Rozdział 7 Komplikacje
Artur
Opuściłem balkon, z wciąż śpiącą na nim Amandą, po czym żwawym krokiem zmierzałem w stronę górnego piętra sali, gdzie siedziała moja siostra. Starałem się nie myśleć o tym, co może się zdarzyć jeśli ktoś nas złapie, ale nie mogłem tego też tak po prostu zignorować. Coś złego się dzisiaj stanie i to będzie tylko i wyłącznie moja wina, bo zachciało mi się zemsty na Forklesie. Zresztą, co ja bym mu tak naprawdę powiedział? Przecież on nawet nie pamiętałby tych wydarzeń. Byłem dla niego tylko zwykłym, pojedynczym, rozzłoszczonym marerittem. W dodatku, w to wszystko mimowolnie wciągnąłem Viv.
- Mamo, tato miejcie nas w opiece - szepnąłem, ściskając zawieszony na szyi medalik ze zdjęciem rodziców.
Kiedy zobaczyłem drzwi od balkonu, na którym była Vivienne, poczułem przypływ nadziei i odwagi. Przyspieszyłem kroku, obawiając się, że dyskusja mogła przerodzić się w coś gorszego, ale po chwili coś we mnie uderzyło. Ledwo łapiąc równowagę, oparłem się o ścianę patrząc, co też we mnie wpadło.
Zobaczyłem tego samego mężczyznę, którego posłał hrabia i już byłem pewien tego, co wcześniej tak bardzo próbowałem uniknąć. Szedł po Viv, a jego zaciekła postawa mówiła, że tak łatwo się nie podda. Jednak ja też nie zamierzałem.
Stanąłem wyprostowany przed nim, z niewinnym uśmiechem czekałem aż podniesie głowę i na mnie spojrzy. Czułem, jak z każdą chwilą rośnie napięcie między nami. Byłem przygotowany, skumulowałem całą moc. Potrzebowałem tylko jego oczu. Jedno szybkie spojrzenie i wpadnie w sidła. Mężczyzna wyglądał niepozornie, miał na głowie kapelusz, który przysłaniał połowę jego twarzy, co niezmiernie mnie irytowało.
Nie doceniłem jednak mojego przeciwnika. W ciągu sekundy przypadł do mnie i wbił mi szafirowy kolec w rękę, przykuwając do ściany. Syknąłem z bólu, ale nie czekając aż przeciwnik wykona kolejny zamach, wyswobodziłem drugą dłoń i chwyciłem go za szyję, tak by wreszcie zobaczyć jego oczy. Już miałem zrzucić mu kapelusz z głowy, kiedy poczułem jak coś gorącego przypala mi dłonie zaciśnięte na jego gardle. Puściłem go, zdziwiony specjalnym zaklęciem, ale moja dłoń nie była w żadnym stopniu oparzona. Wręcz przeciwnie - zrobiła się sina, a to są objawy działania wyłącznie szafiru.
- Chyba wreszcie się domyśliłeś, że nie masz szans - doszedł mnie zachrypnięty głos mężczyzny.
Stał lekko zgarbiony, w jednej ręce trzymał srebrny rewolwer, skierowany w moją stronę, a w drugiej szeroki kapelusz. Przez chwilę poczułem rozchodzącą się ulgę, bo wreszcie na mnie spojrzy i będę mógł zakończyć to, co trwało już za długo. Moja radość jednak szybko się ulotniła.
- Poddaj się Arturze, a nic nie stanie się twojej siostrze - szepnął, unosząc głowę do góry. W tym momencie poczułem, że pierwszy raz ktoś inny był dwa kroki przede mną.
Mężczyzna nie miał oczu. Zamiast tego patrzyłem na ziejące pustką oczodoły. Pozostałość po czymś tak niesamowitym. Ktoś zrobił to specjalnie, bo widać było, że zostały wypalone, zostawiając czarną otoczkę. Igiełki strachu rozeszły się po moim ciele, a panika zaczęła swój szaleńczy galop w moim umyśle. Skoro on nie ma oczu, to jego zleceniodawca musiał wiedzieć o mojej zdolności. Ale jak?
- Skąd wiesz jak mam na imię i kim jestem, skoro używasz szafiru? - spytałem, próbując zyskać na czasie, chociaż wiedziałem, że za wiele mi to nie da.
- Jak to mówią, swój pozna swego - odparł spokojnym głosem, sięgając do górnych guzików marynarki.
Jak na osobę niewidomą był bardzo zręczny. Uporawszy się z kołnierzem, odchylił go i pokazał mi szyję. Wokół niej owinięta była cienka, szafirowa obroża. Symbol zniewolenia.
- Jesteś marerittem - sapnąłem zszokowany. - To skoro wiesz, że i ja nim jestem, możesz mnie spokojnie puścić.
- Nie ma mowy i nie próbuj żadnych sztuczek - w to nie wątpiłem, pomimo braku oczu był szybszy ode mnie. Nie miałem szans.
Mętlik w mojej głowie osiągnął najwyższy stopień, kiedy próbowałem zrozumieć, co się dzieje. Nawet nie próbowałem dochodzić do tego, jakim cudem hrabia dowiedział się, że mareritt jest na sali, a dokładniej mareritt o umiejętnościach takich jak ja. Jedyne, czego chciałem się dowiedzieć, to dlaczego ktoś z naszego gatunku dla niego pracuje. Myślałem, że znam wszystkie tajemnice tego miasta. Okazało się, że nawet nie orientuje się w podstawowych strukturach.
- Powiedz mi tylko dlaczego - szepnąłem ze smutkiem.
- Niedługo sam się dowiesz.
Drzwi do sali otworzyły się z hukiem, a po chwili zobaczyłem jak wypada z niej Viv. Z powrotem je zamknęła, założyła ciężką zasuwę i oparła się, żeby powstrzymać dobijający się tłum. Spojrzała na mnie zszokowana, ale dobrze widziałem, że była przerażona.
- Vivienne uciekaj natychmiast! Wiedzą, że tu jesteśmy! - krzyknąłem w jej stronę, próbując jednocześnie wyrwać szafirowy szpikulec.
To była chwila, w której czas jakby się zatrzymał. Cała trójka stała nieruchomo, czekając aż ktoś pierwszy zrobi ruch. Wtem, każde z nas, jak jedna maszyna go wykonało.
Mężczyzna odwrócił się w stronę Viv i miał już do niej strzelić, ale w ostatnim momencie udało mi się wyrwać szpikulec, więc rzuciłem się na niego. W wyniku tego, kula trafiła w sufit, wywołując głośny huk, przez który dobijanie się zza drzwi, jeszcze bardziej się wzmogło. Moja siostra natomiast szybko odbiegła od nich i chwyciła, stojące nieopodal krzesło, po czym podstawiła je pod klamkę.
Przeciwnik zaczął się szamotać pod moim uściskiem. Kolec osłabił trochę moje moce, dlatego musieliśmy szybko działać, bo czułem, że niewiele czasu jeszcze zdołam go utrzymać.
- Vivienne na trzy, biegniesz najszybciej jak możesz w stronę wyjścia - sapnąłem, kiedy poczułem kopnięcie w brzuch.
- Przecież nie zostawię cię tu! - krzyknęła wystraszona.
- Viv, nie chcę słyszeć, żadnego sprzeciwu. - spojrzałem gniewnie w jej stronę. - Będę tuż za tobą. Obiecuję - dodałem łagodniej.
Widziałem jak bije się z myślami, ale nie było czasu na żadne sprzeczki. Chwyciłem mocniej mężczyznę, ręce przygniotłem mu kolanami, żeby się nie ruszał jeszcze przez chwilę. Dwa palce położyłem mu w miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się jego oczy. Skupiłem się na przepływającej przeze mnie mocy i skierowałem ją w stronę głowy napastnika.
- Raz, dwa - zacząłem powoli odliczać, próbując uspokoić oddech. - Trzy!
Całą skumulowaną moc wypuściłem, dając jej możliwość przepłynięcia przez ciało mężczyzny, tak by dotarła do jego mózgu. Zawsze jest jakieś przejście do umysłu, nawet jeśli nie ma się oczu.
Wydał z siebie ciche sapnięcie, jeszcze próbował się wyswobodzić, po czym całkowicie odpuścił i dał mi przejąć kontrolę nad jego ciałem. Wprowadziłem go w stan mocnego snu, nie chciałem mu zrobić krzywdy, tylko kupić nam czas na ucieczkę.
Gdy byłem pewny, że mężczyzna się nie poruszy, powoli wstałem, nie czując praktycznie ręki. Nie chciałem nawet na nią spojrzeć, bo obawiałem się szkód jakie szafir mógł wyrządzić przez ten czas. Spojrzałem w stronę drzwi, wciąż nie udało im się ich wyważyć. Nie dziwne, były antymagiczne i wykonane z najtrwalszego materiału.
Nie dostrzegłem nigdzie siostry, toteż pomyślałem, że zapewne wzięła sobie do serca moje rozkazy i pobiegła do wyjścia. Ja także nie zwlekałem ani sekundy dłużej, dlatego skierowałem się w stronę schodów. Już miałem sięgnąć do klamki i cieszyć się wolnością, kiedy poczułem silne uderzenie z tyłu głowy. Później była już tylko ciemność.
Komentarze
Prześlij komentarz