Rozdział 13 Karczma "Pod Złotym Kogutem"

Vivienne



Byłam tak podekscytowana wczorajszymi wydarzeniami, że nie mogłam usnąć. Leżałam i przewracałam się z boku na bok, bojąc się, żeby to wszystko nie okazało się tylko zwykłym snem. Jednak zmęczenie wzięło wreszcie górę i w końcu zdrzemnęłam się na kilka godzin. Po obudzeniu musiałam się upewnić.

- Artur, czy cała ta akcja z generałem, to był jedynie wymysł mojego umysłu?

- Skoro tak, to musimy mieć jakieś połączenie, bo mam te same wspomnienia - odpowiedział, a w jego oczach zaiskrzyły promyki radości. Siedział na krześle, pochylony nad jakąś zakurzoną książką.

- Czyli to prawda! - pisnęłam, wyskakując z łóżka. - Możemy być uratowani!

- No, już się tak nie nakręcaj. Może nam po drodze jeszcze miliard rzeczy nie wyjść - burknął, ponownie pochmurniejąc.

- Oj, przestań, musisz wlać w siebie trochę optymizmu! - powiedziałam, tarmosząc mu włosy.

- Jeszcze raz mi tak zrobisz, a ci po prostu przyłożę.

- Ach, tak?

- Nawet nie próbuj...

Uśmiechnęłam się niewinnie, a kiedy Artur się odwrócił, skoczyłam do niego i potargałam mu znów fryzurę. Sapnął z wściekłości i zamachnął się, próbując mnie złapać, jednak w porę odskoczyłam, o mało nie taranując stołu. Pękałam ze śmiechu, widząc jego wkurzoną twarz i to jak starał się mnie dosięgnąć. Bawiliśmy się tak, póki zegar na ścianie nie wybił godziny dziewiątej.

Jak na rozkaz, chwyciliśmy swoje karmazynowe peleryny - symbol dowódców Rubinowych Cieni. Następnie wyszliśmy z komnaty i skierowaliśmy się do pokoju hrabiego. Stukot butów niósł się echem po całym zamku, wywołując złudzenie, jakby całe wojsko nim szło. Po dotarciu na miejsce, poprosiliśmy służącego, aby nas zaanonsował. Po chwili zza drzwi wyjrzała jego głowa i powiedział, że hrabia nas oczekuje. Z lekkim ociąganiem weszliśmy do zacienionego pomieszczenia.

Forkles siedział przy swoim biurku, jak zwykle coś notując. Jego włosy były wciąż w porannym nieładzie, ale też dlatego, że co chwilę je przeczesywał lub przygładzał. Wystawił w naszą stronę palec, po czym nic nie mówiąc, dalej zaciekle pracował. Mijały sekundy, a potem minuty.

W końcu podniósł na nas swój świdrujący wzrok. Odsunął stertę papierów na skraj blatu, a leżące książki, jednym ruchem dłoni posłał na miejsce w biblioteczce.

- Co tam słychać u moich Rubinków? - spytał swoim przesłodzonym tonem.

- Gdzie dzisiaj nas wysyłasz? - spytał Artur bez ogródek.

- Jak zwykle Pan Niecierpliwy się odezwał - mruknął Forkles, przekrzywiając głowę. - Jedźcie sobie gdzie chcecie, nie mam do was siły!

Hrabia dramatycznie westchnął, po czym przyłożył dłoń do czoła. Drugą ręką pomachał na nas.

- No już wynocha!

Lekko zbici z tropu nie wiedzieliśmy przez chwilę, że mamy wyjść. Dopiero po kolejnym burzliwym spojrzeniu Forklesa, szybko uciekliśmy z komnaty.

- Dzień, w którym zrozumiem jego humorki, będzie dniem świętym - burknęłam, zamykając za sobą drzwi.

- Humorki, czy nie, mamy wolną rękę! Jedziemy do Południowej dzielnicy i to zaraz.

Artur miał surowy wyraz twarzy, ale w jego oczach czaiła się determinacja. Umówiliśmy się, że nie weźmiemy żadnych osób, gdyby ktoś pytał to idziemy na tajną misję szpiegowską. Dzięki temu nie będą podejrzewali, że coś knujemy, bo po co nam do tego cały oddział. Powiedziałam mu też, żeby powiadomił generała o naszym wyjeździe, dzięki czemu nie będziemy długo czekali na łącznika.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o zbrojownię i na wypadek wzięliśmy potrzebną broń. Szliśmy jako Rubini, a ta krzykliwa czerwień raczej nas nie ukryje, więc lepiej dmuchać na zimne. Wymknęliśmy się cicho z zamku i skierowaliśmy się do stajni. Tam czekały na nas już osiodłane wierzchowce. Delikatnie poklepałam swoją klacz po grzbiecie, na co ta przyjaźnie zarżała. Kątem oka zauważyłam, że Artur siedział już w siodle, dlatego aby nie przedłużać, również zwinnie dosiadłam konia.

Wyjechaliśmy za bramę, po czym galopem puściliśmy się w stronę Południowej dzielnicy. W duszy dziękowałam całemu światu, że to tam znajduje się karczma. Jest to najbezpieczniejsze miejsce, więc nie będzie problemu z marerittami, ponieważ na sam widok karmazynowej peleryny uciekną do domu. W Północnej pewnie byśmy musieli wpierw przebić się przez kilka oddziałów tamtejszych band. Jednak tutaj mogłam cieszyć się, orzeźwiającym powiewem wiatru, bez stresu, że nagle ktoś mnie zaatakuje.

Zawsze z przykrością obserwowałam walki marerittów między pobratymcami. Wiem, że jesteśmy Rubinami i to na usługach hrabiego, skazani na wykonywanie jego rozkazów, ale tak nie powinno być. Chociaż może jest to swego rodzaju wyświadczenie przysługi? Bo kto by chciał należeć do karmazynowych płaszczy.

- Vivienne, zbliżamy się do rynku, więc lepiej zejdźmy z koni. Może jakimś cudem uda nam się ukryć w tym tłumie.

Artur miał rację, dzisiaj było wyjątkowo tłoczno. Zapewne sprzedają owoce i mięso, które w dzielnicach marerittów są dość dużą rzadkością. Zeskoczyliśmy z koni i przywiązaliśmy je do pobliskiego słupa, przy którym stało kilka wierzchowców. Zauważyłam, że już na starcie przyciągnęliśmy ciekawskie spojrzenia, ale na szczęście głównie ludzi. Strzepnęłam peleryną, żałując, że nie daje mi możliwości zniknięcia na chwilę. Mój brat bacznie rozglądał się po całym targu, zapewne próbując znaleźć łącznika. Aureliano mówił, że sam do nas podejdzie, więc niecierpliwie czekaliśmy. Z każdą minutą coraz więcej osób zwracało na nas uwagę, co wprawiło mnie w lekkie zdenerwowanie.

Starałam znaleźć sobie jakieś zajęcie, więc zaczęłam obserwować cały rynek. Było południe, także nie dziwię się, że jest tu tyle ludzi. Każdy ze sprzedających próbował przekrzyczeć swoich konkurentów, chwaląc i polecając towary, które znajdzie się tylko u nich. Moją uwagę przykuł stragan z różnymi kamieniami. Promienie słońca, będącego w zenicie, padały w jego stronę, przez co mienił się wszystkimi kolorami. Jego właścicielką była starsza kobieta, o zaciętym wyrazie twarzy. Bez przerwy podchodziła do każdego bogatszego mieszczanina i przynosiła mu sterty biżuterii. Krzyczała jak pięknie podkreślają urodę danej osoby, zalecając, z nutą rozkazu, że teraz muszą zostać z nowym właścicielem. Dzięki swojej sprytnej taktyce, klient zawsze odchodził z nowym naszyjnikiem, a ona z woreczkiem pełnym brzęczących monet.

Spojrzałam na drugą stronę rynku, tam gdzie zaczynały się sznury domów. Zauważyłam, że na jednym ze słupów, wskazujących drogę do innych dzielnic, siedział ogromny ptak. Z wyglądu przypominał kruka, ale musiał to być naprawdę silny osobnik. Zwierzę wpatrywało się we mnie oraz kręciło głową na boki. Przez jedną chwilę miałam nawet wrażenie, że się do mnie uśmiechnął. Potrząsnęłam głową, myśląc, że wyobraźnia płata mi figle. Chyba nie powinnam była tak późno wczoraj pójść spać, bo zaczynam mieć zwidy.

Wzrok ptaka był tak hipnotyzujący, że nie mogłam oderwać od niego oczu. Stałabym tak pół dnia, gdyby nie to, że ktoś na mnie wpadł, przez co o mało się nie wywróciłam. Już miałam okrzyczeć przechodnia, ale ten uciszył mnie surowym spojrzeniem.

- Chodźcie za mną, ale nie trzymajcie się zbyt blisko - szepnął niskim głosem, po czym jeszcze mocniej naciągnął kaptur na głowę.

Spojrzałam na brata, który też pewnie usłyszał jego słowa i kiwnęłam mu głową. To nasz łącznik.

Mężczyzna odszedł w kierunku ciemnego zaułka. Skrzywiłam się lekko, bojąc się, czy to nie pułapka, ale postanowiłam mu zaufać i tak nie było już nic do stracenia. Kiedy oddalił się na bezpieczną odległość, podążyliśmy za nim. Trzymałam na wypadek rękę na sztylecie, ale wkrótce okazało się, że niepotrzebnie.

Droga nie trwała długo. Minęliśmy kilka zakrętów i wijących się dróg, aż w końcu dotarliśmy pod właściwy adres. Staliśmy przed sporą, drewnianą chatą. U góry przybity był metalowy szyld, który pokrywał rozsypany, błyszczący pyłek. Z zachwytem obserwowałam, jak układa się w napis “Pod Złotym Kogutem”.

- Dziękujemy ci bardzo! - powiedziałam, odwracając się w stronę łącznika, lecz zobaczyłam tylko puste miejsce, w którym przed chwilą stał. - Myślałam, że tam też nas wprowadzi - odparłam ze skruchą i przestrachem.

- Gotowa? - spytał z wahaniem Artur. On też nie wyglądał na zbyt pewnego. - Wchodzimy w jaskinię lwa, wyglądając jak dwa krwiste steki.

Zaśmiałam się na to trafne porównanie. Jednak po chwili przybrałam poważny wyraz twarzy. Od tego, jak to spotkanie się potoczy, będzie zależała nasza przyszłość. Vivienne, nie możesz tego schrzanić.

Artur pierwszy podążył w stronę drzwi, a ja szłam tuż za nim. Kiedy weszliśmy do karczmy, uderzyła nas fala przyjemnego ciepła i zapach alkoholu. Natomiast, co do wystroju wnętrza, nie należało ono do wytwornych. Farba schodziła z większości stołów, zostawiając brzydkie plamy. Na stołkach przy barze siedziały pijane mareritty, które przysypiały nad kuflami z piwem. W rogu pomieszczenia spali ludzie w obdartych ubraniach, co jakiś czas mamrotali coś pod nosem. Przy jednej z ław siedziało kilkoro podejrzanie wyglądających mężczyzn. Przyglądali się nam lubieżnym wzrokiem, przez który poczułam dreszcze strachu na plecach. To miejsce było straszne.

Artur podszedł do baru, przy którym stał szczupły mężczyzna, wycierając leniwie ręcznikiem szklankę.

- Em… Przepraszam - zaczął mój brat, patrząc przed siebie. - Przepraszam, czy mogę pomówić z właścicielem karczmy?

Mężczyzna za barem spojrzał na nas zmęczonym wzrokiem, po czym ponownie wrócił do pracy. Zignorował pytanie Artura, co wprawiło blondyna w zdenerwowanie.

- Pytałem, czy możesz łaskawie poprosić do nas Pana Magnusa, chcemy mu zadać kilka pytań - powiedział trochę twardszym tonem.

Dalej, nieprzerwanie czyścił szklankę, wzdychając cicho. Artur skrzywił się zezłoszczony, że mężczyzna nawet nie przejął się jego słowami. Czułam jak narasta we mnie poirytowanie. Nie będzie nam taki stawał na drodze do wolności.

- Słuchaj no! - warknęłam, pochylając się nad barem, a następnie chwytając go za poły koszuli. - Od tych alkoholowych oparów chyba ci się wzrok pogorszył, bo nie wiem czy widzisz tę cholerną czerwień. Przychodzimy z rozkazu hrabiego, a raczej nie muszę tłumaczyć, co się dzieje z tymi, którzy nie stosują się do jego zaleceń? - źrenice mężczyzny były rozszerzone w niemym strachu. Zbyt zszokowany moim nagłym wybuchem kiwnął jedynie głową. Potrząsnęłam nim ponownie, wbijając paznokcie w jego skórę. - W takim razie zaprowadź nas do właściciela tej karczmy albo…

- Albo co?

Melodyjny głos rozległ się tuż obok nas. Spojrzałam ze znużeniem w tamtą stronę, myśląc, że kolejna osoba postanowiła wtrącić swoje trzy grosze. Jednak zamknęłam usta tak szybko, jak je otworzyłam. Przed nami stała starsza kobieta o ciemnej karnacji. Miała gęste, falowane włosy w kolorze czekoladowego brązu, z kilkoma siwymi pasmami. Jej drobna postura, nie wzbudzała strachu, ale było w niej coś tak onieśmielającego, że cała moja odwaga i tupet prysły jak czar. Opierała się o framugę wejścia za bar, które było zasłonięte kotarą. Jej orzechowe oczy spoglądały na nas z łagodnością.

- Damie chyba nie przystoi takie zachowanie, nie uważasz? - powiedziała spokojnym głosem, patrząc na nas z… troską? - Niech zgadnę, przychodzicie od naszego generała?

- T-tak - wyjąkał cicho Artur. Nawet on uległ dziwnej mocy kobiety, a przecież postawił się nawet hrabiemu.

- W takim razie chodźcie za mną, ale wpierw puść już tego biedaka, moja droga.

Dopiero teraz zauważyłam, że dalej trzymam barmana za ramiona. Szybko go puściłam, a ten padł na krzesło, oddychając pospiesznie. Patrzył spanikowanym wzrokiem to na mnie to na Artura.

- Wybacz - burknęłam cicho.

- A zatem, zapraszam!

Kobieta oderwała się od framugi i zniknęła za zwisającym materiałem. Jak w transie ruszyliśmy za nią, nie wiedząc nawet dokąd nas prowadzi.

Weszliśmy do małego holu, oświetlonego niewielką żarówką. Po lewej stronie znajdowały się jasne drzwi, ozdobione żółtymi i czerwonymi ornamentami roślinnymi. Przed nami ciągnęły się drewniane schody, prowadzące na piętro wyżej, a także niżej.

Kobieta skręciła i przeszła do następnego pomieszczenia. Było znacznie większe od poprzedniego. Stało w nim zabytkowe pianino, które pomimo kilku oznak nadmiernego użytkowania, wyglądało na zadbane. Szatynka dotknęła instrumentu z czułością.

Na środku pomieszczenia znajdował się długi, masywny stół, przy którym siedział postawny mężczyzna. Jego cera nie była tak blada, jak u większości mieszkańców. Miał opaleniznę człowieka, który spędził dużo czasu na słońcu. Czarne oczy, o wyjątkowo kocim spojrzeniu, wpatrywały się w nas z ciekawością. Szare włosy, upięte w kucyk, opadały na jego barczyste ramiona. Wyprostowana, muskularna sylwetka wskazywała, że albo należał do wojska albo jest kupcem, który wozi statkiem towar na ląd Silvany i z powrotem. Dostrzegłam, że przed nim leży kilka dużych map geograficznych, więc coraz bardziej skłaniałam się ku drugiej opcji.

- Magnusie, ci państwo mówią, że przychodzą od naszego Aurelianka - kobieta usiadła obok mężczyzny, cały czas uśmiechając się melancholijnie.

- Ach tak Evelynn? - oparł głowę na szerokich dłoniach, a w jego oczach pojawił się błysk. - Czyli mam rozumieć, że w wyniku niefortunnych zdarzeń, zostaliście złapani i włączeni do Rubinowych Cieni?

- W wielkim skrócie - tak - odparł Artur swoim specjalnym, grzecznościowym tonem.

- Proszę, usiądźcie - wtrąciła Evelynn, wskazując nam na miejsca tuż naprzeciwko ich. - Może ci się wydawać kochanie, że są niegroźni, ale ta młoda dama o mało nie udusiła biednego Jacka - dodała, cicho chichocząc.

- Najmocniej przepraszam za to. Trochę mnie poniosło - odparłam, krzywiąc się na wspomnienie wystraszonej miny mężczyzny.

- Nie masz za co przepraszać. Jemu już od dawna potrzeba było takiej musztry. Nic się nie słucha - burknął Magnus. - Ale wracając do tematu. Muszę się dowiedzieć o was wszystkiego, jeżeli chcecie, abym mógł wam pomóc.

Przedstawiliśmy się i opowiedzieliśmy historię, jak nas złapano, czego od nas wymagają i ile przebywamy w zamku. Dodaliśmy też w jakich oddziałach jesteśmy.

- Tylko dwa miesiące? - zapytał ze zdziwieniem. - Aureliano musi coś w was widzieć, skoro tak szybko wam zaufał. No dobrze, ale dalej nie wiemy nic o waszej przeszłości.

- My państwa też nie znamy - skontrował błyskawicznie mój brat.

- Artur… - cicho go skarciłam. To oni nam robią łaskę i chcą nam pomóc, nie my im.

Magnus uśmiechnął się i lekko zmrużonymi oczami przyglądał się Arturowi.

- Skoro tak ci na tym zależy, to proszę bardzo. Nazywam się Magnus Mercant i jestem emerytowanym, nadwornym kupcem hrabiego. Większą część życia spędziłem na statku, ponieważ pośredniczyłem w transakcjach między wyspą a kontynentem. Obecnie moja rola ogranicza się jedynie do tymczasowych spotkań z Forklesem, na których służę radą w kwestiach gospodarczych - wszystko powiedział spokojnym głosem, nie odrywając wzorku od nas. - A i jestem czarodziejem - dodał, jakby od niechcenia.

Na te słowa, jak na rozkaz poderwaliśmy się z miejsca. Zarówno ja, jak i Artur, celowaliśmy teraz do Magnusa z broni. Wiedziałam, że coś tu nie gra, to wszystko było zbyt piękne, aby być prawdą. Zamiast wolności mieliśmy wpaść do kolejnej pułapki. Pewnie będzie chciał wykonać na nas jakieś ich chore eksperymenty, jak te co widziałam w Złotym Belwederze.

- Uspokójcie się dzieciaki, jestem po waszej stronie - powiedział, cicho się śmiejąc. - Nie ma co ulegać tak nagle emocjom. A zresztą, przecież wystarczy, że spojrzycie na moją ukochaną małżonkę.

Przeniosłam wzrok z niego, na siedzącą obok kobietę. Przyjrzałam się jej dokładniej, a kiedy wyczułam bijącą od niej energię, charakterystyczną tylko dla marerittów, odetchnęłam z ulgą. Żadne zaklęcie nie jest w stanie jej podrobić, a wyczuć ją może każdy z nas.

- Ale, dlaczego? - spytał cicho Artur. - Sądziłem, że czarodzieje nas nienawidzą…

- Bo tak jest - odparł ponuro Magnus. - Ale są też takie wyjątki jak ja. Magiem zostałem po to, aby móc dołączyć do załogi statku, dlatego najlepiej władam magią wody i powietrza. Jednak oprócz tego, w żaden sposób nie identyfikowałem się z ich społecznością. Mój ojciec był zagorzałym zwolennikiem ojca Forklesa, więc wielokrotnie widziałem zbrodnie i eksperymenty, których dokonywał na marerittach. Wtedy obiecałem sobie, że nigdy nie zostanę taki jak on.

- Macie moje świadectwo, że warto zaufać Magnusowi - dźwięczny głos Evelynn rozszedł się po pomieszczeniu. - Uratował mi życie, ryzykując swoim własnym, a na dodatek jest mi droższy niż ktokolwiek inny - urwała, spoglądając z miłością na męża, który uśmiechnął się do niej łagodnie. - Jeśli trzeba, to zrobię dla niego wszystko.

- Razem z Evelynn założyliśmy karczmę, aby stworzyć pewien rodzaj ostoi dla marerittów. To, co widzieliście wchodząc, to jedynie maskujące zaklęcie, mające zniechęcić nieproszonych gości. “Pod Złotym Kogutem”, to miejsce, w którym każdy z was może czuć się jak w domu, ale to tu także powstają spiski i zalążki haseł rewolucyjnych. Jesteśmy jedną, wielką rodziną, a to oznacza, że każdego kochamy jak własne dzieci - w jego oczach czaiła się determinacja, ale i doza smutku.

Byłam niesamowicie wzruszona siłą ich uczucia. Pomimo tylu niebezpieczeństw postanowili zbudować to miejsce, nie mówiąc już o ich zakazanym związku. Opuściłam bezwiednie rękę i schowałam rewolwer do kabury. Usiadłam ponownie naprzeciwko nich, a po chwili dołączył do mnie Artur, równie zszokowany jak ja.

- Od siedmiu lat szukamy takiego miejsca - szepnęłam, czując cisnące się do oczu łzy. - Proszę was, pomóżcie nam, chociaż nie wiem jak się za to odwdzięczymy…

- Wasza obecność tutaj nam wystarczy - odparła Evelynn, chwytając delikatnie moją dłoń. Uścisnęłam ją z wdzięcznym wyrazem twarzy.

- Czy teraz możecie zdać się na nas i bezgranicznie nam zaufać, bez zbędnych protestów?

- Oczywiście, róbcie co musicie, a my postaramy się jak najbardziej pomóc - powiedział Artur, a jego głos lekko zadrżał pod wpływem emocji.

- Czy możecie mi w takim razie, opowiedzieć coś więcej o sobie?

Spojrzałam na Artura, który podjął się przedstawienia naszej historii w sposób zrozumiały. Powiedział o wszystkim, że naszych rodziców zabili ludzie Forklesa, a my byliśmy zmuszeni uciekać z rodzinnej dzielnicy. Wyjaśnił także sprawę naszych umiejętności. Jednak o jednym szczególe nie wspomniał ani razu. O tym, że jedno z moich oczu jest białe i ma zabójczą, nieznaną nam moc.

Rzucałam mu ukradkowe spojrzenia, ciekawa czemu nie chciał o tym powiedzieć. Z jednej strony rozumiałam, bo wolałam, żeby to pozostało naszym sekretem, ale z drugiej może Magnus i Evelynn coś wiedzą na ten temat.

- To wszystko? - spytał kupiec, po tym jak mój brat zakończył opowieść. - No dobrze, to w takim razie pozostaje jeszcze kwestia tego, co was wiążę z Forklesem. W jaki sposób zostaliście zmuszeni do zostania Rubinami?

- Chciał doprowadzić do dobrowolnego podpisu, ale oczywiście nie zgodziliśmy się. Dlatego przysłał do nas kobietę, nawet nie wiem czy była marerittem, ale miała potężną moc, której na nas użyła. Przejęła kontrolę nad naszymi ciałami i za nas podpisała umowę... - Artur przerwał, ponieważ dostrzegł nerwowe spojrzenie, które wymieniło ze sobą małżeństwo. - Coś się stało?

- Czy to był podpis wykonany piórem? - zapytał niepewnie.

- Nie, użyła naszej krwi... - na te słowa Evelynn cicho westchnęła, a jej mąż bardziej się zasępił.

- Zrobiliście duży błąd dzieciaki - powiedział Magnus, kręcąc głową. - Trzeba było zgodzić się na początku, taką umowę byłoby bardzo łatwo złamać. Jednak pakt krwi… To coś naprawdę dużego. Żadne zaklęcie nie rozwiąże tu sprawy.

- Nie wiedzieliśmy - szepnęłam przerażona. - Musi być jakieś wyjście!

- Są dwa przypadki, w których złamanie umowy może się udać - wtrąciła nagle Evelynn, patrząc na nas ze spokojem. - Rozwiązać ją może jedynie ten, który ją stworzył, a więc sam hrabia. Podejrzewam jednak, że jest to najmniej pociągająca was opcja. Drugą jest poproszenie mareritta, władającego magią krwi, aby cofnął wiążącą was umowę.

- Magia krwi? To najpotężniejsza z wszystkich, w dodatku silnie związana z czarną, takich osób jest może z pięć i nie wiadomo, czy daliby radę - wtrącił z rezygnacją Artur.

- Już nasza w tym głowa, żeby go znaleźć. Chociaż tak się składa, że znam taką osobę i należy ona do naszego najbliższego grona, więc możecie być spokojni.

- Naprawdę?! - zawołałam, a nadzieja na odzyskanie wolności, ponownie mnie napełniła.

- Tylko nie wiem, czy nie będzie prosił o coś w zamian, to bardzo specyficzny mareritt.

- Oj, już go tak nie przedstawiaj - powiedziała Evelynn z uśmiechem na ustach. - Jestem pewna, że wam pomoże. Skontaktujemy się z nim w najbliższym czasie i zobaczymy, co powie. Przyjdźcie do nas za tydzień, to wtedy powiemy wam więcej.

Spojrzałam rozradowana na Artura, który próbował zachować swoją poważną, niewzruszoną minę. Jednak wiedziałam, że on także poczuł ulgę. Odwróciłam się ponownie w stronę małżeństwa i nie mogąc się powstrzymać, pochyliłam się i mocno ich przytuliłam.

- Dziękujemy - szepnęłam cicho, nie wiedząc jak wyrazić swoją wdzięczność.

- No, no już, bo się tu wszyscy zaraz rozczulimy i jak to będzie wyglądało - powiedział Magnus, wstając od stołu. Podał rękę Arturowi, którą mój brat uścisnął z zaciętym wyrazem twarzy. - A teraz chodźcie za mną, odprowadzimy was.

Pozytywna energia wypełniła mnie po same brzegi, że ruszyłam za nimi w podskokach. Artur cicho się jedynie zaśmiał i pokręcił głową. Evelynn została w pokoju, a wychodząc zauważyłam, że zasiadła do pianina.

Kiedy weszliśmy ponownie do tawerny, naszym oczom ukazał się całkowicie inny obraz. Zamiast ponurego i obskurnego wnętrza, powitały nas ciepłe kolory i jasność. Zniknęli pijani ludzie, a na ich miejsce pojawiły się roześmiane mareritty. Dalej na nas łypali groźnie, zapewne myśląc, że widzimy poprzednią iluzję. W ogromnym, ceglastym kominku, znajdującym się tuż obok baru, strzelało głośno, palące się drewno. Biło od niego przyjemnie ogrzewające ciepło. W tylnej części tawerny znajdowała się scena, na której siedział zgarbiony staruszek, pobrzękujący na niewielkiej mandolinie. Obok niego stały także inne instrumenty, ale dzisiaj był tam jedynym muzykiem. Przysłuchiwała mu się kobieta, siedząca przy stoliku z kartami, zapewne układająca pasjansa. Kiwała w rytm muzyki nogą, spoglądając w zamyśleniu na talię. Całe pomieszczenie wydawało się być oazą spokoju i przytulnego ciepła.

- Niesamowite - szepnęłam zachwycona.

- Mówiłem wam, że to zwykłe zaklęcia.

Przy barze dwie kobiety prowadziły ożywioną rozmowę. Cały czas asystował im barman, który dalej tak samo smętnie wyglądał. Kiedy mnie zobaczył, jego spanikowane oczy patrzyły to na mnie, to na Magnusa. Posłałam mu przepraszający uśmiech, a w myślach odnotowałam, żeby przy najbliższej okazji osobiście z nim wyjaśnić swoje zachowanie.

- Do zobaczenia za tydzień - powiedział Magnus na odchodne.

Jeszcze raz mu podziękowaliśmy, po czym wyszliśmy z powrotem na ponure i zimne ulice miasta. W ciągu sekundy zatęskniłam za ciepłem karczmy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie