Rozdział 15 Samotny dom

 Vivienne



- Poczekaj, poczekaj - powiedziałam, chwytając brata za ramię. - Chcesz mi powiedzieć, że jesteś przyzwoitką Adamanty, bo ta groziła ci, że nas wyda Forklesowi?

- Tak - burknął, krzyżując ramiona i patrząc na mnie karcąco.

Próbowałam stłumić śmiech, ale jego zdruzgotany wyraz twarzy, sprawił, że wybuchłam. Nie mogłam się powstrzymać, aż łzy zaczęły mi lecieć z oczu. Artur warknął coś w moją stronę, a ja dalej nie mogłam przestać.

- To najzabawniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałam! - odparłam, ocierając mokre policzki. - Mój dumny, zarozumiały brat czyjąś zabaweczką, haha przepraszam, naprawdę.

Kolejna salwa śmiechu przerwała moją wypowiedź. Odetchnęłam głęboko, starając się uspokoić. Jednak cały czas w głowie wyobrażałam sobie, jak musieli razem wyglądać i wtedy moja głupawka wracała.

- Uratowałem nam tyłki, a ty jeszcze się ze mnie śmiejesz!

- Wybacz “Arturku”, ale przyznaj, że nie możesz mnie winić za taką reakcję.

- Mogę i będę! To ja się muszę z nią męczyć, w dodatku nie mogę nic jej zrobić, a z miłą chęcią odwdzięczyłbym się za to, co ci zrobiła.

- Jesteś najlepszym bratem, jakiego mogłam sobie wymarzyć, ale pamiętaj, że ja też umiem się sobą zająć - powiedziałam, dając mu kuksańca w bok. - Oj, no nie obrażaj się. Jestem ci naprawdę wdzięczna!

- Mhm, jasne - żachnął się, po czym usiadł przy stole cały naburmuszony.

- Mówię serio! Czasem muszę się po prostu z ciebie pośmiać.

Wpatrywałam się w brata wzrokiem niewiniątka, czekając aż zwróci na mnie uwagę. Miałam już czymś w niego rzucić, żeby się przestał tylko dąsać, ale do pokoju wpadł nagle znany już nam dobrze rudzielec - Ronan Fellroth. Należał do oddziału Artura, co zawsze niezmiernie mnie bawiło, zważając na to, że każdego dnia awanturnik musiał być mu posłuszny. Pewnie przypominał sobie smak swojej porażki.

- Artur, hrabia wydał rozkaz żebyście razem z Vivienne wzięli kilka osób i sprawdzili jedno miejsce. Podobno to kryjówka jakiejś ważnej szajki marerittów. Tylko szybko to zróbcie.

- Pragnę ci przypomnieć, kto tu jest szefem i kto decyduje, o której i kiedy pójdę coś zrobić- odpowiedział słodkim tonem mój brat.

- Przestań chrzanić i się po prostu rusz - warknął Ronan, wychodząc na korytarz.

- Ktoś tu wstał lewą nogą… - szepnęłam, chichocząc.

- Przynajmniej razem nas wysyłają - Artur już stał i przypinał pas z bronią. Sprawdził czy pistolety są nabite, a na koniec wsadził do kieszeni swoje specjalne okulary.

- Mam nadzieję, że to nic poważnego. Nie mam siły na kolejny konflikt - westchnęłam, przeczesując szczotką włosy, po czym założyłam karmazynową pelerynę.

- Dotrzemy na miejsce, to się okaże. Chodźmy już, bo Ronanowi żyłka pęknie.

Wyszliśmy z komnaty i każde skierowało się w swoją stronę. Przeszłam po komnatach osób, które były mi najbardziej potrzebne. Uzbierałam grupę trzech marerittów i dwóch ludzi, na szczęście nie musiałam brać tych, co najbardziej narzekają i przeszkadzają. Poszliśmy do stajni, gdzie czekał na nas oddział Artura, również składający się z tylu samych osób. Po przeliczeniu się i ustaleniu pozycji, ruszyliśmy do wyznaczonego punktu.

Ronan przekazał nam, że chodziło o budynek, znajdujący się w Zachodniej dzielnicy. Podobno jest opuszczony od dawna, ale ostatnio ludzie zauważyli, że ktoś w nim urzęduje. Docierały także stamtąd niepokojące dźwięki, a niektórzy zarzekali się, że widzieli tam demona.

- Wygląda na to, że mamy jednak grubą sprawę - powiedziałam do brata, kiedy jechaliśmy na przodzie, tak że nikt nas nie słyszał. - Nie będzie ciekawie, jeżeli natkniemy się na przebudzonego mareritta.

- Teraz może go nie być. Pewnie przychodzi tam z rana lub wieczora. Bądźmy dobrej myśli.

Jego słowa nie wlały we mnie zbytniego optymizmu. Bałam się dnia, w którym przyjdzie nam zmierzyć się z demonem. Są podobno bardzo silne, zwłaszcza u ognistych marerittów. W razie czego potrzebne będzie wsparcie z zamku.

Do przebudzenia dochodzi w kilku przypadkach. Najczęstszym jest posiadanie w sobie demona, tak silnego, że przejmuje w pewnym momencie władze nad ciałem mareritta. Taki osobnik przechodzi metamorfozę, najczęściej wyrastają mu rogi, ogon lub inne niespotykane rzeczy. Podobno zdarzają się przypadki, w których udaje się zawrzeć pakt z demonem, dzięki czemu jest on bardziej posłuszny. Jednak ich cena jest zbyt wysoka, dla niektórych z nas, dlatego często przebudzenia kończą się śmiercią. Moc jest tak ogromna, że od środka rozrywa ciało nieszczęśnika. Jednych katusze trwają kilka sekund, innych natomiast nawet lata.

Innym sposobem jest samoczynne wywołanie demona. To najczęściej występuje u tych, co zawarli pakty. Wtedy mareritt kontroluje swoje spotęgowane moce, dzięki czemu nie umiera, ale jego kontrola i tak nie jest stuprocentowa. Zdarzają się chwilę zaćmienia, w których może dojść do poważnych w skutkach zdarzeń. Ta forma była znana jedynie u marerittów władających ogromną mocą.

Najmniej znanym i spotykanym przypadkiem jest ten, który dotyczy mrocznych marerittów. Uznawani są za potomków dzieci Amonory, jednak odkąd zaraza wycięła prawie całą ich populację, ich odsetek jest minimalny. Wyjątkową rzadkością jest, żeby też w rodzinie zwykłych marerittów pojawił się nagle mroczny. Często te osobniki nie dożywały nawet nastoletnich lat, ponieważ w ich wnętrzu drzemały potężne demony. Przebudzenia dochodzą u nich we wczesnych latach, więc ciało dziecka nie jest w stanie go wytrzymać. Dlatego ponosiły szybką i bolesną śmierć. Nigdy nie spotkałam takiego mareritta i raczej żadnego nie ma w Mieście Cieni.

Pytanie tylko, z jakim będziemy mieli do czynienia. Jeżeli z tym pierwszym, to możemy darować sobie przemówienia, bo demon raczej nas nie wysłucha. Przy drugim już można negocjować, bo taki mareritt jest zdolny do samodzielnego myślenia, nawet pod wpływem mrocznej magii. