Rozdział 12 Szukając pomocy

2 miesiące później,

Artur



Trening zakończyliśmy pomyślnie. Udało nam się zachować zimną krew, nie dając sobie wejść ludziom na głowę. Kiedy zobaczyli, że wcale nie jesteśmy słabymi marerittami, nagle zaczęli z nami trzymać. Wtedy początek miały radosne powitania i rozmowy. Ja w nich odnajdywałem się znakomicie, mogąc sterować każdym jak kukiełką. Vivienne natomiast toczyła wewnętrzną walkę ze sobą. Z jednej strony widziałem jak rzuca nienawistne spojrzenia, w stronę niektórych ludzi, ale także byli i tacy, gdzie zawsze mogli liczyć na jej pomoc. Wielokrotnie opowiadała mi, że stara się być dla nich dobra, nie zachowywać się tak jak oni w stosunku do marerittów, ale gdy tylko sobie przypomni, co zrobili naszym rodzicom, jej nienawiść znów powraca.

W dodatku tuż po zakończeniu treningu i oficjalnym przyjęciu nas do Rubinowy Cieni, postanowiono, że będziemy w dwóch różnych oddziałach. Widywaliśmy się naprawdę rzadko, co nie wpłynęło pozytywnie zarówno na mnie, jak i na moją siostrę. Czas upływał nam na misjach - niektóre ciągnęły się w nieskończoność, a inne zajmowały jedną, krótką chwilę. Szybko doznaliśmy zderzenia z rzeczywistością, zwłaszcza z tą okrutną stroną pracy Rubinów. Od zawsze wśród naszych panował osąd, że lepiej już nie żyć, niż zostać włączonym do Rubinowych Cieni, ale to zawsze były tylko słowa, a teraz sam doświadczyłem tego na własnej skórze.

Pierwsze misje były proste, szybkie i niemęczące. Zwykłe patrolowanie ulic, podsłuchiwanie w różnych szemranych miejscach, czy nadzór nad transportem dostaw do zamku. Należało to traktować jako wstęp, pewien rodzaj rozgrzewki przed najtrudniejszym. Jednak żaden najostrzejszy trening nie przygotowałby nas na to, co rzeczywiście się tam dzieje. To z jaką brutalnością traktuje się każdego człowieka, podejrzanego o bycie marerittem, jest nie do opisania.

- Musimy stąd uciec, bo ja tak dalej nie dam rady - powiedziała któregoś dnia.

Było to po jednym z naszych codziennych patroli. Ja, wraz ze swoim oddziałem, pojechałem do Wschodniej dzielnicy. Viv trafiła się Północna, słynąca ze wszystkiego co złe. Kiedy wróciłem do zamku, zastałem ją rozedrganą w pokoju. Opowiedziała mi, że wpadli w zasadzkę jednego z gangów. Moja siostra próbowała załatwić wszystko droga pokojową, ale dowódca jej oddziału miał inne zamiary. Zignorował prośby Viv i od razu wydał rozkaz, aby otworzyć ogień. Była tak przerażona, że gdyby nie pomoc jej zaufanego Rubina, mogłaby tego nie przeżyć.

Długo nie mogła się z tym pogodzić. Dlatego postanowiliśmy spróbować znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji.

- Co zamierzasz zrobić Viv? - spytałem, siedzącej przy stoliku siostry.

- Myślisz, że wypytanie się innych Rubinów, to dobry pomysł?

- Hmm… Ale musielibyśmy to zrobić naprawdę ostrożnie i tylko tych zaufanych.

- W takim razie do dzieła - westchnęła bez przekonania, odsuwając krzesło.

Uśmiechnąłem się pocieszająco, chociaż sam niewiele bardziej byłem pewny tego planu. Mieliśmy w swoich oddziałach kilku bliskich, znajomych marerittów. Nie wiadomo, czy by na nas nie donieśli. Jednak zawsze to lepsze, niż bierna bezczynność.

Pożegnałem się z siostrą i ruszyłem w stronę schodów. Musiałem udać się na wyższe piętro, gdzie było więcej kwater Rubinów. W tej części zamku mieszkały tylko mareritty.

Zapukałem do drzwi jednego z moich bliższych kompanów niedoli - Otto Verden. Po chwili z głębi usłyszałem jego niski głos, mówiący bym wchodził.

W środku jego pokój praktycznie niczym nie różnił się od naszego. Równie ciemny i ciasny. Wszędzie walały się zapisane kartki papieru. Tuż obok największego stosiku na podłodze, siedział Otto.

Był porcelanowej figury. Niski wzrost i bardzo szczupła sylwetka, w połączeniu z jasną karnacją, nadawały mu chorobliwego wyglądu. Z początku każdy, kto go widział pierwszy raz, od razu kpił i nie wierzył, że jest Rubinem. Jednak w tym stosunkowo małym ciele płynęła potężna moc.

Trzymając w ręku kawałek jakiegokolwiek materiału, potrafił z niego wytworzyć najlepszą broń. Ograniczeniem mogła być tylko jego wyobraźnia, ale raczej nie narzekał na jej brak. Szybko został jednym z najważniejszych ogniw Rubinowych Cieni, ponieważ oprócz broni potrafił także tworzyć różne medykamenty i zapasy amunicji. Słowem - chodzący magazyn i fabryka w jednym. Jednak wszystkim zależało tylko na jak najlepszych projektach, które byłyby skuteczne. Każdy precyzyjny, ale mniej przydatny był odrzucany, przez co Otto tracił z każdym zamówieniem chęć tworzenia i zainteresowanie swoim darem. Pragnął rozwoju, a nie rutyny. Może kiedyś w lepszym świecie, zostanie słynnym wynalazcą.

- Nowy pomysł? - zagadnąłem, kucając naprzeciwko niego.

Chwyciłem jeden z arkuszy i przyjrzałem się z zaciekawieniem. Idealne wymiary, dokładny opis wykonania oraz fantazyjne wykończenia, czyniły jego szkice arcydziełami.

- Jesteś genialny - szepnąłem z nutą podziwu.

- Artur… - wyrwał mi z ręki kartkę. - Już ci o tym mówiłem...

Szare włosy opadały mu na twarz, więc co chwilę musiał je odgarniać. Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem, turkusowych oczu.

- To, co cię do mnie sprowadza? - zapytał ze spokojem.

- Otto, wiesz że masz moje pełne zaufanie. Czy mogę liczyć na to samo z twojej strony?

- Artur, gdyby nie ty, pewnie bym zginął w ciągu tych pierwszych, kilku dni treningu. Zawdzięczam ci życie, a to coś więcej niż zaufanie.

- W takim razie mogę na tobie polegać - powiedziałem wesoło, ale zaraz przybrałem poważną minę. - Pracujesz w zbrojowni hrabiego, więc masz okazję rozmawiać z różnymi strażnikami. Powiedz, czy przypadkiem, któryś z nich nie opowiadał historii o kimś, kto stąd uciekł?

Nastała chwila ciszy. Otto wyglądał bardziej na zasępionego, niż na zaskoczonego. Pocierał w namyśle podbródek, próbując sobie coś przypomnieć.

- Na pewno więcej było historii o nieudanych próbach ucieczki - zawiesił głos i znów się zadumał. - Wiem tylko, że w zamku jest jakiś pośrednik. Od czasu do czasu znikają pojedyncze osoby, ale jest on na tyle wysoko postawiony, że nikt się nie orientuje. Możesz spróbować wybadać Agnes, ta która pracuje w kuchni, jako cukiernik. Jej brat podjął się ucieczki, ale go niestety złapali. Tylko, że… ona jest niemową, ale dla ciebie to nie stanowi chyba trudności - odpowiedział, uśmiechając się szeroko.

Pełen energii i motywacji, podniosłem się gwałtownie i już chciałem pędzić do kuchni, ale w porę się zorientowałem. Podszedłem do wciąż siedzącego Otto, po czym mocno go przytuliłem.

