Rozdział 6 Plany, które zawsze idą źle
Artur
Źle się czułem, zostawiając Viv na zewnątrz. W dodatku zmusiła mnie do tego, bym rzucił na nią zaklęcie, chociaż wiedziałem, jak bardzo za to mi się dostanie. Nie miałem jednak wyjścia, musiałem się dostać do budynku, a to była jedyna okazja. Mam tylko nadzieję, że nie wplącze się w jakieś kłopoty pod moją nieobecność.
Kiedy zobaczyłem jak przed “Złotym Belwederem” stoi nasza znajoma elegantka, od razu miałem w głowie ułożony plan. Wprowadziłem go w życie tuż po opuszczeniu Viv. Wyciągnąłem zza marynarki maskę łabędzia, po czym zmieniłem także kolor oczu i włosów na taki, który miałem w momencie naszego pierwszego spotkania. Z daleka widziałem, jak jej wątłe ręce zmagają się z drzwiami wejściowymi, toteż szybko podbiegłem i użyczyłem pomocnej dłoni. Ukłoniłem się, po czym widząc jej zdezorientowaną minę, odchyliłem rąbek maski, na chwilę ukazując jej całą twarz. Kobieta leniwie się uśmiechnęła i skinęła mi głową na przywitanie.
Wystawiłem ramię, które przyjęła z miłą chęcią, po czym oboje weszliśmy do środka. Oślepiła mnie ilość błyszczącego złota, jakie znajdowało się w środku. Z zachwytem rozglądałem się po całej sali, podziwiając wiszące na ścianach dzieła. Byli tu przedstawieni wszyscy najwyżsi magowie oraz każdy z hrabich. Ponure, jakby wykute z marmuru, twarze wodziły zimnym wzrokiem po korytarzu. Nie zdziwiłbym się gdyby miały nałożone zaklęcie szpiegowania, w końcu gośćmi były same osobistości całego świata.
- Widzę, że oprócz bycia świetnym tancerzem, jest pan także pasjonatem sztuki - zagaiła przyjaźnie kobieta.
- Pasjonatem tak, jednak nie wielkim znawcą - odpowiedziałem pogodnie. - Tylko, po co te zbędne formalności? Widziałem panią w stanie, zdecydowanie od trzeźwego odbiegającym, więc chyba możemy przejść na “ty” - dodałem cicho się śmiejąc ze zszokowanej miny mojej towarzyszki. Chwyciłem jej drobną dłoń i złożyłem delikatny pocałunek. - Edmund von Crion.
- Amanda. Amanda Darles - pomimo lekkiego zmieszania, jej głos był stanowczy i dumny. - Chyba spotkanie niedługo się rozpocznie. Edmundzie czy zechciałbyś mi towarzyszyć również i na nim?
- Ależ oczywiście! Damy przodem - rzuciłem nonszalancko, wskazując na schody prowadzące do góry. Kobieta zaśmiała się dystyngowanie i podążyła we wskazanym kierunku.
Idąc za nią, rozejrzałem się po holu, obserwując każdą osobę. Rzeczywiście były tu same osobistości Miasta Cieni, jednak nigdzie nie było widać najważniejszej figury - samego hrabiego Forklesa. Może już zajął miejsca w sali? Mam tylko taką nadzieję.
W tej obszernej sali było na tyle miejsc, że wciąż nie była zapełniona nawet do połowy. Nasze znajdowały się na jednym z bocznych tarasów, ale wciąż na tyle blisko sceny, że widzieliśmy każdy szczegół. Do rozpoczęcia przemówienia zostało jeszcze kilka minut. Wygodnie się rozsiadłem na fotelu oraz zdjąłem maskę, żeby lepiej wszystko widzieć. Obecność Amandy dawała mi pewnego rodzaju ochronę, w końcu nikt by nie pomyślał, że taka osoba przyszłaby z marerittem na spotkanie z czarodziejami.
Próbowałem odsuwać od siebie piękne myśli wybuchającej w samym środku sali bomby, która zmiotłaby tych wszystkich wypielęgnowanych czarodziejów. Połowa z nich nawet nie znała się na prawdziwej magii. Zacząłem ostrożnie szperać w niektórych umysłach, szukając przydatnych informacji. Musiałem uważać, by nie za długo czytać w myślach, ponieważ mogli mnie odkryć. Każdy z nich był przekonany o nieprzepuszczalności swojej bariery ochronnej, jednak nie takie zaklęcia już łamałem.
Dowiedziałem się, że ma to być jakieś spotkanie z tak zwanej “ostatniej chwili”, dotyczące, kto by się spodziewał, marerittów. Na tyle ważne, że poproszono o przyjazd samego hrabiego. Skłamałbym mówiąc, że przyszedłem tu tylko dla Forklesa. Uwielbiam ryzykowne gry, a ta na pewno do takich należała. Jestem zapewne jedynym marerittem na tej sali, więc jeśli to spotkanie poruszy coś naprawdę ważnego, a pewnie tak będzie, będę miał informację wartą miliony. Vivienne zapewne nie spodoba się moje myślenie, ale w tych czasach nie da się żyć z samego dawania. Czasem i my musimy coś wziąć.
- Co konkretnego porabiasz Edmundzie w Mieście Cieni? - doszedł mnie oddalony głos Amandy, która z iskrzącymi oczami się we mnie wpatrywała.
Z udawaną radością spojrzałem na nią, po czym przysunąłem się bliżej, aby wyglądało to tak, jakbym chciał ją lepiej słyszeć. Uwielbiałem bawić się ludźmi. Możliwe, że z narcystycznych pobudek, bo nie spotkałem drugiego mentalisty w mieście, w dodatku z takimi aktorskimi umiejętnościami. Jednak to wszystko to część mojej zdolności. Skoro Vivienne może używać mocy tylko w podstawowych zaklęciach, musiałem zwiększyć swoje możliwości.
- Nic ciekawego, że się tak trywialnie wyrażę. Nie mam już, co z pieniędzmi robić, więc postanowiłem wybrać się w podróż po świecie - niedbale odpowiedziałem, jakby to było coś oczywistego. - A co, do tego brudnego i ponurego miasta, sprowadza taką piękną damę?
- Oh, nic ważnego w sumie, mój ojciec jest wysoko postawionym magiem w radzie miasta, więc postanowił, że i ja w końcu muszę się zacząć tu udzielać, aby kiedyś przejąć po nim stanowisko.
- Nie wyglądasz na zachwyconą tym pomysłem - stwierdziłem z nutą udawanego współczucia w głosie. Widząc jak kobieta z każdym słowem się otwiera, czułem rosnące zadowolenie. Na takie jak ona nawet zaklęć nie potrzeba.
- Rozumiem, że to duży zaszczyt dla mnie, ale nie czuję się tu zbyt dobrze - powiedziała lekko zmieszana. - To miasto ma jakąś otoczkę, która sprawia, że człowiekowi tylko od przekroczenia bram, robi się zimno ze strachu. Przepraszam głupoty gadam, w końcu to tylko moje wymysły.
- Ależ skądże! - krzyknąłem zdziwiony. - żadne farmazony, ja również nie lubię tego miasta, zresztą kto by lubił? Także proszę się nie martwić - dodałem przymilnie, kładąc rękę na jej dłoni i ściskając lekko w geście pociechy.
W duchu podle się uśmiechnąłem, kiedy zobaczyłem, że nawet jej nie zabrała ponownie. Tak łatwo jest omamić dzisiejsze głupiutkie arystokratki. Miałem nieodpartą ochotę zajrzeć w jej umysł, ale bałem się, że mnie przejrzy, w końcu byliśmy sami na balkonie. Zadowoliłem się, więc dalszą luźną rozmową, na błahe tematy, przy okazji prosząc służącego, by przyniósł nam po kieliszku wina.
Po kilku kolejkach trunku Amanda była cała czerwona ze śmiechu, zdradzając mi coraz to lepsze sekrety na temat jej życia, nie myśląc spytać o coś mnie. W przeciągu kilku minut dowiedziałem się na temat rady więcej niż przez cały rok zbierania informacji. Znałem każde nazwisko, adres, a nawet imiona żon i dzieci. Bawiłem się nią jak lalkarz swoimi pacynkami. Ruszyłem ręką w tę stronę, a ona podążała za mną jak ślepy pies. A nawet nie użyłem żadnego uroku wspomagającego. Dla niektórych dam wino powinno być zakazane. Nigdy się tak dobrze nie bawiłem, wodząc za nos czarodziejkę. Może i nie było to najbardziej moralne wyjście, ale takie rzeczy w Mieście Cieni nie są brane pod uwagę. Gdybym miał obchodzić się z każdym czarodziejem jak dobry człowiek, nic by z nas nie zostało, oprócz kupki zwęglonego ciała, po dokonanych wcześniej eksperymentach.
Zajęty wyciąganiem cennych informacji z Amandy, nie zauważyłem nawet, kiedy zaczęło się przemówienie. W duchu przeklinałem siebie i jej donośny głos, który wszystko zagłuszał. Na scenie stał już przedstawiciel rady i przemawiał o czymś do zgromadzonych. Obok niego siedział jakiś mężczyzna z przypiętymi nogami i rękami do żelaznego krzesła. Dwóch magów w białych fartuchach właśnie wstrzykiwało mu coś do żył.
- O matko! Spójrz to mój tatuś tam przemawia haha! - pisk Amandy ogłuszył mnie na chwilę, po czym przypadłem do niej, widząc zgorszone spojrzenia magów, rzucane w naszą stronę. - Ojeju panie Edmundzie, co-co pan robi hihi - kobieta bełkotała, czepiając rękoma moje włosy.
Trzeba ją na chwilę chociaż uciszyć, bo inaczej ktoś tu przyjdzie i wpadnę po uszy. Przybrałem ponownie na twarz frywolną maskę i przybliżyłem się do jej ucha.
- Amando, gąsko moja, musisz być troszkę ciszej, spotkanie się już zaczęło. Nie chcesz chyba przynieść wstydu ojcu, co? - spojrzałem na nią i zobaczyłem jak otwiera usta, by coś powiedzieć lub nie daj Boże znowu wybuchnąć śmiechem.
Wykorzystując okazję mocniej się wychyliłem z fotela i musnąłem jej usta, łącząc je w cichym pocałunku. W tym samym momencie, jedną ręką szybko wyjąłem z kieszeni kamizelki fiolkę z płynem, który wlałem do jej kieliszka z musującym trunkiem. Amanda, zszokowana nagłym incydentem, odsunęła się nieśmiało, czerwona jak dojrzały pomidor. Nie tracąc twarzy, chwyciłem kryształ i podałem jej, by się napiła. Kobieta lekko chichocząc, zapewne wciąż niedowierzając co się stało, wypiła duszkiem cały napój.
Z niecierpliwością czekałem aż płyn zadziała i nareszcie się od niej uwolnię. Jak na komendę Amanda powoli zaczęła się osuwać w fotelu, po czym opadła na moje ramię i zapadła w głęboki sen. Z nieukrywaną satysfakcją patrzyłem, jak jej pierś faluję w spokojnym śnie. Powoli ją odsunąłem od siebie i ułożyłem na fotelu tak, aby z daleka sprawiała jedynie wrażenie znudzonej.
Nareszcie się uwolniłem od niej! Środki nasenne działają nie za długo, mam może jakieś pół godziny. Do tego momentu liczę, że spotkanie się skończy i będę mógł odnaleźć Forklesa. Całe życie planowałem to spotkanie, ale wciąż nie wyzbyłem się tego małego pierwiastka strachu. Los mnie jakoś poprowadzi.
Moje rozmyślania przerwał przeszywający na wskroś krzyk. Krzyk osoby cierpiącej katusze większe niż w najgorszym piekle. Z przerażeniem zwróciłem wzrok w stronę sceny, z której prawdopodobnie dobiegał, lecz nie spodziewałem się tego, co tam właśnie zobaczyłem.
Mężczyzna siedział przykuty do krzesła, a jego ciałem wstrząsały ogromne drgawki. Pot lał się z niego strumieniami, ledwo mógł oddychać. Na przemian to mdlał to znów się budził, powoli nie mając sił już nawet na okrzyk bólu. Jego skóra w szybkim tempie zrobiła się śmiertelnie blada, z widocznymi jedynie niebieskimi żyłami.
Rozglądałem się bezradnie szukając kogoś, kto by mi wytłumaczył, co się dzieje, jednak na balkonie, oprócz Amandy, nie było nikogo. Wykorzystałem chwilę nieuwagi zgromadzonych czarodziejów i zajrzałem do kilku umysłów:
Wreszcie dają tym potworom jakąś dobrą nauczkę.
Trzeba by zmniejszyć dawkę, za szybko to wszystko trwa.
Mam nadzieję, że od zaraz dostanę to cudowne lekarstwo.
Z każdym kolejnym czarodziejem, dowiadywałem się więcej i coraz bardziej żałowałem tego, że tu jestem. Igiełki strachu kłuły całe moje ciało, sprawiając, że nie mogłem trzeźwo myśleć. Pierwszy raz, od momentu wejścia do sali, nie zaprzątałem sobie głowy hrabią. Zastanawiałem się jakim cudem zdobyli tak silną truciznę i czy działa na wszystkich. Tabun myśli i pytań przewijał się przez mój umysł, jednak na żadne nie potrafiłem odpowiedzieć w jakikolwiek sposób.
Ponownie spróbowałem skupić się na scenie. Zauważyłem, że marerittem nie wstrząsały już żadne konwulsje, tylko leżał bezwładnie na krześle. Zapadła grobowa cisza, którą zaraz przerwał wybuch oklasków i wrzasków czarodziei, licytujących się o to, kto da więcej za fiolkę trucizny. Mag stojący przy mównicy, chwycił mały młotek i zastukał nim kilka razy, aby uspokoić widownię. Wszyscy umilkli i wpatrywali się jak zahipnotyzowani w niego, wraz ze mną.
Na moich oczach kształtował się potężny biznes. Już w wyobraźni widziałem, jakie zyski przyniesie sprzedaż tych śmiertelnych specyfików. Ludzie się będą zabijali o każdą fiolkę. Rząd niby zapewniał, że wszystkie mareritty są w Mieście Cieni, ale nawet dzieci wiedziały, że nie da się tak po prostu wszystkich schwytać. Dlatego wśród ludzi ciągle wybucha panika na każdą wiadomość o podejrzanym zachowaniu jakiegoś obywatela Silvany. Ich problem będzie rozwiązany czymś takim. Moją jedyną nadzieją było to, że zapewne proces pozyskiwania trucizny jest kosztowny, a i potrzebne składniki będą musiały się kiedyś skończyć. Przetrwaliśmy chorobę, czystki, więzienie, to i przetrwamy to.
Jednak na pewno nie wiedzą jak dawkować specyfik, więc może i każdy mareritt będzie potrzebował różnej dawki. Dla jednego przygoda skończy się tak, jak u naszego biedaka na scenie, a inny może nawet nie odczuć zmian. Przetrwają najsilniejsi.
Spróbowałem powrócić do rzeczywistości, kiedy zobaczyłem, że główny mag postukał młotkiem w mównicę, próbując uspokoić widownię. Miałem nadzieję, że może podzieli się z nami jakimiś szczegółami na temat produkcji, czy nawet tych problematycznych dawek. Jednak, gdy tylko zapadła cisza, usłyszałem donośny kobiecy głos:
- Jesteście parszywymi mordercami!
Gdzieś z tyłu głowy miałem dziwne przeczucie, że znam ten głos. Zwróciłem się w stronę, z której dochodził i o mało nie spadłem z fotela.
- Viv, co ty na bogów wyprawiasz - jęknąłem z rozpaczą, próbując złapać z nią kontakt wzrokowy.
Wszyscy zebrani zaczęli szeptać między sobą, niektórzy patrzyli zdziwieni, inni zdegustowani. Ze zgrozą zauważyłem, że nawet sam Forkles zainteresował się nagłą interwencją jakiejś “magiczki”.
- Eee...przepraszam? - spytał zmieszany główny mag.
- Dobrze słyszałeś, co powiedziałam - odparła ze złością moja siostra. - Jak możecie z taką lekkością patrzeć na śmierć drugiej istoty? Nawet jeśli to mareritt, a obstawiam, że to nawet nie jest żaden krwiopijca. Za co go schwytaliście? Może się pochwalicie?
- Krwiopijca czy nie, zasługuje na śmierć! Kto wpuszcza na salę tych cholernych obrońców ludzkich praw?! - krzyknął jakiś wzburzony czarodziej.
- Połowa z was jest gorsza od niejednego mareritta, a jakoś nie widzę, żebyście wisieli na drzewach - prychnęła Vivienne.
Do kłótni zaczęli się kolejno wtrącać, coraz to bardziej zaciekli czarodzieje. Najgorsze było to, że jej wybryk mógł nas samych za chwilę kosztować darmową dawkę trucizny. Strach o siostrę sprawił, że przestałem trzeźwo myśleć. Miałem pustkę w głowie, a to się rzadko zdarzało. Byłem tak zdesperowany, że nawet podjąłem ryzyko wykrycia i próbowałem opanować magią najbardziej agresywnych magów, ale było ich zbyt wielu. Vivienne rozpętała tak zażartą dyskusję, że jedynie grom z nieba mógłby nas w tej chwili uratować.
Kątem oka dostrzegłem poruszenie koło hrabiego. Forkles z chłodną obojętnością spoglądał na wszystkich, jednocześnie słuchając, co jego sąsiad szepcze mu do ucha. Rozmówca musiał w końcu powiedzieć coś, co przykuło jego uwagę, bo aż zwrócił na niego swój wzrok. Lekko uniósł kąciki ust, po czym wskazał wzrokiem na Vivienne i szepnął parę słów. Mężczyzna kiwnął głową na znak, że rozumie, podniósł się z miejsca i szybko wyszedł bocznymi drzwiami.
Mając dziwne przeczucia, co do zamiarów Forklesa, postanowiłem, że zakończę całą tę dyskusję
Komentarze
Prześlij komentarz