Rozdział 5 Brutalna prawda
Vivienne
Rozejrzałam się po całej sali, która była po brzegi wypełniona ludźmi. Bez zaskoczenia zauważyłam, że jest zbudowana z marmuru, a poręcze przy tarasach i ławach zostały pokryte złotem. Na środku olbrzymiej sali, znajdowało się wyższe podium, na którym teraz stał i przemawiał jakiś czarodziej. Jego donośny głos było słychać w każdym kącie pomieszczenia. Z braku innego zajęcia i możliwości odciągnięcia myśli od panicznego strachu, przed odkryciem mojej tożsamości, zaczęłam się przysłuchiwać.
- Drodzy obywatele i obywatelki! Zebraliśmy się tutaj dzisiaj, w bardzo ważnej nam sprawie. Tak ważnej, że nawet sam wielki i potężny hrabia Forkles zaszczycił nas swoją obecnością! - oklaski rozbrzmiały na sali, a władca wstał, po czym ukłonił się w każdą stronę. - Mianowicie, nastąpił niewiarygodny przełom w naszych badaniach! Jak szanowni obywatele wiecie, od wielu lat staramy się w Mieście Cieni osiągnąć jakiekolwiek pozytywne rezultaty, w kwestii tych bestii, które tu urzędują - marerittów. - pomruki połączone z buczeniem przecięły ciszę na sali, a ja lekko się skrzywiłam, czując, że na pewno to przemówienie nie będzie dla mnie przyjemne.
- Jednak ostatnio, dzięki ogromnemu poświęceniu naszych szanownych badaczy, udało nam się odkryć nową broń, którą teraz państwu zaprezentujemy! - oklaski ponownie się rozległy, a na scenę wkroczyło dwóch czarodziejów.
Byli ubrani w białe fartuchy, sięgające prawie do ziemi. Jeden z nich niósł niewielką walizkę, a następnie postawił ją na przygotowanym ówcześnie stole. Za nimi weszło trzech żołnierzy, którzy eskortowali mężczyznę, zakutego w liczne kajdanki i obwiązanego łańcuchami. Posadzili go na mosiężnym krześle obok stolika i mocno do niego przywiązali. Wystarczył mi rzut oka, żeby odgadnąć kim on jest. Mareritt.
Poczułam zimne krople potu, spływające po moich plecach, kiedy zobaczyłam w jakim mężczyzna był stanie. Zapewne torturowany przez kilka dni, może i nawet tygodni, ponieważ jego ręce wyglądały jak bezkształtna masa. Oczy zaś toczyły mętnym wzrokiem po publiczności, musiał mrugać co chwilę, nieprzyzwyczajony do jasnego światła. Prawdopodobnie podali mu jakiś narkotyk, żeby nie był agresywny, tylko mógł potulnie jak baranek z nimi współpracować.
Czułam, że nie wytrzymam tego już więcej, ale gdybym teraz opuściła salę, w kulminacyjnym momencie dla czarodziejów, zaczęliby coś podejrzewać. Przygryzłam język, aby tylko nie rzucić się na któregoś maga. Z niepokojem czekałam na dalszy rozwój wypadków.
- Mamy tu drodzy państwo - czarodziej kontynuował prezentację. - przedstawiciela tych szkaradztw. Posłuży nam jako przykład. Będziesz jednym z pierwszych, który doświadczy naszego najnowszego wynalazku, możesz czuć się dumny! - grubiańsko zaczął się śmiać, jednak mareritt nawet nie zareagował, zbyt otumaniony narkotykiem. - No dobrze, nie przedłużając już, zacznijmy przedstawienie!
Przemawiający pstryknął na dwóch czarodziejów w fartuchach, którzy rozpoczęli przygotowania. Jeden z nich otworzył walizkę, po czym wyjął z niej niewielką strzykawkę oraz słoik z niebieskawym płynem w środku. Wsadził igłę w wieczko, a następnie odmierzył odpowiednią dawkę. Strzepnął nią delikatnie, a następnie wypuścił w powietrze kilka kropel dla sprawdzenia. W tym czasie drugi podszedł do więźnia, podwinął mu rękawy zszarganej koszuli, tuż nad łokciem zaciskając rękę paskiem, tak aby można było zobaczyć wyraźnie pulsującą żyłę.
