Rozdział 11 Powrót do rzeczywistości
Artur
Czasami zastanawiam się, skąd w niej tyle energii. Nasi rodzice, pomimo swojej wewnętrznej siły, byli oazami spokoju. Aż tu z tych dwóch łagodnych dusz zrodziliśmy się my, w tym tykająca bomba, nazwana Vivienne. Kłopoty to było jej drugie imię, zaś ja byłem uważany za koło ratunkowe. Ileż to razy toczyliśmy kłótnie o to, że gdyby zaczęła się zastanawiać, to nie musiałbym jej tyle razy ratować z opresji.
Jednak muszę przyznać, że gdyby nie jej nieskończone składowisko energii, dawno bym się poddał. Codziennie ten wiecznie przylepiony do twarzy uśmiech, motywuje do walczenia z trudną rzeczywistością. Zawsze była, kiedy jej potrzebowałem i potrafiła wyciągnąć mnie z odmętów ponurego świata. W dodatku potrafi dobrze słuchać i ma milion pomysłów na minutę. Mogłaby jednak być mniej uparta i czasami zgodzić się ze mną.
Dlatego, kiedy teraz patrzę, na jej spokojną twarz pogrążoną we śnie, aż ciężko mi uwierzyć, że to moja siostrzyczka. Matka Forklesa (wkrótce poznałem jej imię - Adamanta) porządnie ją urządziła. Chociaż nadworni medycy szybko się nią zajęli, policzek Viv dalej był spuchnięty, a twarz pokrywały niewielkie siniaki. Oddychała miarowym, spokojnym tempem, a wydobywające się z uchylonych ust powietrze, trącało pasma czarnych włosów. Unosiły się, by znów za chwilę opaść na jej delikatną twarz. Ich białe końcówki, nieraz przysparzały nam kłopotów, przez swoją charakterystyczność. Jednak pomimo wielu zabaw z barwnikami i farbami, zawsze powracały do swojego perlistego blasku. Również i opaska na oku w tym nie pomagała.
Nigdy jej się do tego nie przyznałem, ale na samą myśl o tej mocy, którą ukrywa przed światem jedynie skrawek materiału, czułem nieprzyjemny strach. Tamtego straszliwego dnia, kiedy pierwszy raz go użyła, rodzice nie zdążyli mi wszystkiego powiedzieć. Jednak tata przekazał mi najważniejszą wiadomość: Vivienne jest białym marerittem. Oczywiście nie wiedziałem, co to oznacza, pierwszy raz słyszałem o czymś takim. W późniejszym czasie szukałem informacji na ten temat, ale żadna książka, nawet ze zbiorów biblioteki zamkowej, nie wspominał na ich temat nic, niż to, że zwani byli fosefialtis. Jedyne wspominki o nich, znajdują się w dawnych legendach, gdzie uznawano ich za istoty łączące w sobie krew demonów i aniołów. Nic więcej, żadnych wzmianek o umiejętnościach, historii. W końcu się poddałem i wolałem przestać szukać, bojąc się, co odkryję.
- Ciekawe, o czym teraz śni - mruknąłem do siebie, odpędzając ponure myśli.
Wtem jej twarz wykrzywił grymas, a z głębi ciała dobiegło markotliwe burknięcie. Widząc, że zaczyna się budzić, chwyciłem zapobiegawczo karafkę z wodą. Vivienne powoli wracała do rzeczywistości, przybierając wyraz, coraz bardziej niezadowolonej. Uchyliła nieporadnie powieki, po czym z sykiem je przymknęła.
- O matko, czuję się jakbym miała kilkuletniego kaca - jęknęła, rozmasowując twarz.
Pomogłem jej wstać do pozycji siedzącej i podłożyłem poduszkę pod plecy. Następnie podałem jej wodę, którą łapczywie zaczęła pić.
- Jak się czujesz? - zapytałem łagodnie.
- Jakby mnie coś zeżarło, wypluło, a potem znowu połknęło - odparła ze skrzywionym uśmiechem. - Długo mnie nie było?
- Zaledwie jeden dzień.
Viv westchnęła i opadła na łóżko z jękiem. Jednak, kiedy zobaczyła moją zatroskaną minę, uśmiechnęła się nieporadnie.
- Po co to zrobiłaś? - spytałem, przykrywając ją kocykiem, który zaraz odrzuciła.
- Artur, a co miałam zrobić? Patrzeć, jak niewinny człowiek zostaje skazany, za coś czym nie jest? Patrzeć na klęskę sprawiedliwości prawa? - zaczęła z zacietrzewieniem.
- Wiem, wiem, już cicho, bo będziesz znowu jęczała z bólu - mruknąłem, lekko szturchając ją w nogę. - Po prostu martwię się, żebyś gorzej nie skończyła.
- Braciszku jestem dorosła, chyba zdaję sobie z tego sprawę. Zresztą to ty sprawiłeś, że Aureliano nas teraz pewnie nienawidzi - prychnęła z wyrzutem.
- Po prostu byłem ciekaw, jaką tajemnicę skrywał. Skąd miałem wiedzieć, że tak się zdenerwuje...
- Dobrze, w takim razie przyrzekniemy, że od teraz żadne z nas nie zrobi niczego głupiego, zgoda? - Viv wyciągnęła w moją stronę małego palca.
- Wiesz, że to się nie uda, prawda? Jesteśmy jak magnesy na kłopoty - odparłem nieprzekonany, ale w końcu założyłem swojego palca o jej, cicho wzdychając. - Obiecuję.
Vivienne zaśmiała się radośnie, a następnie z zadumą wlepiła wzrok w sufit. Podniosłem się z krzesła i podszedłem do półki, na której leżało kilka zakurzonych książek. Z zainteresowaniem na nie spojrzałem, zastanawiając się, jakie dzieła literatury nam dali. Były to w większości legendy lub historyczne powieści o powstaniu Miasta Cieni. Chwyciłem jedną z nich, zastanawiając się, jak całą tę historię opisują zamkowi kronikarze.
W tym momencie usłyszeliśmy ciche pukanie do drzwi. Spojrzeliśmy na siebie ze zdumieniem, zastanawiając się, kto nas odwiedził. Krzyknąłem, żeby tajemniczy gość wszedł i wtedy naszym oczom ukazał się Aureliano.
Warto zaznaczyć, że nie od razu go rozpoznałem. A wszystko przez to, że stojący przed nami mężczyzna, patrzył na mnie parą ruchliwych oczu. Dopiero charakterystyczna żołnierska postawa i uroda, podsunęły mi myśl, że to znany nam generał.
- Witajcie, mam nadzieję, że nie przeszkadzam - zaczął, a widząc nasze zszokowane twarze, zorientował się, o co chodzi.- Spokojnie są mechaniczne. Zakładam je na spotkania z rekrutami, żeby ich nie straszyć już na samym początku. Zauważyłem, że w takim wydaniu jestem przyjemniejszy, co dla niektórych - cicho się zaśmiał.
- Dlaczego je w ogóle zdejmujesz? - spytała ze skonsternowaniem Viv.
- Bo wyobraź sobie, że mi przeszkadzają. Czuję się tak nieswojo, zresztą jak już mówiłem bez nich budzę większą grozę - mrugnął do nas, co wprawiło mnie w jeszcze większe zdziwienie. - Mniejsza o to, bo nie przyszedłem tu na pogawędkę o mojej aparycji. Jak się czujesz Vivienne?
- Nie jest źle, ale też nie jest to raj - odparła, prostując się pod jego surowym wzrokiem.
- Możesz chodzić?
- Wciąż czuję ból w podbrzuszu, ale może z czyjąś pomocą, dałabym radę przejść niewielki dystans.
- W takim razie idziemy - odparł bez ogródek kapitan, a ja spiorunowałem go nienawistnym spojrzeniem.
- Gdzie znowu? - jęknęła moja siostra.
- Dzisiaj jest pierwszy dzień waszego treningu. Chyba nie myśleliście, że wam odpuszczę? - odparł przesłodzonym tonem Aureliano.
Kręcąc głową podszedłem do Viv i pomogłem jej wstać. Z jej skrzywionego wyrazu twarzy, można było odczytać, że ledwo stłumiła okrzyk bólu. Spojrzałem na nią ze współczuciem, po czym chwyciłem ją tak, żeby zbytnio jej nie szkodzić.
- Po co Viv ma pójść z nami, skoro i tak nic nie zrobi? - spytałem z wyrzutem.
- Będzie mogła się przyglądać. Zresztą dzisiaj więcej teorii będzie, niż samej praktyki - odparł spokojnie Aureliano. - A teraz chodźcie już.
Generał, po wyjściu z pokoju, prowadził nas labiryntem korytarzy, ciągnącym się w nieskończoność. Kiedy już myślałem, że się zgubiliśmy, dostrzegłem światło dnia, przesączające się przez niedomknięte drzwi. Po ich otwarciu, roztoczył się przed nami widok placu. Znajdowało się tu kilka drzew i kolorowych, kwiecistych rabatek, wszystko otoczone idealnie przystrzyżonym żywopłotem. Oprócz tego stało wiele kukieł, służących zapewne do celów treningowych. Z zaskoczeniem zauważyłem, że są tu również bronie wszelakiego rodzaju. Wszystko, czego mogliśmy sobie tylko zażyczyć. Od prostych noży, po skomplikowane pałki ze sztyletami po obu stronach, czy nawet potężne topory i buławy.
Dostrzegłem, że inni rekruci na nas spoglądają. Jedni z przestrachem, inni z uprzejmością, a niektórzy jak zwykle z pogardą. Wśród nich, odróżnienie ludzi od marerittów, było banalnie proste. Wręcz podzielili się na dwie grupy.
Aureliano gestem ręki nakazał nam zbliżyć się do niego, po czym chrząknąwszy, rozpoczął lekcję.
- Witam wszystkich bardzo serdecznie! Mam nadzieję, że dzięki temu treningowi, staniecie się najlepszymi z najlepszych. Liczę na wasze umiejętności i zaangażowanie. Przez pierwsze lekcje, to ja będę wam towarzyszył. Następnie przejmą was moi pomocnicy. Oczekuję, że jako drużyna, będziecie ze sobą współpracować i nawzajem sobie pomagać. Gdyby ktoś miał jakieś pytania, to proszę śmiało mówić.
Pomysł współpracy i pomagania nie jawił mi się jako dobry. Ci ludzie najchętniej by nam wydłubali oczy, nigdy w życiu bym im nie zaufał. Z wzajemnością pewnie, a jednak Rubinowe Cienie jakoś działają.
- Ile będzie trwał trening? - spytał blondyn, o wyjątkowo jasnych oczach.
- Około miesiąca, chyba że coś po drodze wypadnie i będziemy musieli go wstrzymać.
Spośród grupki ludzi, nagle na środek placu przepchnął się wysoki mężczyzna. Miał wyjątkowo zmierzwione włosy, w kolorze ciemnego kasztana. Hardo patrzył na kapitana, a z jego granatowych oczu błyskała złość. Patrząc po bladym odcieniu skóry i dystyngowanej postawie, zapewne należał do arystokracji.
- Czy naprawdę musimy mieć trening razem z nimi - powiedział z obrzydzeniem, patrząc na drugą grupę rekrutów i na nas.
- Jeżeli masz ochotę, możesz o tym porozmawiać z hrabią, co skończy się stryczkiem za niesubordynację. W tym wypadku wcale nie musisz - odpowiedział Aureliano, przerażająco spokojnym głosem.
Mężczyzna skrzywił się i z obrażoną miną, cofnął się w głąb grupy. Co jakiś czas tylko łypał groźnie na wszystkich.