- Dziękuję ci! Nawet nie wiesz, jak bardzo!

- Dobra, dobra, lepiej już idź, bo mi zaraz wszystkie kości połamiesz - burknął chłopak, lecz na jego ustach błąkał się tłumiony uśmiech. - Powodzenia - szepnął, kiedy ja byłem już jedną nogą na korytarzu.

Kiwnąłem mu głową i puściłem się biegiem w stronę kuchni. Jednak po drodze postanowiłem jeszcze na chwilę wpaść do pokoju i podzielić się z Viv moją nowiną. Na moje szczęście nie musiałem na nią wcale czekać, ponieważ siedziała przy naszym rozklekotanym stoliku. Zająłem miejsce naprzeciwko niej, lekko zdyszany, ale za to uradowany.

- Hej, braciszku wyglądasz jakbyś maraton właśnie przebiegł.

- Vivienne, nie uwierzysz, co mi Otto powiedział! - powiedziałem, wielce podekscytowany. - Podobno kiedyś w zamku mieszkało rodzeństwo, które było w podobnej sytuacji, tak jak my. Chłopak postanowił uciec, ale straż wykryła jego plany i go pojmali. Siostra, natomiast, pracuje w zamkowej kuchni, ale jest niemową. Wiesz, co to oznacza? Wreszcie się dowiemy, czy jest ktoś kto pomaga w ucieczkach!

- O matko, naprawdę?! Wiedziałam, że na Otto można zawsze liczyć! - pisnęła z radości Viv, po czym lekko spochmurniała. - Tylko jak się od niej dowiemy, co się stało z jej bratem?

- W tym przypadku będziesz mi potrzebna ty. Odciągniesz jej uwagę, jakąkolwiek sprawą. Powiesz, że jesteś od hrabiego, który zażyczył sobie wymyślną potrawę. W tym czasie ja postaram się przeszukać jej umysł i może natknę się na to wspomnienie. Może być ciężko, bo pewnie jest głęboko skryte. Ale to żadna sprawa dla takiego genialnego mentalisty, jak ja - dodałem z uśmiechem.

- Tym razem muszę się z tobą, wyjątkowo, zgodzić - odparła moja siostra.

Byłem tak przepełniony nadzieją, dzięki tej nowinie, że aż nie mogłem usiedzieć w miejscu. Nerwowo postukiwałem butem o nogę krzesła. Wreszcie robimy jakieś postępy!

- A czy ty czegoś się dowiedziałaś?

- Próbowałam wyciągnąć coś z Kathy, ale niestety nic z tego nie wyszło - odparła Viv, ciężko wzdychając. - Ale myślę, że i tak wystarczy nam na razie twoja część.

- To co idziemy teraz? Chyba jeszcze ma zmianę w kuchni.

- W sumie i tak nie mamy na co czekać.

Podniosłem się z krzesła i podszedłem do wieszaka, aby chwycić płaszcz. Moja siostra udała się jeszcze do łazienki, więc musiałem chwilę na nią poczekać. Ze zniecierpliwieniem wpatrywałem się w wiszący na ścianie zegar. Wskazówki nieubłaganie szybko się przesuwały, zabierając nam coraz to kolejne, potrzebne sekundy.

W pewnym momencie dojrzałem, że tuż obok drzwi leży jakaś koperta. Podniosłem ją z zaciekawieniem. Była nieskazitelnie biała, z karmazynową pieczęcią, a na niej odbitym herbem Miasta Cieni. Nie mogłem się domyślić, kto też mógł nam ją podrzucić.

- Co tam masz? - spytała zaintrygowana Viv.

- Nie mam pojęcia. Chyba nikt nie odkrył naszych planów.

Zabrałem się do otwierania koperty. Złamałem pieczęć, a następnie wyjąłem z środka niewielką kartkę, na której napisane były tylko dwa zdania:

Spotkajmy się o dwudziestej w ogrodach, przy fontannie w labiryncie.

Uważajcie, aby nikt was nie śledził.

Zapadła cisza. Spojrzałem skonsternowany na Viv, ale na jej twarzy także odmalowane było zdziwienie.

- Czyje to pismo? - spytała cicho.

- Nie mam pojęcia, ale to równie dobrze może być magia. Co teraz robimy?

- Hmm… - Viv nerwowo skubała pasmo włosów. - Nie wiem, Artur. Moja dusza krzyczy, żeby to sprawdzić, ale rozsądek już niekoniecznie. Chociaż, kto by się tam go słuchał.

- Chyba nie myślisz, że już ktoś odkrył nasze knowania? - zapytałem z niepokojem.

- Nawet jeśli ktoś by się wygadał, to nie w tak krótkim czasie. Tu chodzi o coś innego i wątpię, aby to był wymysł hrabiego. Musimy to sprawdzić, bo inaczej będziemy żałowali do końca życia.

- Dobra, ale jak to jest pułapka, to będzie twoja wina - powiedziałem, celując palcem w moją siostrę. Syknąłem, kiedy poczułem jak jej pięść ląduję na moim ramieniu. - Mamy jeszcze trochę czasu, więc możemy spróbować rozszyfrować pismo na kartce.

- No to do roboty.

 



Nie udało nam się nic wyczytać. Siedzieliśmy i wpatrywaliśmy się w nią z dobre parę godzin. Mogliśmy być tylko pewni, że nie jest to nisko postawiona osoba, bo pieczęć nam to sugerowała. Wskazówka zegara wskazywała, że powinniśmy stawić się na wyznaczone miejsce już za pół godziny.

- Vivienne, poddaję się - jęknąłem, opadając na krzesło i rozmasowując oczy. - To na nic, lepiej już tam chodźmy i wtedy dowiemy się, kim jest tajemniczy nadawca.

- Eh, skoro tak mówisz.

Wyszliśmy po cichu na korytarz, a ja rozejrzałem się, czy nie ma w pobliżu strażników. Kiedyś pilnowali nas całymi dniami i nocami, ale dwa miesiące służby wystarczyły, aby ich przekonać, co do naszej “lojalności”. Na palcach mijaliśmy wszystkie komnaty, ledwo oddychając, aby nie wydać przez przypadek głośniejszego westchnienia. Wreszcie wyszliśmy do zamkowych ogrodów. Rozejrzałem się w poszukiwaniu labiryntu, o którym była mowa w liście. Znajdował się trochę dalej od głównego placu, więc nie musieliśmy się martwić, że nas ktoś ujrzy.

- Viv, jakbyś mogła zaczepić tu gdzieś swoje nitki magii, żebyśmy się przypadkiem nie zgubili - mruknąłem cicho. Siostra pokiwała głową.

Podążaliśmy żwirową drogą w głąb labiryntu. Zdążyło się na tyle ściemnić, że gdyby nie świecące lampy ogrodowe, to byśmy nic nie widzieli. Kręciło mi się w głowie, od tych ciągłych zakrętów i zawijasów. W pewnym momencie myślałem, że ściany z żywopłotu się do nas zbliżają. Będąc na skraju cierpliwości, chciałem już wyciąć te cholerne krzaki, kiedy wreszcie ujrzałem połyskującą taflę wody.

Znajdowaliśmy się na niewielkim placu, na którego środku stała majestatyczna fontanna. Wyrzeźbione z marmuru figury, wydawały się nas obserwować, wodząc swoim zimnym, skamieniałym wzrokiem. Przedstawiały postacie różnych bożków w wymyślnych strojach. Część z nich miała na ustach kąśliwe uśmieszki, inne smutno spoglądały w otchłań mroku. Co druga z nich trzymała naczynie, z którego wylewały się strumienie wody.

Wokół niej ustawione były drewniane ławki, przymocowane do ziemi za pomocą mosiężnych nóg. Na jednej z nich siedziała jakaś postać, skryta w cieniu nocy.

Wysunąłem się na przód, tak aby zasłonić Vivienne. Jednak dla niej, to było jak obraza majestatu, więc za sekundę znów stała obok mnie. Wpatrywaliśmy się, z niemym wyczekiwaniem, w czarną figurę, która zaczęła podnosić się z ławki. Nie mogłem dojrzeć żadnych charakterystycznych cech, które pomogłyby mi w odgadnięciu jej tożsamości. Czekaliśmy aż wyłoni się z mroku.

- Spóźniliście się - niski tembr głosu wydał mi się nieco znajomy. - Nie tego was uczyłem.

Po chwili ujrzeliśmy w świetle pobliskiej latarni, kim był tajemniczy nadawca listu.

- Generał Aureliano - szepnęła z niedowierzaniem Viv.

- We własnej osobie - odparł, kłaniając się nisko.

Nie mogłem uwierzyć, że Aureliano nas tu zwabił. Czyli, to jednak jest pułapka. Daliśmy się wrobić, jak małe dzieci, ale naprawdę myśleliśmy, że ktoś chce nam pomóc.

- Czego od nas chcesz? - warknąłem, sprawdzając, czy schowałem sztylety za pasek. Będę się bronił do ostatniego tchu.

- Może trochę grzeczniej, hm? - powiedział Aureliano ze spokojem. - Nic wam nie zrobię, a nawet lepiej - chcę wam pomóc.

Teraz naprawdę byłem skołowany. Dowódca Rubinowych Cieni i prawa ręka hrabiego pragnie nam pomóc? To brzmi jak bardzo dobry żart, ale przecież on nigdy nie żartuje.

- W jaki sposób chcesz nam niby pomóc i po co? - spytała Viv.

- Och, to proste - Aureliano zbliżył się do nas. - Jesteście zbyt dobrzy, żeby tu gnić. No i tak jak wy nienawidzę Forklesa, a oglądanie jego wściekłej twarzy, kiedy dowie się, że uciekliście, będzie jak spełnienie marzeń - odparł, a na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech. - Jak mam was do siebie przekonać?

- Skąd mamy mieć pewność, że to nie jest jakiś twój chory plan? Równie dobrze możesz kłamać i donieść na nas hrabiemu - powiedziałem, dalej nie mogąc w nic uwierzyć.

- Pozwolę ci wejść do mojego umysłu. Przeszukasz go i wtedy dowiesz się, czy mówię prawdę.

Spojrzałem na niego zszokowany. Naprawdę, aż tak mu zależy, że dałby mi dostęp do swoich najskrytszych myśli? Może, jednak nie kręcił.

- On mówi prawdę - szepnęła do mnie z powagą Viv. - Naprawdę, Artur on nie kłamie.

Moja siostra miała talent jeżeli chodzi o takie sprawy. Wiedziała kiedy ktoś nas oszukiwał, nie mam pojęcia czy za sprawą magii, czy zwykłej obserwacji. Nigdy się też jeszcze nie pomyliła w swoim osądzie.

- Byłeś ciekaw Arturze, co się stało z moimi oczami - ponownie odezwał się Aureliano. - Czy jeżeli opowiem ci ich historię, zaufasz mi?

- Możliwe, że tak - odparłem niepewnie.

- Straciłem je dziesięć lat temu, kiedy Forkles dopiero zaczynał jako władca. Jednak od początku był tym samym despotą. W tamtym czasie, pomogłem uciec z zamku kilku bliskim mi osobom. Oczywiście nie zajmowałem tego stanowiska, co teraz. Byłem zwykłym Rubinem. Hrabia wkrótce się dowiedział o moich poczynaniach i postanowił mnie ukarać. Wiedział, że kocham czytać oraz podziwiać świat. Sama moja zdolność była uzależniona od oczu. Za ich pomocą, potrafiłem dzięki jednemu spojrzeniu, wyczytać z osoby, jak i przedmiotów, wszystkie potrzebne mi informacje, dzięki czemu byłem świetnym psem gończym. Forkles zawsze wie, gdzie trafić, tak żeby cię zabolało - głos dowódcy lekko drgnął, a jego twarz zasnuł cień strachu. - Dlatego mi je odebrał. Najcenniejszą rzecz w moim życiu...

Po plecach przebiegł mi dreszcz przerażenia. Wiedziałem, że Forkles jest znany ze swojego okrucieństwa, ale to przerosło moje wszelkie oczekiwania. Vivienne wpatrywała się w Aureliano ze smutkiem, a po jej policzkach spłynęło kilka łez. Generał blado się uśmiechnął, po czym poklepał ją delikatnie po ramieniu.

- To są stare dzieje, nie ma co się nade mną użalać. Zależy mi tylko na tym, żebyście wy tak nie skończyli.

- Czemu ty też wtedy nie uciekłeś? - zapytała cicho Viv, pociągając nosem. - W końcu miałeś tyle okazji.

- To nie jest takie proste, moja droga. Zostałem związany z tym miejscem silną klątwą, której nie jest w stanie zdjąć nikt, nawet najpotężniejszy mareritt tego miasta. Myślałem o tym, żeby się poddać i rzucić do morza, ale wtedy pojawił się ktoś, kto mnie od tego odwiódł. Zaproponował mi współpracę, dzięki której uratowaliśmy już ponad sto marerittów, będących na służbie u hrabiego. Widok ich szczęśliwych twarzy jest wart mojego cierpienia - zakończył z wyczuwalną nostalgią w głosie.

Wpatrywał się w nas, czekając na decyzję, jaką podejmiemy. Odwróciłem wzrok w stronę mojej siostry, a kiedy i ona na mnie spojrzała, posłałem jej w myślach wiadomość:

- Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak mu ślepo zaufać?

- Ja na pewno nie mam lepszego pomysłu, a jego cierpienie wygląda na prawdziwe...

Spojrzałem na Aureliano i wyciągnąłem w jego stronę rękę.

- Umowa stoi panie dowódco.

Mężczyzna odetchnął z ulgą i uścisnął moją dłoń. Na jego twarzy błąkał się delikatny uśmiech.

- Skoro tak, to witamy na pokładzie! Teraz już nie będzie odwrotu, więc jeżeli macie jakieś wątpliwości, to teraz jest na to pora - widząc, że nie mówimy nic, kontynuował - Dobrze, a teraz słuchać uważnie, bo nie będę powtarzał. Na którymś z najbliższych patroli w Południowej dzielnicy, odłączycie się od grupy i pójdziecie na główny rynek. Tam znajdzie was mój wysłannik i pokaże wam drogę do jednej z karczm. Nazywa się ona “Pod Złotym Kogutem”, prowadzi ją starsze małżeństwo: Magnus i Evelynn Mercant. Będziecie w strojach Rubinów, więc nie oczekujcie uścisków oraz miłych słówek. Podejdźcie do baru i powiedzcie, że jesteście ode mnie. Wtedy wszystko im się rozjaśni. Zrozumieliście?

- Chyba tak - powiedziałem, wzruszając ramionami. - A jak wygląda ten twój wysłannik?

- Nie musicie wiedzieć, wystarczy, że on wie jak wy wyglądacie.

- Jak mamy ci się odwdzięczyć generale? - spytała Viv.

- Wystarczy mi jeden z twoich ślicznych uśmiechów - odparł, patrząc na nią z rozbawieniem.

Moja siostra parsknęła śmiechem, po czym podeszła do niego i go mocno przytuliła. Aureliano był zaskoczony tym nagłym ruchem, ale po chwili poklepał ją lekko po plecach. Kiedy Viv wróciła na swoje miejsce, podszedłem i jeszcze raz uścisnąłem jego dłoń.

- Mam nadzieję, że niedługo też zaznasz szczęścia.

- Już go doświadczam - odparł cicho Aureliano. - A teraz wracać mi do swojej komnaty, bo zaraz ktoś nas tu wykryje, zrozumiano?

- Tak jest, kapitanie!

Vivienne jeszcze raz dygnęła w podziękowaniu, po czym udaliśmy się w drogę powrotną.



Komentarze