Rozdział 14 Lekcja tańca

 Artur



Po powrocie do zamku, Vivienne ledwo mogła się uspokoić. Była tak podekscytowana, że chyba nawet nie przespała nocy. Zmartwiło mnie to, ponieważ bałem się, że jeżeli cały plan nie wyjdzie - ona się załamie. Dlatego starałem się ostudzić jej zapał, ale nic to nie dało. Jednak jej wesoły humor udzielił się i mnie, przez co częściej na mojej twarzy gościł szczery uśmiech.

Po tym, co usłyszeliśmy od Evelynn i Magnusa, wstąpił w nas rodzaj pewnej siły. Mieliśmy zdecydowanie więcej motywacji i chęci do robienia czegokolwiek. Nawet wymyślne zlecenia od hrabiego nie mogły nam popsuć humoru. Z niecierpliwością odliczaliśmy dni do następnego spotkania. Jednak, jak to zwykle bywa, za długo nie mogliśmy się cieszyć.

Zmierzałem do komnaty Forklesa, aby zdać mu raport z dziennego patrolu, gdy wtem drogę zastąpiła mi Adamanta. Nisko skłoniłem się matce hrabiego i wymamrotałem grzecznościową formułkę.

- Witaj Arturze - odrzekła swoim wyniosłym głosem, patrząc chłodno w moją stronę. - Czy mogłabym cię prosić o chwilę rozmowy w mojej komnacie?

Spojrzałem na nią zdziwiony. Nie przypominam sobie, żebym coś zrobił, co wywołałoby w niej jakieś negatywne emocje. Rzadko w ogóle zdarzała się okazja, która wymagałaby ode mnie jakiegokolwiek kontaktu z Adamantą.

- Oczywiście, Jaśnie Pani - odrzekłem niepewnie.

Kobieta uniosła kąciki ust w bezbarwnym uśmiechu, po czym chwyciła mnie pod ramię i ruszyliśmy w stronę jej pokoju. W głowie miałem kotłowaninę myśli. Próbowałem odgadnąć, co też może ona ode mnie chcieć. Jednak żaden pomysł nie wydawał się być sensowny. Postanowiłem cierpliwie poczekać, aż sama mi zdradzi powód swojej nagłej decyzji.

Weszliśmy do komnaty, która diametralnie różniła się od tej, należącej do Forklesa. Była zdecydowanie bardziej kolorowa i pełna przepychu. Wszędzie znajdowały się barwne ozdobniki, w postaci poduszek lub fikuśnych materiałów. Ściany były obwieszone obrazami, głównie hrabiego i jej męża. W rogu pokoju, tuż przy ogromnym łożu, stała zabytkowa toaletka. Adamanta przy niej zasiadła, wpatrując się w moje odbicie w lustrze. Zaczęła wyjmować różne flakoniki i buteleczki, zapewne będące częścią jej makijażu.

- Czy mogę wiedzieć, z jakich powodów wezwała mnie Szanowna Pani - zapytałem, starając się zignorować jej świdrujący wzrok.

- Wiem o twoich planach, które ty i twoja siostra knujecie - powiedziała spokojnym głosem. Uśmiechnęła się na widok mojego przerażonego wyrazu twarzy. - Od dawna wiem o Aureliano, że to on pomaga marerittom w ucieczkach. Dlatego wiem teraz i o was, ale w łatwy sposób mogę o tym “zapomnieć”.

Szok spowodowany jej słowami, sprawił, że nie mogłem się poruszyć. Jakim cudem się o tym dowiedziała? Ktoś nas wydał? Aureliano jest z nią w zmowie? Wszystko wydawało się być prawdopodobne, jak i niemożliwe. Jednak najważniejsze było to, żeby hrabia się o tym nie dowiedział.

- Co, nagle zabrakło ci ciętych słów? - odwróciła się w moją stronę, z lekko przekrzywioną głową. - Nie martw się Arturku, jeżeli zgodzisz się na mój jeden pomysł, to Forkles o niczym się nie dowie, a ja wam wręcz pomogę.

- Co to za podstęp - zapytałem zdławionym głosem, podejrzewając najgorsze.

- Och, czy to zawsze musi być pułapka? Ja jedynie pragnę twojego towarzystwa i tego byś nauczył mnie tańczyć.

- Słucham?

- Będziesz moim dżentelmenem do towarzystwa, taka męska przyzwoitka, rozumiesz.

Moja mina musiała być naprawdę komiczna, bo Adamanta zachichotała. Kobieta, która przy masie ludzi wrzeszczała na moją siostrę i podniosła na nią rękę, w tej chwili się ze mnie śmiała.

- Rozumiem, że mam być po prostu twoją zabawką przez jakiś okres i dzięki temu nikt się o ucieczce mojej i Vivienne nie dowie? - słowa wylewały się z mojego wnętrza, ale dalej nie wierzyłem w ich sens. To było zbyt śmieszne.

- Dokładnie kochanieńki - jej ton z chłodnego i twardego, zmienił się na słodki oraz opiekuńczy.

- A co jeżeli się nie zgodzę?

- Wtedy przejdę przez te drzwi, tuż obok biblioteczki, które prowadzą do komnaty mojego syna i powiem mu o waszych planach. Prawdopodobnie wtrąci was do lochu lub na miejscu odbierze życie.

Z tej sytuacji jest tylko jedno wyjście i ona dobrze o tym wie. Jednak nie mogłem doszukać się haczyku, w tym co mówiła. Po co miałaby mnie szantażować, czymś tak poważnym jak nasza ucieczka, żeby uzyskać zgodę na coś, co mogłaby załatwić zwykłym rozkazem.

- Wytłumacz mi, jaki masz w tym cel? - spytałem, dalej nie rozumiejąc niczego. - Jesteś wychowana na zamku, więc na pewno umiesz tańczyć, a przyzwoitek ci nie brakuje.

- Niech cię nie interesuje, co z tego będę miała. Powiedzmy, że zaintrygowałeś mnie - jej oczy na chwilę zabłysły dziwnym blaskiem. - Jeżeli tak mi nie ufasz, to możemy podpisać pakt…

- O nie! - zaprotestowałem wyraźnym i stanowczym głosem - Żadnych paktów!

- Hmm… W takim razie mogę ofiarować ci to na przechowanie.

Adamanta wręczyła mi sygnet, z ogromnym szafirem w środku. Spojrzałem na nią badawczo, zastanawiając się jak to ma mnie skłonić, aby jej zaufać.

- To prezent od jednego z moich kochanków. Jeżeli powiem Forklesowi o waszej ucieczce, ty pokaż mu ten pierścień. Wtedy i ja dołączę do was w lochach.

- Wystarczy tylko tyle?

- Nie znasz hrabiego, tak jak ja znam...

Coś w jej nostalgicznym oraz łagodnym tonie głosu sprawiło, że poczułem się zaciekawiony ich relacją. Sądziłem, że matka jedynie wysługuje się synem, do własnych okropnych celów. Jednak, po co by miała mnie wtedy szantażować? Tu nie chodzi tylko o zwykłe lekcje, a o prywatną zemstę, tylko na kim?

- Arturze, nad czym tu się zastanawiać. Nie masz wyjścia i tak - powiedziała leniwym głosem, przeciągając się jak kot.

- Ile razy mam przychodzić i na jak długo?

- Codziennie, przynajmniej na niedługi spacer po ogrodach, a na lekcje będę cię wzywać.

Niby nie wymaga ode mnie za wiele. Jednak oglądanie jej codziennie, a w dodatku uczenie, wiedząc co zrobiła mojej siostrze, to będzie męka. Nie mam innego wyjścia, jeżeli nie chcę by nas wydała.

- Dobrze, zgodzę się, ale pod jednym warunkiem.

- Śmiesz stawiać mi jeszcze warunki?! - krzyknęła, podnosząc się gwałtownie. Jej twarz wykrzywił ten sam wściekły grymas, co wtedy w sali tronowej. Czekałem na cios, jednak po chwili kobieta opadła znów na krzesło i się miło uśmiechnęła. - Jaki warunek, mój drogi?

- Przeprosisz moją siostrę.

- Słucham? - pisnęła cicho, starając się ponownie nie skrzywić. - Rozumiem, że mam ją przeprosić za to poturbowanie na sali tronowej?

- Dokładnie, Jaśnie Pani - skłoniłem się z udawaną grzecznością.

- Pierwsze nasze spotkanie, a ty już doprowadziłeś mnie na skraj mojej cierpliwości. Będziesz ciężkim przypadkiem Arturku - Adamanta westchnęła dramatycznie. Odwróciła się do lustra i zaczęła upinać włosy ozdobnymi szpilkami. - Zgoda, przeproszę ją, ale w zamian za to zaczniemy nasze lekcje już dzisiaj.

- Zgoda.

