. Mężczyzna z maską przypominającą łabędzia, lawirował między czarodziejami, krzycząc coś, czego nie mogłam zrozumieć z tej odległości. W końcu dobiegł do drzwi i głęboko się kłaniając, otworzył je przed znaną mi elegancką kobietą, której detale kapelusza mogłam nawet stąd dostrzec. Dama, zaciekawiona tajemniczym dżentelmenem, podała mu ramię w niemej prośbie o towarzyszenie jej. Mężczyzna ponownie dygnął, uśmiechnął się i delikatnie ją chwycił. Po chwili zniknęli w środku, a drzwi zamknęły się z hukiem.
- Jeśli tym fircykiem w zalotach nie jest Artur, to przez tydzień będę się kłaniała arystokracji - burknęłam do siebie.
Tylko co mi było po tym, że go znalazłam? Nie dam rady się tam dostać niezauważona, bo moje zaklęcie maskujące nie jest tak silne jak Artura, więc po kilkunastu minutach wszyscy by poznali moją prawdziwą tożsamość. Chyba pozostaje mi tylko czekać i modlić się do wszystkich bogów, żeby nic mu się tam nie stało.
Wtem na dziedzińcu rozległ się ogłuszający huk, a cały plac spowiła szara mgła. Ktoś widocznie, podobnie jak my, również chciał popsuć spotkanie, więc idąc w dywersję, rzucił bombę dymną. Panował tam jeden, wielki chaos, wszędzie słychać było krzyki czarodziejów i żołnierzy, wydających polecenia. Dostrzegłam, że dzięki temu bałaganowi, nikt nie pilnował już wejścia i każdy mógł się tam wślizgnąć.
- Będę żałowała do końca życia tej decyzji - jęknęłam, jeszcze wtedy nie wiedząc, jak bardzo prorocze były to słowa.
Najszybciej jak tylko mogłam, zeskoczyłam z dachu i pognałam w stronę drzwi, chwytając po drodze samotnie leżącą maskę. Przed wejściem udało mi się dokonać kilku zmian w wyglądzie, licząc na to, że nikt nie zauważy iluzji. Rozejrzałam się jeszcze wkoło, ale nikt nie zaprzątał sobie mną głową, kiedy na placu wciąż unosił się gęsty dym. Wzięłam głęboki oddech i popchnęłam delikatnie drzwi, po czym wkroczyłam do gniazda wroga.
Wiedziałam, że czarodzieje lubują się w największych luksusach, ale to co zobaczyłam, przerastało moje najśmielsze oczekiwania. Nazwa “Złoty Belweder” nabrała teraz zdecydowanie większego sensu.
Znajdowałam się w szerokim holu w kształcie rotundy. Podłoga zbudowana była z białego marmuru i wyściełana eleganckimi, czerwonymi dywanami, których detale zostały wyszyte złotą nicią. Każde ich pasmo wskazywało drogę w jakiej należało podążać, co nie ułatwiło mi zadania, bo było ich niemożliwie wiele. Kilka prowadziło na górne tarasy, gdzie aby się dostać należało wspiąć się po krętych alabastrowych schodach. Każde z nich miało na poręczach wyrzeźbione ornamenty. Z kolei na dolnym piętrze można było znaleźć aż pięć różnych mniejszych korytarzy z hebanowymi drzwiami na końcach.
Oprócz mnie w holu znajdowało się jeszcze kilka osób, równie zagubionych co ja, więc nie wyróżniałam się zbytnio. Nie mogłam się zdecydować, w którą stronę mam pójść, lecz usłyszałam głośne klaskanie i wiwatowanie dochodzące z góry. W takim wypadku tam musi znajdować się sala, w której czarodzieje obradują, a więc i Forkles tam będzie. Przerażała mnie myśl siedzenia pośród tylu magów, jednak założę się, że znajdę tam Artura.
Kiedy tak stałam i wpatrywałam się w wejście do sali, poczułam jak czyjaś dłoń dotyka mojego ramienia. Gwałtownie się odwróciłam, z sercem bijącym szybciej niż kiedykolwiek, bojąc się, że to na pewno strażnik, który zaczął podejrzewać moje dziwne zachowanie.
- Oj przepraszam najmocniej, nie chciałem szanownej pani wystraszyć.
Przede mną stał młody chłopak, może nawet nie miał skończonych osiemnastu lat, wpatrywał się we mnie intensywnie błękitnymi oczami. Jego ubranie było pomięte, guziki marynarki były źle pozapinane, a koszula, widocznie w pośpiechu zakładana, nawet nie była dokładnie włożona do spodni. Blond włosy zaś znajdowały się w takim nieładzie, jakby nigdy nie widziały grzebienia.
- Czy mogę w czymś pomóc? - niepewnie spytałam, udając dystyngowaną damę. Przy okazji udałam lekki grymas, widząc jak bardzo niechlujnie chłopak wygląda, na co ten lekko się zarumienił ze wstydu i zmieszał.
- Em… Mogłaby mi pani powiedzieć, gdzie...eee… obradują właśnie czarodzieje? Jestem tu pierwszy raz i…. no… i - i mój mistrz i tak będzie na mnie wściekły za to jak wyglądam, więc ni - nie chcę się chociaż strasznie spóźnić - jąkał się, kiedy próbował się wytłumaczyć ze swojego “eleganckiego” stroju.
Było mi go szkoda, zwłaszcza, że jego mistrz na pewno złoi mu za to porządnie skórę, jednak nie chciałam by ktoś zwrócił na nas uwagę. Zaczynałam się też martwić, czy chłopak nie zacznie podejrzewać czegoś, w końcu to dziwne by dama, a zwłaszcza czarodziejka, przebywała sama w holu, kiedy tuż obok toczą się obrady.
- Niestety nie wiem jak mam ci pomóc, bo również jestem tu pierwszy raz, lecz wydaję mi się, że należałoby skierować się tymi schodami w górę - odpowiedziałam, wciąż starając się utrzymać poważny i snobistyczny ton głosu.
- Och, w porządku… - chłopak jeszcze bardziej zrobił się purpurowy. - A czy - czy mogłaby pani mnie tam zaprowadzić? Może by nikt wtedy na nas nie zwrócił uwagi, a jak sam tam wpadnę, to jeszcze coś głupiego po drodze zrobię i - i no wie pani ośmieszę mojego mistrza - spuścił głowę w akcie skruchy, drapiąc się po głowie.
Czułam się rozdarta. Jednocześnie chciałam pomóc temu biednemu chłopcu, w końcu jest dopiero adeptem, więc i nic złego nie mógł do tej pory zrobić. Z drugiej strony wejście z nim na salę byłoby bardzo ryzykowne, bo zaczęto by się zastanawiać kim jestem. Kiedy tak biłam się z myślami, blondyn podniósł głowę, po czym widocznie bardzo zdesperowany, rzucił się na kolana przede mną i tulił się do moich nóg.
- Błagam panią! Musi mi pani pomóc! - jęczał, a jego głos zamienił się w szlochanie. - Mój ojciec powiedział, że odda mnie do wojska jeśli spapram naukę magii! Jestem zbyt delikatny na wojsko! - coraz bardziej zaczynał lamentować, aż kilka osób stojących nieopodal spojrzało na nas z zażenowaniem.
- Uspokój się do stu piorunów! - syknęłam ze złością, jednak o wiele bardziej byłam teraz zszokowana niż wściekła. - Wszyscy na nas patrzą! Może i lepsze byłoby dla ciebie to wojsko!
- Nieee, błagam!
- Mówię bądź cicho! - chwyciłam go za poły marynarki i postawiłam przed sobą. Wyglądał jak skrzywdzony szczeniak, a usta miał wygięte w podkówkę. - Masz się natychmiast młodzieńcze uspokoić! Słyszysz mnie? I zróbże coś ze swoim ubraniem, bo inaczej tam nie wejdę z tobą! - odzyskując spokój ducha, znowu weszłam w rolę zrzędliwej damy.
- O matko, już już droga pani! Czyli zaprowadzi mnie pani tam? - jego twarz z zrozpaczonego dziecka, zmieniła się w ciągu sekundy w rozradowanego chłopca.
- Tak, ale pod jednym warunkiem! Nie będziesz się przeciskał do swojego mistrza, bo zrobiłbyś tylko niepotrzebny zgiełk. Usiądziemy przy pierwszych miejscach z brzegu, dobrze?
- Oczywiście! tak bardzo pani dziękuję! Swoją drogą jestem Colin, a pani godność jeśli mogę spytać?
- E - Elizabeth, a teraz koniec pytań, bo zdążymy tylko na słowa pożegnalne! - szybko podeszłam w stronę schodów, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce oraz tego, może i uprzejmego, chłopca, który jednak za dużo gadał.
Colin energicznie pokiwał głową, po czym dołączył do mnie i podał mi ramię. Niezgrabnie chwyciłam je, a następnie szybkim marszem weszliśmy po krętych schodkach, aż ujrzeliśmy półprzymknięte drzwi, z których sączyło się blade światło. Ostrożnie je uchyliłam, a następnie najciszej jak mogliśmy zajęliśmy miejsca tuż przy wejściu, nie zwracając zbytnio uwagi innych osób. Chociaż drogę ucieczki w razie czego miałam blisko. Colin wygodnie rozparł się w fotelu, wyjąwszy wcześniej notes i długopis. Ja natomiast siedziałam jak szpilka, bojąc się nawet drgnąć, żeby któryś z czarodziejów, przypadkiem mnie nie zauważył.
Miałam tylko wejść po cichu, niezauważona, znaleźć Artura i wyjść. Czemu moje plany zawsze nie wychodzą?
Komentarze
Prześlij komentarz