- Już spieszę drodzy państwo z wyjaśnieniem, czym w ogóle ów wynalazek jest. To najnowsza formuła, świeżo uzyskana! Dotychczas naszą jedyną bronią na te plugastwa były szafirowe kajdanki i naboje pokryte szafirem, jednak to wszystko nie wystarczało, w momencie gdy mieliśmy do czynienia z kimś potężniejszym. Były to jedynie częściowe ograniczenia ich mocy, przez co wciąż ponosiliśmy ogromne straty w czasie ich buntów. Jednak nadszedł koniec naszych męczarni! Bo dzięki temu wszyscy w końcu będziemy mogli spać spokojnie! - publiczność zaczęła wiwatować i gwizdać, niektórzy wstawali, inni rzucali obelgami w stronę więźnia.
Nie mogłam uwierzyć w to, jak bardzo oni wszyscy są zadufani w sobie. To przecież przez nich wszystko się dzieje, całe nasze cierpienie, niewola. Oni na nas eksperymentują, my tylko się bronimy!
Czułam jak złość przenika całe moje ciało. Miałam ochotę wstać i wykrzyczeć jak bardzo ich nienawidzę, jednak ograniczyłam się tylko do rzucania nienawistnych spojrzeń oraz wymyślania w głowie różnorakich tortur.
- Przybliżę teraz państwu, czym w ogóle jest ta niesamowita broń - czarodziej przejął od naukowca strzykawkę i pokazał ją wszystkim. - Jest to płynna substancja, którą uzyskujemy poprzez dodanie opiłek szafiru do roztworu naszej specjalnej i tajnej receptury. W wyniku następnych obróbek chemicznych oraz termicznych, otrzymujemy taki oto płyn, o niebieskim zabarwieniu i gęstej konsystencji. Mareritt nie dość, że traci swoje moce na okres ponad dwudziestu czterech godzin, to dodatkowo wprawia go w stan letargu! Dzięki temu wynalazkowi każdy z nas będzie mógł się czuć bezpiecznie, bo wystarczy niewielka dawka substancji, aby unieruchomić mareritta, aż do przybycia wojska! Cena na razie będzie zapewne nieprzystępna dla wielu z państwa, jednak to tylko kwestia czasu! Niedługo rozpocznie się produkcja, dlatego już w najbliższych miesiącach możecie szukać fiolek w sklepach!
Cała sala ryknęła okrzykami radości. Wszyscy zaczęli się miażdżyć w uściskach, niektórzy płakali. Nawet hrabia lekko się uśmiechnął, kiwając głową z uznaniem.
Nie wierzyłam własnym uszom. Nowa formuła? To jest niemożliwe, żeby jacyś aroganccy magowie na to wpadli! Na zmianę to bladłam z przerażenia, to purpurowiałam ze złości.
- Pani Elizabeth, czy wszystko w porządku? Nie wygląda pani zbyt dobrze - spytał z nutą zmartwienia w głosie Colin.
- Och, nie… nie, wszystko w porządku - szybko wybrnęłam z sytuacji. - Po prostu nie jestem wielką fanką igieł haha.
- Gdyby źle się pani czuła, proszę powiedzieć to panią zaprowadzę do łazienki albo na świeże powietrze - odparł zaniepokojony.
O tak na pewno cię o to poproszę, żebyś mi jeszcze coś po drodze w plecy wbił! Już dotąd był problem z tymi nabojami, a teraz już w ogóle trzeba będzie mieć oczy dookoła głowy! Jak tylko stąd wyjdę to rozpowiem wszystkim, co oni tu wygadują!
Gdy tak bluzgałam w myślach na wszystkich czarodziejów, jeden z naukowców zdążył odebrać od przemawiającego strzykawkę i teraz zmierzał w stronę więźnia. Chwycił go brutalnie za rękę, po czym przymierzył igłę. Następnie, biorąc zamach, wbił ją w widoczną żyłę.