Podszedłem do niej, a kiedy skończyła się oporządzać, podała mi rękę. Jej dłoń była zimna, blada oraz tak delikatna. Myślałem, że zaraz się rozpadnie. Wtem jej uścisk się zwiększył, przez co zaczęły mi drętwieć palce. Patrzyłem zszokowany, tym nagłym napływem siły, lecz ona jedynie złowieszczo się uśmiechnęła.

- Tylko żadnego kombinowania, jakby tu uniknąć naszych spotkań. Ja nie jestem tak ślepa jak Forkles - warknęła w moją stronę.

Pokiwałem głową na znak, że ją rozumiem. Wtedy wreszcie puściła moją rękę, którą z sykiem rozmasowałem. Przyglądałem się jej, jak podchodzi do niewielkiej skrzyni, stuka w nią kilka razy, a z jej palców spływa chmura magii i otacza mebel. Po chwili w pokoju rozbrzmiała cicha muzyka, z dźwiękami delikatnie odbijającymi się od ściany komnaty. Wpatrywałem się w to magiczne urządzenie z zaciekawieniem. Zawsze słyszałem utwory na żywo, ale nigdy nie spodziewałem się, że można je nagrać i zachować na później.

Adamanta z rozbawieniem obserwowała moją dziecięcą fascynację nową zabawką. Sunącym krokiem podeszła, po czym położyła jedną dłoń na moim ramieniu. Ja zaś chwyciłem ją w talii i z dozą rezerwy złączyłem nasze ręce. Kobieta przysunęła się bliżej, odurzając mnie swoimi mocnymi perfumami. Pachniała tak, jakby wykąpała się we wszystkich zapachach świata.

- Skąd wiedziałaś, że umiem tańczyć? - zapytałem, wykonując pierwszy krok walca.

- Plotki, mój drogi, to moja umiejętność. Ptaszyny uwielbiają śpiewać o różnych osobistościach Miasta Cieni. Zresztą, tak się składa, że i ty lubujesz się w arystokrackich balach. Czyż nie mówię prawdy? - jej kocie spojrzenie świdrowało mnie na wylot. Próbowałem zachować kamienną twarz, ale coś musiało mnie zdradzić, bo kobieta zachichotała.

- Coś nie tak, Pani?

- Nic, tylko chciałam powiedzieć, że doskonale prowadzisz i tańczysz, ale walca znam na pamięć. Ja chcę, żebyś nauczył mnie czegoś nowego i może… kontrowersyjnego - zmrużyła oczy, przysuwając się jeszcze bliżej, a ja poczułem jak żołądek podsuwa mi się do gardła. Te spotkania będą mi się śniły po nocach jako koszmary. W końcu mogła być moją matką, a traktuje mnie jak hipotetyczny obiekt miłosny.

- Co znaczy, coś-coś kontrowersyjnego?

Od kiedy ja się jąkam? Opanuj się Arturze, ta kobieta jest groźniejsza od samej żmii, ale to nie oznacza, że masz się zniżać do takiego poziomu. Masz dwadzieścia lat, a nie dwanaście!

Zrobiłem obrót, próbując zatuszować swój nagły kryzys, lecz ten jej nieschodzący z twarzy diabelski uśmiech, mówił sam za siebie. Suknia zaszeleściła, jak liście porwane na wietrze.

- No wiesz, coś innego niż te nudne walce i polonezy. To wszystko, masz rację, umiem. Jednak wiem, że tam u was są też inne tańce. O wiele ciekawsze i oszałamiające.

- Ale, dlaczego?

- Bo nie lubię nudy, Arturku - odparła, przejeżdżając po moim policzku rękawem sukni. - Chcę czuć, że żyję! Znów poczuć się młoda, piękna i szalona.

- Jest taki jeden taniec, który uważam za bardzo ciekawy. Nauczyła mnie go pewna czarodziejka, która pochodziła z miasta, leżącego w głębi kontynentu. Jednak nie należy on do najłatwiejszych i na pewno nie należy do-do odpowiednich...

Znowu to samo! Ta czarownica musiała na mnie jakiś urok rzucić, bo to aż niespotykane. Przecież jestem duszą towarzystwa, królem zabaw i charyzmy. To zawsze ja wywołuję takie wrażenie, że ludziom miękną nogi, a nie na odwrót!

- W takim razie mnie go naucz! - zawołała rozradowana.

- Ale to nie jest taniec, który można tańczyć na bankietach hrabiego, więc po co?

- Bo ja tak powiedziałam.

Patrzyła na mnie z zaciętym wyrazem twarzy, a w jej oczach był tylko upór. Wpadłem w bagno i nic mnie z niego nie wyciągnie. W dodatku już widzę, jak Vivienne będzie dusiła się ze śmiechu, kiedy usłyszy o całej historii. Powinienem dostać medal za poświęcenie.

- Czy mógłbym prosić o jakiś spokojniejszy, ale mocny utwór? Najlepiej coś Barliego, jeżeli jest taka możliwość - powiedziałem, zatrzymując się. Kobieta machnęła ręką i ze skrzyni zaczęły dobiegać teraz ciche, melancholijne dźwięki. - Dziękuję bardzo. Proszę teraz, żeby Jaśnie Pani stanęła prosto, ręce niech zwisają po bokach. Właśnie tak i teraz zamykamy oczy. Pierwszym etapem do zrozumienia w ogóle jakiegokolwiek tańca, jest poczucie muzyki. Jej najdrobniejszych szczegółów, cichych, niezauważalnych tonów. Dać dźwiękom przepłynąć przez nasz organizm, zgrać się z nimi.

Adamanta stała, lekko bujając się na boki, z błogim uśmiechem na twarzy. Jej włosy delikatnie falowały, jakby też wczuwały się w takt muzyki. Po chwili zaczęła wykonywać powolne ruchy rękami. Wyglądała, jak ptak lecący wśród chmur. Następnie dołączyły do tego nogi, aż w końcu robiła obroty. Kręciła się szybciej i coraz szybciej, przez co kontury jej figury zlały się w jedną plamę.

W pewnym momencie zbyt duża prędkość sprawiła, że potknęła się o własną stopę. Miała już upaść, ale w porę ją chwyciłem, przez co uniknęła bliskiego spotkania z podłogą.

- Arturku, jakiż z ciebie romantyk - zaśmiała się perliście.

Stłumiłem w sobie grymas obrzydzenia i jedynie cicho westchnąłem. Podniosłem Adamantę i posadziłem na wzorzystej kanapie. Podałem także karafkę z wodą, bo pewnie musiało jej się teraz bardzo kręcić w głowie.

- Może wezwać medyka? - spytałem, opierając się o komodę naprzeciwko.

- Och, nie trzeba! - kobieta położyła się na kanapie, zrzuciwszy błyszczące trzewiki. - To było takie oszałamiające uczucie! Czułam się, jakbym leciała przez świat wraz z tymi pięknymi nutami. Tego mi właśnie było trzeba. Dziękuję.

Próbowałem doszukać się w jej słowach ironii lub jakiegoś prześmiewczego tonu. Jednak wydawało się, że mówi prawdę. Może i ma wszystko, o czym marzy każdy biedniejszy mieszkaniec Miasta Cieni, ale jednego jej brakuje - radości z życia. Zdałem sobie sprawę, że mam przed oczami przykry obraz tego, jak wygląda despotyczna władza. Adamanta otaczała się fałszywą arystokracją, a synem wysługiwała się jak pionkiem. Nie było mi jej szkoda, bo to co zrobiła wtedy na sali tronowej, nigdy nie będzie jej przeze mnie wybaczone. Natomiast w całej osobie, zachowaniach i sposobu mówienia, był pewien obraz żałości. Pragnęła być najlepsza, zwiewna i natchniona, ale nic nie zmieni jej kamiennego serca.

- Myślę, że na dzisiaj starczy tej nauki.

- Mhm… - burknęła Adamanta.

Miała zamknięte oczy, a jej pierś delikatnie się unosiła i opadała w spokojnym oddechu. Usta lekko rozchylone, przywodziły na myśl śpiące dziecko, które zmęczone po całym dniu zabaw, opadło z sił i zasnęło. Gdyby ktoś ją teraz zobaczył, nie uwierzyłby, że to ta sama okrutna matka hrabiego. Była taka bezbronna w tym momencie.

Potrząsnąłem głową, aby odpędzić myśli o błysku sztyletu na jej bladej szyi. Jeszcze kiedyś będzie okazja, a na razie muszę się pilnować. Jesteśmy z Viv tak blisko ucieczki, że nic nie może się teraz stać. Zresztą może w jakiś sposób jeszcze nam się przyda.

Opuściłem po cichu komnatę Adamanty i udałem się stronę mojego pokoju. Teraz tylko wytrzymać przytyki Vivienne, a będzie ich nieskończenie wiele.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie