Rozdział 9 Hrabia Forkles Darligen
Vivienne
Po ostatnich wydarzeniach byłam tak zmęczona, że spałam kamiennym snem. Dopiero obudziło mnie mocne szarpanie za rękę. Skuliłam się i mrużąc gniewnie brwi, próbowałam dalej pozostawać w błogiej krainie. Jednak ktoś musiał być wyjątkowo niecierpliwy, ponieważ po chwili leżałam na podłodze, brutalnie zrzucona z łóżka. W jednej chwili otrzeźwiałam i już w myślach zwymyślałam sprawcy, który mnie obudził.
- No nareszcie! Ile można czekać Viv?! - burknął Artur, pomagając mi wstać.
- Nie mogłeś mnie po ludzku obudzić, tylko musiałeś zrzucać na podłogę?! - warknęłam mierząc go nienawistnym wzrokiem.
- Przecież próbowałem! - blondyn machnął ręką i spojrzał na mnie z powagą. - Mamy ważniejsze sprawy do wyjaśnienia.
No tak zapomniałam, na jedną cudowną chwilę, że jesteśmy w zamku Forklesa. Z cichym westchnieniem usiadłam na krześle, które stało przy niewielkim stoliku. Zanim przejdziemy do przykrych spraw, musiałam się na dobre przebudzić. Dlatego zaczęłam rozglądać się po pokoju, w którym się znajdowaliśmy.
Był niewielki, ledwo mieściły się w nim dwa łóżka, oddzielone hebanową etażerką. Na niej stała złota lampka - jedyne oświetlenie pomieszczenia. Tuż przy ścianie stał wspomniany stolik, z dwoma pokrzywionymi krzesłami. Na ścianie wisiało kilka półek z zakurzonymi książkami. Na wprost mnie znajdowały się drewniane drzwi, z bogatymi zdobieniami, zapewne prowadziły do łazienki. Pokój nie był oszałamiający, ale miał w sobie coś przyciągającego uwagę.
- Artur, co tu dużo wyjaśniać. Wykiwał nas i tyle, teraz musimy to wszystko znosić - westchnęłam, przeciągając się na krześle. Brat także chwycił jedno i usiadł, oplatając ręce wokół oparcia.
- Vivienne, czy ty siebie słyszysz? Zwerbował nas jako Rubinów, a chyba nie muszę ci przypominać, kto wtedy przyszedł do naszego domu kilka lat temu. Ja tego tak ze spokojem na pewno nie zniosę.
- Jedyne czego teraz potrzebujemy, to twojego narwanego charakteru. Na obecną chwilę nic nie zdziałamy, przecież nie mamy tu nikogo, kto by mógł nam pomóc - powiedziałam, spoglądając łagodnie na brata.
Artur się co do jednego mylił. Wcale nie znosiłam tego ze spokojem. Miałam ochotę wszystko, co się w tym pokoju znajduje zmieść w pył. Jednak trzymałam nerwy na wodzy, bo wiedziałam, że i tak mój brat będzie dość zdenerwowany. Ja, kiedy czułam się przytłoczona emocjami, szłam je wyładować na pierwszym lepszym drzewie, bądź na samotnym spacerze. Artur wszystko w sobie trzymał i nawet mi było ciężko cokolwiek z niego wyciągnąć. Dlatego próbowałam zachować spokój, co należało do trudnego zadania.
- Musimy się wpierw rozejrzeć - kontynuowałam, bawiąc się pasemkiem włosów. - Zrobić rozpoznanie środowiska, ludzi nas otaczających. To tak jak z naszymi wędrówkami po dzielnicach. Wpierw dowiadywaliśmy się, kto tu rządzi, jakie tu panują nastroje, a dopiero potem działaliśmy.
- Ale tu może nie być na tyle czasu Viv - cicho dodał Artur, odchylając głowę do tyłu i obserwując wirujące w powietrzu pyłki kurzu. - On jeszcze nie wie do czego jesteśmy zdolni, więc mamy asa w rękawie, którego może nie przewidzieć. Powinniśmy teraz działać.
- A ja myślę, że on dobrze wie, że będziemy chcieli uciec teraz i tylko na to czeka. Zresztą jaki masz plan na obecną chwilę? Co z tym? - spytałam, potrząsając założonymi na moich rękach bransoletkami, mającymi ograniczyć nam moc.
Artur siedział z ponurą miną, a zadane przeze mnie pytanie zawisło w pokoju jak ciężka mgła. Nie miał żadnego pomysłu i to go zapewne doprowadzało do szału. Wcale mu się nie dziwię, ale martwię się, żeby czegoś głupiego nie wymyślił. Powinnam mu dać chwilę na ułożenie myśli i nie męczyć go już tym tematem.
Z otępienia wyrwało nas mocne i donośne pukanie do drzwi. Jak na komendę zerwaliśmy się i przyjęliśmy obronne postawy. Do pokoju wtargnęło 3 uzbrojonych żołnierzy. Kazali nam się nie ruszać i rzucili nam stos ubrań, które mieliśmy założyć przed audiencją u hrabiego.
- Macie zaledwie pięć minut - warknął jeden z nich, po czym wyszli za na korytarz.
Patrząc ze zdziwieniem na brata, który tylko wzruszył ramionami, skierowałam się do łazienki. Przerzuciłam strój przez oparcie krzesła i zabrałam się do przebierania. Kiedy skończyłam, stanęłam przed lustrem i zaczęłam się sobie przyglądać.
Zdecydowanie dominował kolor karmazynowej czerwieni i już wiedziałam skąd nazwa Rubinowe Cienie. Strój składał się z przylegającej do ciała czarnej koszuli, która przy szyi miała bogato haftowaną stójkę i bufiasty fular, z czerwoną broszką. Kolejnym elementem była amarantowa kamizelka ze złotymi zdobieniami. Kiedy jej dotknęłam, poczułam, że jest pokryta jakimś dziwnym śliskim materiałem. Postukałam w nią, na co odpowiedział mi głuchy łoskot. Pewnie była to specjalna zbroja, na którą nałożono zaklęcia ochronne. Zapewne całkowicie wystarczały do obrony, bo kamizelka była lekka jak piórko, dzięki czemu mogłam wykonywać płynne ruchy. Wokół bioder przewiązałam skórzany pas, z wetkniętymi za niego sztyletami. Dół stroju stanowiły spodnie w kolorze krwistej czerwieni. Przytroczone do nich były kabury na pistolety, jednak broni nigdzie nie znalazłam. Zapewne obawiają się, że użyjemy ich w niewłaściwy sposób. Na nogi wsunęłam swoje długie kozaki, które wypolerowałam na błysk. Miedziane klamry świeciły się, jak dachy domów w słoneczny dzień. Na koniec założyłam długie rękawiczki, które z powodu licznych zrogowaceń, wyglądały jakby ważyły tonę, ale były z tego samego materiału, co kamizelka, więc nawet ich nie czułam na rękach.
Przejrzałam się w lustrze, patrząc jak leży strój. Rozmiar był idealny, co umożliwiało wykonywanie swobodnych ruchów. Dopiero po chwili dostrzegłam drobną naszywkę na piersi. Był to herb Miasta Cieni, wraz z sygnaturą hrabiego. Próbowałam go w jakiś sposób odpruć, ale był mocno przytwierdzony. Podeszłam jeszcze do mosiężnej miski z wodą i przemyłam twarz. Wytarłam się miękkim ręcznikiem i odetchnęłam głęboko. Patrzyłam zrezygnowanym wzrokiem na swoje odbicie w lustrze. Czarne włosy zaplotłam w gruby warkocz, żeby mi nie przeszkadzały wchodząc do oczu. Często się zastanawiałam czy białe końcówki są wynikiem tej samej anomalii, co jedno z moich oczu.
Dotknęłam delikatnie wisiorka, który zawsze musiał wisieć na szyi. W środku znajdowało się zdjęcie rodziców i Artura. Uważałam, że to dzięki niemu jeszcze żyję - taki talizman na szczęście. Brat wyśmiewał moje zabobony, ale lubiłam wierzyć w to, że nosząc go rodzice są tuż przy mnie.
Kiedy wyszłam z łazienki, zobaczyłam także ubranego Artura. Jego strój był bardzo podobny do mojego. W takiej samej kolorystyce i o podobnym kroju. Jedyną różnicą były cienkie okulary, które niezdarnie trzymał, po czym wsunął delikatnie na nos. Patrzył na mnie mrugając, co chwilę i był wyraźnie zdezorientowany. Wyglądał w nich na o wiele starszego, ale także dodawały mu uroku.
- Stwierdzili, że nie wyglądasz zbyt poważnie, żeby rozmawiać z Forklesem? - spytałam, tłumiąc śmiech.
- To są magiczne okulary - spiorunował mnie wzrokiem. - Przybliżają obiekt, na który patrzę, nawet i pięćdziesiąt razy. Zapewne ma to sprawić, że będę używał swojej mocy, stojąc bardzo daleko od celu.
- Tobie to się zawsze powodzi - mruknęłam z żartobliwą zazdrością w głosie.
- Wolałbym nic nie mieć od nich, ale skoro mnie do tego zmuszają…
Natarczywe pukanie znów wstrząsnęło pokojem. Spojrzałam z niechęcią w stronę drzwi. Artur podszedł do mnie i pocieszająco ścisnął za ramię.
- Pamiętaj Viv, że on nie wie o twoich umiejętnościach, więc nie daj mu się podpuścić. To nasza jedyna szansa.
Lekko kiwnęłam głową, po czym otworzyłam drzwi. Strażnik stał z założonymi rękoma i nerwowo postukiwał okutym butem. Kiedy wyszliśmy na korytarz, spojrzał na nas z niesmakiem. Rozkazał nam wyciągnąć ręce przed siebie, a następnie zakuł w kajdanki. Nie do końca rozumiałam po co, skoro bransolety ograniczały nam moc tak bardzo, że nie mogłam rzucić prostego zaklęcia.
Po chwili ruszyliśmy w głąb korytarza. Idący za nami żołnierze, dźgali nas końcami strzelb, żebyśmy się pospieszyli. Z zainteresowaniem przyglądałam się zabytkom, które mijaliśmy. Na wypolerowanych stoliczkach i podporach stały znane rzeźby lub cenne zastawy. Wszystkie były zamknięte w przezroczystych gablotach. Ze ścian spoglądały na nas mroczne portrety poprzednich władców i ich małżonek. Wszyscy mężczyźni byli do siebie bardzo podobni. Każdy z nich miał w oczach znaną nam iskrę szaleństwa, a także chłód pogardy. Hrabiny ze smutkiem patrzyły przed siebie w pustą przestrzeń. Przypominały raczej duchy, niż ludzi, a ich skóra była przezroczyście blada. Wszystkie były ubrane w najbogatszą biżuterię, jaką kobieta mogła sobie wymarzyć. Jednak żadna nie wyglądała na szczęśliwą. Oprócz jednej z nich, którą dopiero na końcu zauważyłam.
Była dość skromnie ubrana, bez żadnych ozdobników. Jej długie, kruczoczarne włosy zapleciono w elegancki warkocz. Usta, w porównaniu do jej poprzedniczek, były rozciągnięte w uśmiechu. Z oczu biła matczyna dobroć. Jej łagodna twarz napawała obserwującego spokojem. Od razu poczułam sympatię do niej, bo przypominała naszą mamę. Postać kobiety, tak mnie zaintrygowała, że moja ciekawość pragnęła dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Wolałam jednak nie pytać o to strażnika, który nie zaskarbił sobie mojej przychylności. Może Artur będzie coś wiedział, w końcu on zna każdą tajemnicę i plotkę.
Zauważyłam, że portret ten był ostatnim jaki wisiał w korytarzu. Nie uwzględniając oczywiście ostatniego, pustego miejsca. Wyglądało jakby kiedyś jakiś obraz tam wisiał, jednak został specjalnie zdjęty. Ciekawe, kto na nim był i dlaczego Forkles postanowił ściągnąć jego portret.
Moje rozmyślania przerwało nagłe zatrzymanie się sierżanta. Znajdowaliśmy się tuż przy drzwiach, prowadzących do komnaty hrabiego.
- Tylko bez żadnych wygłupów - zgromił nas, odpinając nam kajdanki. - I tak byście nie mieli szans, więc nawet nie próbujcie.
Miałam ochotę zmazać mu z twarzy ten ohydny uśmieszek. Jedno celne uderzenie i by się zwijał na posadzce, jęcząc jak dziecko. Ale z tymi cholernymi bransoletami, to mogę jedynie sobie wyobrażać koniec strażnika. Artur musiał zauważyć moją bladość, spowodowaną napadem złości, ponieważ szturchnął mnie ręką w bok i posłał pocieszający uśmiech.
Strażnik warknął na sługę, stojącego obok drzwi komnaty, żeby zaanonsował przybyłe rodzeństwo. Mężczyzna skłonił się, po czym zastukał mosiężną kołatką i po chwili wszedł do środka. Nie minęła chwila, kiedy znów się pojawił i zapraszającym gestem na nas wskazał.
Dopiero teraz poczułam paraliżujący mnie strach. Nie miałam pojęcia, co nas czeka w tym pokoju. Nie chce wiedzieć, jakie ma zamiary wobec nas. W ogóle nie chcę tu być. Wolałabym siedzieć teraz, na którymś z chybotliwych dachów i rozkoszować się chłodem powietrza.
W końcu weszłam do komnaty, popchnięta przez Artura i od razu rzucił mi się w oczy, przepych z jakim została urządzona. Znajdowało się w niej mnóstwo drogich ozdób i obrazów, pędzla najsłynniejszych malarzy. Jedna ze ścian, w całości była zakryta masywną biblioteczką, której półki uginały się pod ciężarem książek. Na środku stało duże biurko, przy którym siedział zamyślony hrabia. Na blacie poniewierało się pełno dokumentów i pożółkłych papierów.
Widząc nas, Forkles odłożył pióro, po czym zlustrował wzrokiem. Oparł głowę na splecionych dłoniach, a jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu. Kiedy zrozumiał, że żadne z nas się nie odezwie, ciężko westchnął.
- Witam was serdecznie w skromnych progach moich włości! - wykrzyknął i z dumą zatoczył rękoma wokół siebie.
- Daruj sobie te sztuczne konwenanse - warknął Artur, patrząc na niego nienawistnym wzrokiem.
- Ktoś tu chyba ma gorszy dzień, co? - odparł hrabia niewinnym głosem. - Wiem, że jesteście nowi, ale chyba nie muszę wam przypominać, kto tu rządzi.
Artur wydał z siebie ciche sapnięcie, ale nic się nie odezwał. Spojrzałam na niego, kojąco się uśmiechając. Próbowałam go uspokoić, ale jeżeli raz się zdenerwuje, może to trwać nawet kilka dni.
- Czy możemy przejść do części, w której wytłumaczysz, co z nami masz zamiar zrobić? - spytałam, przełamując napiętą ciszę. Forkles, zaś przeniósł swój wzrok na mnie.
- Niecierpliwość, to jak widzę domena waszej rodziny - mruknął, unosząc lekko brwi. - Skoro tak bardzo jesteście ciekawi, to proszę usiądźcie, a ja wam wszystko opowiem - zakończył, wskazując na dwa eleganckie krzesła, stojące przy biurku.
Usiadłam jako pierwsza. Zarówno, żeby zachęcić brata, a także z powodu zmęczenia wywołanego zdenerwowaniem. Obawiałam się, co też takiego przygotował dla nas Forkles.
- Nie chcę się narzucać, ale uważam, że powinniście mi być wdzięczni. W końcu zabrałem was z ulicy, gdzie wiedliście monotonne życie. Tutaj natomiast zmienicie się i będziecie opływali w luksusach - w oczach, co chwila pojawiał się ogień chorego entuzjazmu.
- Nie sądzisz, że to nie do ciebie należy decyzja, kto ma żyć i gdzie? - zapytałam z przekąsem.
- W tym mieście każda decyzja należy do mnie - odparł lodowato, lecz po chwili na jego twarz znów wpłynął uśmiech. - Jesteście mi potrzebni. Nie znam jeszcze pełnego zakresu waszych możliwości, ale wiem, że jesteście potężnymi marerittami. Takich nigdy za wiele, prawda?
Hrabia zaśmiał się cicho, po czym podniósł się z krzesła. Spacerował powoli po komnacie, z rękoma splecionymi za plecami. Zatrzymywał się, co jakiś czas przy oknie i wyglądał przez nie. Po dłuższej przerwie wreszcie się odezwał:
- Jak już słyszeliście oraz wywnioskowaliście ze swojego stroju, zostaniecie włączeni w szeregi Rubinowych Cieni - mojej prywatnej straży.
- A, co jeśli nie chcemy? - sapnął Artur, zaciskając ręce na oparciu krzesła.
- Tę kwestię chyba już sobie wyjaśniliśmy, prawda? - hrabia odszedł od okna i ze zdenerwowaniem na nas spoglądał. - Podpisaliście umowę, należycie w całości do mnie. To czy była ona wbrew waszym prawom, czy nie - wcale mnie to nie obchodzi.
- W takim razie, co jeśli nie będziemy wykonywali twoich rozkazów? - zapytałam, czując przypływ odwagi.
- Nawet nie próbuj. Nie radzę - syknął Forkles, a mnie się wydawało, jakby bransoletki odrobinę mocniej się zacisnęły.
Byliśmy w potrzasku. Nie dało się nic zrobić, dopóki będzie aktualna ta umowa, dopóty nie będziemy wolni. Zagryzłam wargę, czując jak ogarnia mnie irytująca niemoc. Coś na pewno wymyślimy, a z pewnością zrobi to Artur.
- Swoją służbę zaczniecie już dzisiaj - kontynuował hrabia, ponownie wesołym tonem. - Mam, dosłownie za chwilę, cotygodniową wizytę poddanych, którzy mają jakieś zażalenia do mnie. Będziecie towarzyszyli jako straż przyboczna, żebyście mogli zobaczyć, jak wygląda praca Rubinów oraz jak ciężko jest być władcą - westchnął dramatycznie Forkles.
- Od razu, tak po prostu nas mianowaliście na dowódców straży? - spytałam lekko skonsternowana.
- Oh, moja droga! Za bardzo się przeceniasz! Głupotą z mojej strony byłoby danie wam od razu samowolki. Przejdziecie przyspieszony trening, bo wiem, że i tak jesteście dobrzy w tych sprawach. Jednak na pewien okres zostaną wam przydzieleni obserwatorzy. Będą korygowali wasze postanowienia, a mi donosili o waszym podejrzanym zachowaniu - hrabia porozumiewawczo mrugnął do Artura. - Także lepiej niczego nie kombinujcie.
- Moglibyśmy chociaż wiedzieć, co w przyszłości będziemy robili? W ramach wykonywania twoich rozkazów - spytał z chłodnym opanowaniem Artur.
- Dowiecie się w swoim czasie - mruknął Forkles. Chwilę stał z założonymi rękoma, po czym klasnął w nie, a po komnacie poniósł się donośny dźwięk. - A teraz czas na wizytację! Ja w tym momencie muszę się udać do garderoby, a was na salę zaprowadzi moja zaufana, prawa ręka - generał wojsk królewskich oraz główny dowódca i zarządca Rubinowych Cieni - Aureliano!
Tuż po tym, jak hrabia go zawołał, do pokoju wszedł wysoki mężczyzna. Był odwrócony tyłem, ponieważ zamykał drzwi do komnaty, ale nawet wtedy widać było jego żołnierską postawę. Kiedy skierował się w naszą stronę, rozpoznałam go w sekundę.
Był to, już nam znany, bezoki mareritt, który próbował nas schwytać w Złotym Belwederze. Wciąż nieprzyzwyczajona do jego ziejących oczodołów, lekko zadrżałam na myśl, co lub kto też mu to zrobił. Teraz mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Jego skóra miała oliwkowy kolor, co podkreślały gęste czarne włosy, których fale sięgały mu do ramion. Linia żuchwy była ostro zarysowana, przez co jego twarz miała surowy wyraz. Pomimo smukłej budowy, widać było rysujące się mięśnie pod jego strojem. Był bardzo podobny do naszych, z tym wyjątkiem, że miał przytroczoną do boku błyszczącą szablę. Jego osoba napawała lękiem, ale też dozą szacunku.
Aureliano głęboko się ukłonił Forklesowi, a naszą obecność zignorował.
- Zaprowadź ich do sali tronowej, a po drodze bądź tak miły i wytłumacz najważniejsze zasady oraz obowiązki Rubinowych Cieni, dobrze? - hrabia uśmiechnął się szeroko.
- Oczywiście, Wasza Wysokość - odrzekł Aureliano.
- Znakomicie! W takim razie, do zobaczenia niebawem moje nowe, drogie nabytki - szepnął w naszą stronę, po czym wyszedł z komnaty drzwiami, po drugiej stronie pokoju.
Razem z Arturem spojrzeliśmy w stronę Aureliana, który wciąż stał na baczność.
- Myślę, że możemy już ruszać. Jeśli myślicie, że przez swój defekt jestem powolny, to się bardzo zdziwicie. Macie nadążać, bo nie będę na was czekał.
Wzruszyłam lekko ramionami, po czym z dozą niepewności podążyłam za dowódcą. Artur wyjątkowo milczał i szedł zasępiony za mną. Zauważyłam, że nie eskortował nas żaden strażnik. Zapewne ranga generała, nie bez powodu została przydzielona Aurelianowi.
- Wasz trening rozpocznie się od jutra - cicho mruknął Rubin. - Nie wiem, czemu hrabia zdecydował się na waszą obecność przy dzisiejszej wizytacji. Jednak musiał mieć w tym jakiś cel, więc nie będę wnikał.
Wcale nie kłamał, mówiąc, że jest żwawy. Ledwo nadążałam za nim, wręcz truchtałam, a i tak pozostawałam w tyle.
- Mała rada, którą daję wszystkim nowym. W drażnieniu hrabiego nie ma najmniejszego sensu, więc lepiej pogódźcie się teraz ze swoją sytuacją. Jest pamiętliwy. Bardzo - w jego głosie na sekundę pojawiła się groza.
- Zatem i ty próbowałeś? - spytał Artur, który tak długo się nie odzywał, że aż podskoczyłam na dźwięk jego głosu.
- Nie rozumiem - odparł chłodno generał, mierząc go podejrzliwym wzrokiem.
- Ty też kiedyś postawiłeś się hrabiemu. Stąd twój, jak to sam określiłeś, “defekt”.
Aureliano gwałtownie się zatrzymał. O mało na niego nie wpadłam, jednak w porę odskoczyłam. Rzuciłam karcące spojrzenie w stronę brata. Generał, choć na usługach Forklesa, wydawał się być przyjazny, a także traktował nas jak równych sobie, a nie z pogardą. Obawiam się, że Artur poruszył drażliwy temat. Już miałam zapytać, czy coś się stało, kiedy dowódca nagle się poruszył. W sekundzie chwycił go za ramiona i przygwoździł do ściany.
- Nie waż się o tym więcej wspominać - wychrypiał Aureliano, ciężko oddychając. - To nie jest twoja sprawa, zrozumiano?!
- Tak jest, panie generale - wycedził Artur. Na jego twarzy błąkał się niewinny uśmiech. Był zadowolony z tego, że odkrył tak szybko słaby punkt prawej ręki Forklesa.
Pokręciłam ze złością głową, czując przypływ współczucia dla generała. Nie wiedzieliśmy co przeżył. Może jest taki sam, jak my, ale zamek i służba zniszczyły go doszczętnie. Wcześniej czułam, że mógłby być dla nas wielką pomocą. Jednak teraz, po efektownym wystąpieniu mojego brata, wszystkie plany legły w gruzach.
- Nie umiesz się czasem powstrzymywać?! - syknęłam do niego, kiedy generał wznowił marsz, tym razem jeszcze szybszy.
Artur nawet na mnie nie spojrzał. Rzucałam krótkie spojrzenia w stronę generała, chcąc sprawdzić, jak bardzo dotknęły go słowa mojego brata. Jednak ten ponownie wrócił do swojej kamiennej maski, niewzruszenie na jego twarzy było tak prawdziwe, że mogłabym pomyśleć, że ta sytuacja nigdy się nie wydarzyła.
- Jak już wiecie, jestem głównym dowódcą Rubinowych Cieni - kontynuował ze spokojem Aureliano. - Oprócz mnie, są jeszcze kapitanowie, którzy mają pod sobą własne oddziały i działają najczęściej w terenie. Jest ich niewielu, ale jak się postaracie, to możecie do nich dołączyć. Na razie nie zdecydowałem, gdzie was przydzielę. Jako, że jesteście dopiero co zrekrutowani, nie mogę wam za wiele zdradzić. Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie, a teraz pora zakończyć naszą rozmowę, ponieważ jesteśmy na miejscu.
Staliśmy przy ogromnych, pozłacanych drzwiach. Dochodził zza nich ledwo słyszalny gwar rozmów. Poczułam dreszcz emocji. Wreszcie dane nam będzie zobaczenie, jaki naprawdę jest Forkles. Aureliano skinął głową, stojącym przy wejściu dwóm strażnikom, którzy natychmiast zasalutowali. Następnie jednocześnie sięgnęli za klamki i otworzyli drzwi.
Artur widząc, że generał się ociąga, postanowił pójść pierwszy. Miałam już podążyć za bratem, gdy ostre szarpnięcie za łokieć, pociągnęło mnie do tyłu. Aureliano pochylił się i szepnął mi do ucha:
- Uważaj na swojego braciszka, tacy jak on szybko zostają wchłonięci przez to piekło.
Poczułam wbijające się w moje ciało igiełki strachu, kiedy znaczenie jego słów do mnie dotarło. Najgorsze było to, że mógł mieć rację. W duchu liczyłam, że i Artur to równie szybko zrozumie.
Komentarze
Prześlij komentarz