- Skoro nie ma już innych, głupich pytań, to przejdę do ważniejszych kwestii. To, że teraz macie trening, nie znaczy, że możecie uznawać się za Rubinów. W każdej chwili, ktoś z was może wylecieć stąd na zbity pysk. To się oczywiście tyczy tych, którzy dobrowolnie tu się zgłosili. Innym chyba nie muszę tłumaczyć, co ich za to czeka.
Większość z rekrutów była przerażona. Jedna osoba zaczęła nawet cicho łkać. Inni natomiast patrzyli z wyższością. Wyjątkowo intrygowało mnie to, jak godzą waśnie między ludźmi a marerittami. Czy może każdy z nich ma osobny oddział? Gdyby ich wszystkich umieścić w jednym, to panowałby chaos i brak współpracy, a każdy wie, że nikt nie jest lepiej zorganizowany, niż Rubinowe Cienie. Chyba, że groźba utraty życia jest filarem całego oddziału.
- Teraz przedstawię wam trzy główne zasady, które każdy Rubin zna lepiej, niż własną matkę. Pierwsza z nich: Nie ma nikogo ważniejszego, niż hrabia Forkles. Najistotniejsza ze wszystkich i lepiej wbijcie ją sobie od razu do głowy. Macie wykonywać każde jego żądanie, znosić kaprysy i przede wszystkim nigdy nie kwestionować jego decyzji - tu znacząco spojrzał w naszą stronę. - Druga: nigdy się nie zawaham. Należycie do specjalnego korpusu, zajmującego się najtrudniejszymi i najbardziej groźnymi misjami. Dlatego pod żadnym pozorem, nie wolno wam się zastanawiać. Sekunda wątpliwości, nie pociągnięcie za spust i leżycie na ziemi. Jasne? Ostatnia, co nie oznacza, że najmniej ważna: wszystko, co robicie służy wyższemu dobru. Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Do jutra macie mi się tego nauczyć jak modlitwy - Aureliano zmierzył wszystkich surowym wzrokiem. - To jest rozkaz!
- Tak jest, generale! - chórem krzyknęliśmy.
- Cieszę się, że zrozumieliście. Jeżeli chodzi o treningi, to zostaniecie przeszkoleni z umiejętności władania mieczem, posługiwania się bronią palną oraz podstawy sztuk walki. Dodatkowo możecie wybrać dla siebie osobistą broń, a plac treningowy jest zawsze otwarty. Zachęcam do częstych ćwiczeń, im będziecie lepsi, tym łatwiej zdacie egzamin. Nie należy on do najłatwiejszych, ostrzegam z góry - mruknął, wodząc surowym wzrokiem. - No dobra, w takim razie może chce ktoś mi zaprezentować, jakie ma zdolności? Nikogo nie zmuszam, ale zobaczyłbym, jak bardzo jest z wami źle.
Zapadła głucha cisza, a większość z rekrutów nawet nie patrzyła w jego stronę. Grupka ludzi prowadziła po cichu rozmowę, co chwilę na kogoś wskazując. Aureliano mruknął coś cicho i już miał przejść do kolejnej kwestii, kiedy na środek ponownie wystąpił mężczyzna o kasztanowych włosach.
- Zgłaszam się na ochotnika i jako, że jestem pierwszym kandydatem, to chcę wybrać swojego przeciwnika - powiedział wyniosłym tonem, patrząc z niesmakiem na każdego.
- Ależ oczywiście, w końcu to ty tu wydajesz rozkazy - warknął Aureliano, ale po chwili jedynie ciężko westchnął. - Dobrze ważniaku, możesz sobie wybrać kogo tylko chcesz.
Mężczyzna uśmiechnął się zwycięsko, po czym zaczął się zastanawiać. Zauważyłem, że więcej uwagi poświęcał marerittom, niż ludziom, co mnie wcale nie zdziwiło. W jego oczach płonęła zawiść, kiedy jego wzrok przechodził z jednego rekruta na drugiego, aż w końcu odnalazł swój cel.
- Ten - powiedział, wskazując na mnie swoją wypielęgnowaną dłonią. - Z nim chcę walczyć.
Jego wybór przyjąłem bez zaskoczenia. Wiedziałem, że będzie chciał walczyć z marerittem, a że ma wygórowaną opinię na temat swoich umiejętności, to postanowił wziąć kogoś, kto jest tu najsilniejszy. Zapewne o nas słyszał, a że moja siostra jest kontuzjowana, to padło na mnie. Vivienne spojrzała na mnie zatroskanym wzrokiem, ale dobrze wiedziała, że nie ma czym się przejmować. Kilka minut i będzie po sprawie.
- Na pewno, to twój ostateczny wybór? - zapytał Aureliano z lekkim zawahaniem. Zapewne wolał, żeby na razie ludzie ćwiczyli ze sobą.
- Oprócz problemów ze wzrokiem, to masz jeszcze z uszami? Co z ciebie za dowódca - prychnął niebieskooki, krzyżując ramiona.
Aureliano burknął pod nosem kilka słów pod jego adresem, po czym machnął jedynie ręką.
- Niech będzie, ale ja nie będę cię potem zbierał z placu, tylko twoi roześmiani koledzy - odpowiedział, po czym podszedł do mnie, lekko się pochylając. - Wiem, że najchętniej byś go zgniótł jednym palcem, ale pamiętaj, że patrzę ci na ręce. Nie oznacza to jednak, że pozwolę by ten gówniarz się puszył i rządził jak król. Dlatego poluzuję ograniczenia, tak byś mógł dać mu odpowiednią nauczkę. Tylko się nie zapędzaj Artur, bo może się to źle skończyć.
Spojrzałem na niego, zaskoczony tymi słowami. To nie mógł być zwykły kaprys dowódcy, żeby odgryźć się niesfornemu rekrutowi. Tu chodziło o coś więcej. Doszukując się ukrytych zamysłów, uśmiechnąłem się delikatnie, a następnie kiwnąłem mu głową na znak, że rozumiem jego rozkazy.
- Skoro wszyscy się zgadzają, zapraszamy ochotników na wyznaczone czerwoną linią pole. Reszta grupy niech się odsunie i stanie tuż obok ławki, tak na wypadek.
Stanąłem w dość dużym prostokącie, a na przeciwko mnie, miejsce zajął przeciwnik. Zbliżyłem się do środka i wyciągnąłem w stronę mężczyzny rękę.
- Jestem Artur Liquet i z przyjemnością stoczę z tobą tę walkę - powiedziałem uprzejmym, acz chłodnym tonem.
- Możesz sobie darować te głupoty, ja i tak nigdy bym wam nie podał ręki - burknął, odgarniając kosmyk włosów. - Nazywam się Ronan Fellroth, więc lepiej zacznij odmawiać modlitwę, żebym szybko z tobą skończył.
Uniosłem kącik ust, w kpiącym uśmiechu, po czym wróciłem z powrotem na swoje miejsce. Wnioskując z jego postury i budowy, mógł dobrze władać bronią, ale w starciu ze mną i tak nie ma szans. Zwłaszcza, że honorowy generał obniży ograniczenia na moich magicznych bransoletach.
Aureliano wypowiedział kilka słów w obcym języku, a wokół nas wytworzyła się, świecąca bariera antymagiczna. Miała chronić obserwatorów przed zagrożeniem lub źle rzuconym zaklęciem. Następnie poczułem, jak moje ciało wypełnia tętniąca słabo moc. Westchnąłem cicho, czując przypływ tak utęsknionej magicznej energii. Nie uwolnił jej zbyt dużo, ale to i tak było lepsze od zera. Przeciągnąłem się i rozprostowałem ręce.
- Czym walczymy? - zapytałem kapitana.
- Wszystkie chwyty dozwolone. Wystarczy, że pomyślicie o danej broni, a ona pojawi się w waszej dłoni.
Cóż za cudowne wynalazki oni tu mają. Od razu do głowy przyszły mi sztylety, toteż po chwili trzymałem dwa, ostre jak brzytwa ostrza. Ronan dzierżył w swej dłoni zwinną i wąską szablę. Ustawiłem się w odpowiedniej pozycji i czekałem na znak.
- Gotowi? - donośny głos generała rozszedł się po całym placu. - W takim razie do boju!
W jednej chwili Ronan rzucił się pędem w moją stronę. Czekałem gotowy odeprzeć jego szarżę, ale nie planowałem na tę chwilę kontrować. Chciałem rozeznać się w jego taktykach, tendencjach i, co najważniejsze, w słabościach. Może jedynie użyję niewielkiej ilości magii na rozgrzewkę. Jednak tylko w celach penetracji umysłu. Lepiej, żeby jeszcze nie wiedział, że mogę jej używać.
Mężczyzna doskoczył do mnie i wykonał zamaszysty ruch, który z łatwością odparłem. Siłowaliśmy się przez chwilę, po czym Ronan uderzył z drugiej strony niewielkim toporkiem, co zmusiło mnie do wykonania uniku. Krążyliśmy po kole, obserwując siebie nawzajem, nawet na sekundę nie mrugając. Był bardzo zawzięty i na pewno nie umiał przegrywać. Zaatakował ponownie, a ja dalej jedynie się cofałem. Sytuacja powtórzyła się kilka razy, aż w końcu zacząłem dostrzegać schematy.
Ronan był wściekły, że nie rzucam się na niego, tylko ze spokojem paruje jego ciosy. To jedynie doprowadziło do tego, że on zaczynał czuć zmęczenie, a ja nawet nie miałem nierównomiernego oddechu. To był idealny moment, żeby wreszcie wyprowadzić jakiś atak. Dostrzegłem także, że w większości polega na górnej części ciała, a ciosy jego są mocne, ale nieprecyzyjne. W dodatku patrzył tylko na moje dłonie, jakby jedynie sztylety mogły mu zadać ból. Pozostawała jeszcze kwestia użycia magii. Nawet tak niewielka ilość wystarczyłaby, by powalić go w kilka sekund, ale przecież nie o to tu chodzi. O tak, zręczne i skuteczne zaklęcie będzie jedynie wisienką na torcie.
- Długo będziesz się tak wahał cykorze?! - krzyknął z wściekłością, wzmacniając uścisk na rękojeści szabli.
Ignorując jego ponaglania, ugiąłem lekko nogi i poprawiłem ułożenie noży. Skupiłem swój wzrok na jego postaci i wziąłem kilka głębszych oddechów. Następnie rzuciłem się w stronę Ronana, który zdezorientowany moim nagłym ruchem, ledwo zdążył odeprzeć atak. Patrzył nienawistnie, mamrocząc obraźliwe słowa, nie odpuszczając ani na chwilę. Teraz tylko odwrócić uwagę.
Wykonałem szybki ruch, odciągając lewą rękę, a cały ciężar przenosząc na prawą stronę, dzięki czemu mężczyzna pomyślał, że będę chciał wbić mu jeden ze sztyletów. Dlatego nagle zmienił pozycję, cofając się i ponownie unosząc szablę, aby sparować także ten ruch. Nie zauważył jednak, że to miało go tylko zmylić, odwrócić uwagę od reszty mojego ciała. W następnej chwili, kiedy moja noga wylądowała na zgięciu jego kolan, powalając go na ziemię, nie był już taki pewny siebie. Próbował się podnieść, ale celne uderzenie w brzuch, przybiło Ronana do ziemi.
- Czyżby twoje zapewnienia o swojej potędze były błędne? - zapytałem, przygniatając butem jego ciało. - Nie mów, że się już poddajesz - szepnąłem, zwiększając nacisk, aż usłyszałem ciche jęknięcie, dobywające się z jego ust.
- Nienawidzę was - wychrypiał Ronan, ponownie próbując wstać.
- W takim razie zacznij walczyć, a nie będziesz się wygłupiał.
Czerpałem radość z jego bezradnej wściekłości. Danie mu drugiej szansy, pozwoli mi na jeszcze większe upokorzenie go. Dlatego odsunąłem się z powrotem na kraniec pola i czekałem z założonymi rękoma. Patrzyłem z rozbawieniem, jak z jękiem podnosi się z ziemi, a z jego oczu tryskały iskry nienawiści.
- Koniec tej zabawy - mruknąłem, kiedy Ronan zerwał się w moją stronę.
Zaczął od serii szybkich ciosów, które z łatwością sparowałem, co jakiś czas wytrącając go jedynie z równowagi. Parę razy udało mi się go lekko drasnąć. Czekałem, aż się zmęczy od tych ciągłych wymachów, aby móc wyprowadzić atak. Wreszcie ujrzałem lukę w jego ruchach. Zwinnym ruchem prawej ręki chwyciłem nadgarstek dłoni, w której trzymał szable, po czym kolanem trafiłem w brzuch. Mężczyzna zgiął się wpół, lecz w porę oprzytomniał i zdołał uniknąć następnego ciosu. Przetoczył się na bok i chwiejnie stanął na nogi.
Oddychał ciężko, ale dalej jego twarz miała zacięty wyraz. Zobaczyłem, że wokół szabli zaczęła wirować chmura pyłu. Po chwili zniknęła i ujrzałem w jego dłoni długi, drewniany trzonek, na którego końcu zwisała mosiężna kula, nabita różnymi ostrzami. Zapewne i on postanowił wreszcie przestać się bawić.
Z nieukrywanym podziwem patrzyłem jak nią wymachuje. Nie wybrał łatwej broni, ale musiał już kiedyś z czymś takim ćwiczyć, bo miał pewne ruchy. Tym razem nie dałem mu tej satysfakcji i pierwszy zaatakowałem. Musiałem całkowicie się skupić, aby przypadkiem nie dostać po głowie buławą.
Jedynym minusem takiej broni było to, że ograniczała wykonywanie ruchów. Jej ciężar uniemożliwiał Ronanowi bazowanie na szybkich atakach, co skutkowało dużą ilością odsłoniętych miejsc, w które można było uderzyć. Wsadziłem sztylety za pasek, ponieważ i tak nie były w stanie sparować tak potężnej broni. Skupiłem się na wykonywaniu uników.
Wypielęgnowana twarz Ronana, po kilku bliskich spotkaniach z moją pięścią, nie była już taka delikatna i nieskazitelna. Jedno oko spuchło mu tak, że nie mógł go otwierać. Pomimo tego, wciąż się nie poddawał, a nawet jego determinacja coraz bardziej wzrastała.
W pewnym momencie, zbyt pochłonięty tym, gdzie wycelować następny atak, nie zauważyłem, że Ronan przełożył broń do drugiej ręki. Zorientowałem się dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem pędzącą w moją stronę kolczastą kulę. Szybko odskoczyłem, unikając w porę zabójczego ciosu, ale to dopiero był początek. Mężczyzna zaplanował każdy ruch i wiedział, że zrobię unik, który zaburzy moją uwagę. Wykorzystując chwilę oszołomienia, uderzył mnie z całej siły w twarz. Odrzut był tak mocny, że aż się zachwiałem i ledwo udało mi się nie upaść na ziemię.
Zdezorientowany, tym jak udało mu się mnie przejrzeć, nie mogłem na chwilę odzyskać trzeźwości umysłu.
- Przegiąłeś. Bardzo - wychrypiałem, a wokół moich dłoni zaczęły wirować smugi magii, ale już nie takiej jak przy pojawianiu się broni.
- Co jest do cholery, przecież wy nie możecie używać magii - powiedział zdławionym głosem. - To nie jest w porządku! Powstrzymaj go! - krzyczał, wpatrzony przerażonym wzrokiem w generała.
- Nie przypominam sobie, żebyśmy ustalali regułę o zakazie używania magii - odparł ze spokojem Aureliano.
- Powiem mojemu ojcu o tym! Zobaczymy, czy jutro będziesz dalej dowódcą Rubinów! Wywalą cię stąd w trzy sek…
Ronan nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ posłany przeze mnie impuls wyrzucił go do tyłu na kilka metrów. Uderzył z hukiem na ziemię i przeturlał się po żwirze. Zanim zdążył pisnąć kolejne słówko, machnąłem ręką i jego usta zwarły się w niemym uścisku. Próbował coś mówić, ale na zewnątrz wychodziły jedynie stłumione piski. Zaczął szukać swojej broni, która w momencie uderzenia, wypadła mu z ręki. Leżała parę metrów dalej od niego, toteż zaczął się do niej czołgać. W końcu udało mu się ją chwycić, a wtedy podszedłem i przygniotłem butem jego rękę do ziemi. Zaskowytał cicho i wiercił się, próbując się wyswobodzić.
- Co, chciałbyś coś powiedzieć? - spytałem, uśmiechając się. - Niestety nie słyszymy cię zbyt dobrze. Może w ten sposób nauczysz się słuchać innych. Nie tylko ludzi - warknąłem, przenosząc cały ciężar na jedną nogę, aż w końcu usłyszeliśmy wszyscy donośny trzask łamanej kości.
Ronan zawył i zaczął drugą ręką, tarmosić nogawkę moich spodni oraz kopać nogami. Wyglądał jak niesforne dziecko, domagające się uwagi. Odsunąłem się od niego, po czym uniosłem rękę, a wraz z nią do góry powędrowało jego ciało. Zamachnąłem się z całej siły i wyrzuciłem go na całą odległość placu. Uderzył o magiczną barierę, a następnie osunął się bezwładnie na ziemię.
Lekkim i spokojnym krokiem zbliżyłem się do niego. Z ust ciekła mu kryształowa krew, zlewająca się z kolorem ubrania. Stanąłem naprzeciwko, obserwując jak patrzy na mnie z przerażeniem. Pochyliłem się i jedną ręką chwyciłem go za szyję. Przygwoździłem mu głowę do bariery, nieznacznie zwiększając ucisk.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie - warknąłem mu do ucha. - Jeżeli jeszcze raz zobaczę, jak rzucasz komukolwiek, nawet ludziom, to swoje pogardliwe spojrzenie, dopadnę cię wszędzie. A wtedy urządzę cię tak, że jeszcze będziesz z radością wspominać aktualną walkę. Rozumiemy się?
- Arturze już dość, dostał za swoje - głos Aureliana zadudnił w mojej głowie.
- Pytam, czy zrozumiałeś - zacisnąłem mocniej ręce na jego szyi. - Chyba słyszałeś o tym, co robię z ludźmi takimi jak ty...
Ronan, wciąż nie mogąc się odezwać, pokiwał gwałtownie głową na tak. Prychnąłem cicho, a następnie puściłem go. Zdjąłem wszystkie zaklęcia, dzięki czemu mężczyzna mógł wreszcie wydać westchnienie ulgi. Rzucił jeszcze w moją stronę strachliwe spojrzenie, po czym przywołał ręką kolegów, aby mu pomogli wstać. Razem ledwo go podnieśli, a potem za pozwoleniem generała, udali się do nadwornego medyka. Vivienne patrzyła na mnie z iskrami entuzjazmu w oczach oraz cicho się śmiała z żałosnej miny Ronana. Również reszta marerittów, jakby odetchnęła i nabrała większej odwagi. Aureliano obrzucił mnie chłodnym wzrokiem, ale zauważyłem, że kąciki jego ust drgnęły w triumfalnym uśmiechu. Poczułem rozchodzącą się po moim ciele radość i dumę. Byłem pewien, że żadna z osób nie podniesie teraz ręki na nas, ani nawet jednego, chmurnego spojrzenia.
Jednak nie na długo mogłem świętować, ponieważ zaraz odkryłem, że moja moc znowu odpływa. Ta jedna chwila, kiedy jej użyłem, była jak zaciągnięcie się dymem, po wielu latach niepalenia. Spojrzałem smętnie na kapitana, który jedynie zgromił mnie surowym wzrokiem. Powrót do rzeczywistości jest zawsze brutalny.
Komentarze
Prześlij komentarz