Wydałam z siebie ciche westchnienie, kiedy usłyszałam jak przebija z łatwością cienką skórę mężczyzny. Jednak ten nawet nie drgnął, ani nie wydał żadnego dźwięku. Jak dużo narkotyku mu podali? Spojrzałam w bok na Colina i zobaczyłam, po jego pobladłej twarzy, że jemu też ten spektakl się za bardzo nie podobał.
Czekałam, nerwowo skubiąc paznokcie u rąk, jak będzie wyglądało to “pozbawianie mocy”. Przez minutę nic się nie działo, jedynie można było zauważyć, że na ręce więźnia pojawiła się niebieska smuga. Zakładam, że skutki widać dopiero jak trucizna rozejdzie się po całym ciele. Jednak tego, co się miało wydarzyć nie widziałam nawet w największych koszmarach.
Mężczyzna w jednym momencie cały zesztywniał oraz zbladł. Twarz pokrył mu pot, który po chwili lał się strumieniami. Zaczął ciężko oddychać, łapiąc powietrze haustami. Źrenice rozszerzyły się prawie na całą powierzchnię oka, widać było w nich szok i przerażenie. Ciche jęki zaczęły się wydobywać z jego gardła, wiercił się na krześle. Mężczyzna szeptał do siebie i nerwowo rozglądał się po sali, ze złudną nadzieją, że ktoś mu pomoże.
Wtem nagle jego ciało wygięło się w łuk, o mało nie miażdżąc w pół kręgosłupa, a z jego piersi wydarł się przeraźliwy, skrzeczący, pełen rozpaczy krzyk. Brzmiał jak konające zwierzę, jednocześnie proszące albo o ratunek albo o szybką śmierć. Czułam jak wszystko podchodzi mi do gardła, chciałam stamtąd wyjść, zabrać stąd tego biedaka i pobiec jak najdalej stąd, ale nie mogłam. Byłam zbyt słaba. Kilka łez, niezauważonych przez innych, wyrwało się i spłynęło po moich policzkach. Dlaczego?
- Nie rozumiem… - doszedł mnie stłumiony szept Colina. - Dlaczego oni to robią? Nawet największego wroga nie powinno się tak traktować - chłopcu przerwał kolejny wrzask bólu mareritta, na co ten zbladł jeszcze bardziej. - Niech oni przestaną - załkał cicho. - Niech przestaną… przestańcieprzestańcieprzestańcie...
Powtarzał te słowa jak modlitwę, kołysząc się na fotelu, trzymając się rękoma za głowę. Było mi go szkoda, w końcu jest bardzo młody, dopiero wchodził w ten świat. Wychowywany pod kloszem, nie wiedział, co się dzieje na zewnątrz, jakie brudy skrywa Miasto Cieni. Teraz został brutalnie z nimi skonfrontowany. Może chociaż on nie pójdzie ich drogą. Może.
Więzień znowu zaskowyczał z bólu, był tak napięty, że jego ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Oczy były całe przekrwione. Bałam się, że wkrótce pękną od narastającego ciśnienia. Nagle dostał drgawek, które trwały zaledwie parę minut, po czym gwałtownie opadł na krzesło. Na koniec wydał z siebie ciche westchnienie. Nie ruszał się już w ogóle, jedynie palce lekko mu drżały.
Jeden z badaczy podszedł do niego powoli, szturchnął go kijkiem, a gdy mareritt nic się nie ruszył, zbliżył się jeszcze bardziej. Dotknął jego ręki i zmierzył puls. Nerwowym szeptem przywołał strażników, którzy natychmiast rozwiązali więźnia i odprowadzili go do wyjścia, wlokąc jak worek.
- Umarł? - szeptem spytałam sama siebie, chociaż dobrze wiedziałam, jaka padnie zaraz odpowiedź.
Zabili go. Ta banda psychopatów go zabiła i to na oczach wszystkich. Każdy widział, co tu się stało, jednak nie usłyszałam żadnego pomruku, skarg i oskarżeń. Tak nie może być.
Wiedziałam, że będę tego żałowała, ale nie mogę tego tolerować, ani sekundy dłużej. Dlatego podniosłam się z krzesła, wyprostowałam się i najdonośniej jak tylko mogłam powiedziałam:
- Jesteście parszywymi mordercami!
Komentarze
Prześlij komentarz