Rozdział 10 Szara eminencja
Vivienne
Sala, w której hrabia przyjmował i wysłuchiwał poddanych, była oszałamiających rozmiarów. Jednak tłum ludzi, który ją wypełniał, sprawiał, że straciła na swojej objętości. Znajdowali się tu przedstawiciele wszystkich warstw. Na dole, w pełnym ścisku, stali robotnicy i biedni ludzie w podartych łachmanach. Panował zaduch i gorąc. Nieco wyżej znajdowały się szerokie tarasy, na których przebywali czarodzieje i bogatsi przedstawiciele arystokracji. Każda z dam trzymała ozdobną parasolkę o szerokim baldachimie. Co jakiś czas poruszały leniwie rękoma, chłodząc się wachlarzami o orientalnych wzorach. Na ich poziomie znajdowało się dużo okien, które uchylone, dostarczały im świeżego powietrza. Można było dostrzec służących, uwijających się jak mrówki w mrowisku, żeby jak najszybciej podać gościom napój, czy też przekąskę. Dżentelmeni dyskutowali z pasją na różne tematy, zapewne związane z polityką. Kilkoro z nich siedziało przy okrągłych stolikach i rozgrywało partię w karty. Towarzyszyło im dużo radości, a także, co chwilę wybuchające salwy śmiechu.
Po lewej stronie, tuż przy ścianie, znajdował się tron. Stał na marmurowym podeście, dzięki czemu hrabia siedział tak wysoko, że wzrokiem ogarniał całą salę. Był pełen zdobień i oszałamiających wykończeń. Mogę się założyć, że nawet najwięksi królowie na takim nie zasiadali. Wokół niego roiło się od strażników, których szeregi ciągnęły się na całą długość i szerokość sali. Odgradzali tłum od wnętrza pomieszczenia. Przy nich unosiły się w powietrzu niewielkie magiczne kule, których zadaniem było wyczuwanie podejrzanych zachowań wśród tłumu.
Z sufitu zwisały ogromne kryształowe żyrandole. Drobne sopelki, przypominające lód, obijały się o siebie, wydając delikatny, dźwięczący odgłos. Promienie słońca, które przenikały przez okna, wpadały na kryształy, ukazując kaskadę kolorów. Kandelabry w tym momencie przypominały rajskiego ptaka, szykującego się do lotu. Zafascynowana nie mogłam oderwać od nich wzroku, przez co, gdyby nie nagłe poruszenie, pewnie bym nie zauważyła nawet nadejścia hrabiego.
Wyglądał całkowicie inaczej, niż wtedy, kiedy z nami rozmawiał. Jego długie, czarne włosy opadały na ramiona, przypominając fale morskiej toni. Służące musiały potraktować je, którymś z czarodziejskich specyfików, ponieważ lśniły królewskim blaskiem. Na głowie dumnie osadzona była nieodłączna korona. Co chwilę poprawiał ją bladymi rękoma, przyozdobionymi różnokształtnymi sygnetami. W zielonych oczach widniała władczość i wyniosłość. Usiadłszy na tronie, przybrał bardziej rozluźnioną i leniwą pozę. Jego strój także był dostojny oraz pełen przepychu. Królewski płaszcz z gronostajów, otaczał go jak puszysta chmurka. Złota kamizelka, z precyzyjnie utkanymi wzorami, dodawała szyku. Na nogach nałożone miał wysokie, wypolerowane pantofle, ze szmaragdowymi kokardami na czubkach. Nerwowo nimi postukiwał, rozglądając się po sali.
Po chwili, obok jego tronu przystanęła starsza kobieta, której za chwilę przyniesiono, równie bogato zdobiony fotel. Usiadła na nim z gracją i nachyliła się do hrabiego, po cichu o czymś go powiadamiając. Zaintrygowana jej osobą, zaczęłam się przyglądać. Siedziała niewiele niżej niż hrabia, więc musiała być kimś równie ważnym. Nie była sędziwego wieku, ale też nie wyglądała na tyle młodo, by podejrzewać, że jest żoną hrabiego.
Wtedy przed oczami pojawił mi się jeden z obrazów, wiszących w korytarzu. Jej portret tam był, bodajże tuż obok władcy, który był przed Forklesem. W takim wypadku musi to być jego matka, bo z tego, co jeszcze pamiętam z lekcji historii, w Mieście Cieni panowała jedna dynastia. Zresztą podobieństwo między nimi jest naprawdę uderzające. Oboje mieli czarne włosy, ona zaplotła je w fantazyjny warkocz. Różnili się jedynie kolorem oczu. Matka miała szare, ale błysk pozostał ten sam. Ubrana była nieco skromniej niż hrabia, zapewne po to, by go nie przyćmić.
Na znak hrabiego, stojący przy drzwiach służący, rozpoczął wizytację.
- Markiz Trahison ze Wschodniej dzielnicy! - jego głos poniósł się echem, obijając się o każdą ścianę.
Po chwili do środka wszedł wyprostowany jak struna mężczyzna. Od razu można było zauważyć, że jest nieziemsko bogaty. Kosztowne ubrania, klejnoty na każdym palcu i ta znana wzgarda na twarzy. Za nim dreptał nieporadnie, zgarbiony chłopak, prawdopodobnie jeden z jego służących. Na twarzy młodzieńca malowało się przerażenie. Obaj podeszli pod marmurowy podest i się głęboko ukłonili. Markiz o mało nie rozbił sobie głowy, tak nisko się pochylił.
- Wasza Ekscelencjo! - krzyknął, po czym dygnął jeszcze raz. - Przychodzę do Waszej Wysokości z bardzo ważną sprawą, o której wręcz brzydzę się rozmawiać, tak przy świadkach...
- Mów, co takiego cię do mnie sprowadza Trahisonie - westchnął hrabia, zapewne znając rozlewny styl wypowiedzi poddanego.
- Historia straszliwa! Nie wiem, czy tak przy damach wypada! Ale cóż, to musi być ujawnione teraz albo nigdy! Ten oto tutaj - powiedział markiz, wskazując na zgarbionego chłopaka. - Parszywiec jeden, od pokoleń jego rodzina u mnie pracuje i taka sprawa! To jest nie do pomyślenia Wasza Cudowność!
- Trahison, błagam cię, nie mam czasu, żeby wysłuchiwać jak pół godziny krążysz wokół sprawy - warknął hrabia, mrużąc oczy. Pod jego spojrzeniem markiz struchlał i ponownie się ukłonił.
- Tak, tak oczywiście, wybacz Wasza Miłość! Już zmierzam do meritum sprawy! - mężczyzna zawiesił dramatycznie głos. - Ten oto tu parobek jest marerittem!
W jednej chwili na sali wybuchła wrzawa. Żołnierze musieli uspokajać szalejący tłum, w którym ktoś, co chwila wykrzykiwał jakieś słowa. Na balkonach kilka z dam zemdlało w objęcia swoich mężów. Ci, natomiast patrzyli z obrzydzeniem, na skulonego chłopaka. Parobek rozglądał się rozbieganym wzrokiem, a z jego oczu płynęły łzy. Przypominał osaczoną przez myśliwych sarnę, która wiedziała, że z tej pułapki nie ucieknie.
Poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu. Był naprawdę młody, mógł mieć z dwanaście lat. Jednak coś w jego zachowaniu i w oskarżeniu markiza mi się nie spodobało. Przyjrzałam się uważniej oskarżonemu. Z wyglądu przypominał zwykłego człowieka. Wiadomo, że większości marerittom zdarza się mieć jakiś fizyczny defekt, bo magia zawsze ma swoją cenę. On natomiast, był w sile wieku. Pomyślałam, że może w oczach odnajdę rozwiązanie, lecz one także wyglądały zwyczajnie. Wtedy poczułam nagły impuls. Jedna myśl przecięła moją świadomość jak strzała. Markiz skłamał.
Przerażona odkryciem, spojrzałam na brata. Moje odczucie, choć tak silne, że nie mogło być pomyłką, pozostawało odczuciem. Artur może miał na tyle sił, aby wysondować jego umysł. Stał, wpatrzony w chłopaka z zastanawiającym wzrokiem. W końcu wiedziony przeczuciem, odwrócił głowę w moją stronę i wtedy zobaczyłam na jego twarzy to samo zdziwienie. On też musiał poczuć, że poddany nie jest marerittem.
- Czy to prawda? - zapytał hrabia zadziwiająco łagodnie.
- Wasza Wysokość, zaklinam się na całą moją kochaną rodzinę, że to nieprawda! Błagam musisz mi uwierzyć! - jęczał chłopak, padając na kolana i całując podłogę.
- Jak śmiesz tak kłamać psie! - krzyknął markiz, uderzając poddanego. - Tak przy naszym, łaskawym władcy! Widziałem na własne oczy, jak mu się to szaleństwo w oczach pojawiło! Proszę na niego spojrzeć Wasza Wysokość - powiedział markiz, chwytając za włosy chłopca i odchylając jego głowę.
Hrabia siedział, bawiąc się jednym ze swoich medalionów. Przyglądał się przerażonemu chłopcu i widać było, że rozważa słowa markiza. Po jego twarzy błąkał się tajemniczy uśmiech.
- Jest wrażliwy na szafir? - spytał w końcu.
- Oczywiście! Od razu go potraktowałem swoim sygnetem, to krzyczał jak zarzynany.
- Był rozżarzony! Wasza Miłość zlituj się!
Coraz bardziej byłam przekonana, co do jego braku winy. Jednak w głębi duszy miałam nadzieję, że tym razem Forkles będzie łaskawy.
Za to na sali, ponownie dało się słyszeć gwar rozmów. Na chwilę się na nich skupiłam, ciekawa odczuć mieszkańców.
- Przecież to jeszcze dziecko! Niemożliwe, żeby taki niewinny chłopiec był tym - szeptała zatroskana kobieta.
- Znam go, często przychodził do mojego sklepu. Nigdy nie wyglądał na podejrzanego, ale po co markiz miałby kłamać…
- On na pewno tym jest! Widziałem go kiedyś, jak odczyniał jakieś magiczne bałamuctwa. To były te ich rytuały! - gorączkowo szeptał mężczyzna.
- Podobno porywają niemowlęta, żeby je do tego wykorzystać jako ofiarę!
O czym oni mówią? Naprawdę takie jest o nas wyobrażenie wśród mieszczan? Przerażała mnie ta obłudna propaganda magów i braki w wykształceniu mieszkańców. Chciałabym doczekać się czasów, w których to się zmieni.
Dlaczego Forkles na własne oczy nie przekona się, czy rzeczywiście chłopak jest uczulony na szafir? Zwłaszcza, że on nie jest marerittem. To mu może uratować życie.
- Pozwólcie, że się chwilę zastanowię - rzekł hrabia.
Patrzyłam jak zaciekle dyskutuje z matką. W jej oczach czaiła się nienawiść, jakiej nigdy nie widziałam. Gorączkowała się i zaciekle potakiwała głową. Forkles był natomiast zasępiony i nieprzekonany.
Czyli to tak się sprawy mają. To ona pociąga za sznurki, sterując ukochanym synem, niczym marionetką. Poczułam, jak narasta we mnie odraza do niej. Musimy się dowiedzieć czegoś więcej na jej temat.
W końcu hrabia uniósł się na tronie, po czym spojrzał chłodno na chłopaka.
- Jako władca i strażnik prawa, na mocy swojego urzędu, skazuję cię na dożywocie, za ukrywanie swojej prawdziwej tożsamości! - wygłosił dumnym głosem. Nawet się nie zająknął.
Chłopak wydał z siebie rozpaczliwy jęk, po czym przywarł do ziemi. Markiz wyglądał na zadowolonego. Matka Forklesa wpatrywała się w nich z pasją w oczach. Sam hrabia, pomimo wcześniejszego braku przekonania, teraz uśmiechał się dumnie. Tłum wszczął rwetes, skandując imię hrabiego. Część z nich dała porwać się szaleńczej fali, zaś inni patrzyli z politowaniem i strachem w oczach.
Byłam tak zszokowana, że nie mogłam się poruszyć. Nie chciałam uwierzyć własnym uszom. wszystko wydawało się być takie nierealne. Jednak, kiedy tylko zobaczyłam wcześniejsze wahanie Forklesa, postanowiłam działać. To się nie mogło tak skończyć!
Szybko przesunęłam się w stronę tronu, nie bacząc na zaskoczone spojrzenia strażników, którzy mieli mnie powstrzymać, ale jeden ruch ręki Aureliana, sprawił, że zostali w miejscu. Chrząknęłam cicho, próbując zwrócić uwagę Forklesa na mnie, po czym lekko dygnęłam. Hrabia patrzył ze szczerym zdziwieniem. Zignorowałam nienawistny wyraz twarzy jego matki.
- Wybacz Wasza Wysokość, że się wtrącam, ale muszę. Ten chłopak nie jest marerittem. Jestem tego całkowicie pewna, dlatego proszę o zaufanie w tej sprawie. To zwykły parobek, daj mu odejść - mówiłam szybko, dopiero po zakończeniu zastanawiając się, czy właśnie nie popełniłam błędu.
Jednak, ku mojej uciesze, Forkles spojrzał na mnie z zaciekawieniem, a nie wściekłością. Widziałam, że się zastanawia. Tłum nerwowo szemrał, denerwując się, że ktoś przerywa w tak ważnym momencie.
- Skąd w tobie ta pewność? - szepnął, świdrując mnie wzrokiem. - Może po prostu pragniesz uratować swojego pobratymca, hm?
- Sprawdź sam, Wasza Wysokość. Przyłóż do niego szafir - odparłam zaciekle.
Czekałam, aż Forkles podejmie jakąś decyzję. Po chwili zauważyłam, że jego matka podnosi się z fotela, po czym podchodzi do mnie. Spojrzałam na nią zaintrygowana, co takiego planuje zrobić. Jednak jej zamiary nie były na tyle pokojowe, jak moje.
Podniosła rękę wysoko, a następnie wykonała zamaszysty ruch i wymierzyła z całej siły cios w mój policzek. Uderzenie było na tyle oszałamiające, że straciłam równowagę, upadając na podłogę. Czułam rozlewające się ciepło po całej twarzy. To wszystko tak bardzo mnie zaskoczyło, że przez chwilę straciłam poczucie rzeczywistości. Wszystkie dźwięki zlały się w jedną, ogłuszającą kakofonię.
- Jak śmiesz, tak zwracać się do swojego władcy?! - jej krzyk przebił się przez cały chaos, wywołując jeszcze większą falę bólu.
Dalej czułam zamroczenie, ale widziałam jej gwałtownie falującą pierś i wytrzeszczone oczy. Potoczyłam na wpółprzytomnym wzrokiem po całej sali. Ludzie kotłowali się, przepychając się nawzajem, żeby zobaczyć całe zamieszanie. Dostrzegłam, szarpiącego się Artura, którego powstrzymywał Aureliano, zamknąwszy go w żelaznym uścisku. Bezradnie poszukiwałam czegoś lub kogoś, kto pomógłby mi się podnieść. Spróbowałam doczołgać się do ściany, ignorując wirujący wokół świat. Miałam już się o nią oprzeć, kiedy znowu usłyszałam za sobą jej piskliwy głos.
- Ostatni raz kwestionujesz decyzje mojego syna! - krzyknęła, a z jej ust toczyła się piana wściekłości. - Zrozumiałaś?!
Miałam już dosyć jej irytującego głosu. Chciałam się podnieść i wreszcie dostać coś na ten cholerny ból. Zaczęłam się wspinać powoli na chwiejnych nogach. Już prawie byłam wstanie się wyprostować, gdy znów poczułam uderzenie, tym razem w okolicach brzucha. Ponownie osunęłam się na ziemię i cicho sapnęłam. Teraz nie tylko moja głowa, ale także reszta ciała wydawały mi się być wielką mieszaniną bólu. Spojrzałam na nią mętnym wzrokiem, starając się nie zemdleć.
- Kopiesz leżącego? Bardzo charakterystyczne dla waszej rodziny - wydyszałam.
Teraz dopiero zauważyłam jej, dotąd ukrytą, prawdziwą wściekłość. Czasami zastanawiam się, czemu nie mogę ugryźć się w język, zanim coś powiem. Kobieta podeszła i chwyciła mnie za poły koszuli, przygważdżając do ściany.
- Matko, proszę cię. Wszyscy patrzą… - szepnął Forkles, delikatnie ją chwytając za ramię.
Odepchnęła go i nie zważała na protesty Aureliana, który także zaczął się martwić, że może mi wyrządzić większą krzywdę, niż myśleli.
- Pytałam, czy zrozumiałaś?!
Czy to przez oszołomienie, czy też cały stres właśnie ze mnie schodził, lecz w tym momencie straciłam kontrolę nad ciałem. Zaczęłam się po prostu śmiać. Nie mogłam się powstrzymać, zwłaszcza, że wyglądała teraz jak wielki burak. Kobieta zawyła z wściekłości i uderzyła moją głową w ścianę. Widząc, że zbytniego skutku nie odniosła, zrobiła tak ponownie, póki w końcu, któryś ze strażników jej nie powstrzymał. Musieli ją wręcz odczepiać ode mnie, przez co odeszła wraz ze sporym kępkiem włosów.
Nie miałam już siły, żeby nawet oddychać. Zdążyłam zobaczyć zatroskanego Artura przy sobie, po czym poddałam się i odpłynęłam w mroczną otchłań umysłu.
Komentarze
Prześlij komentarz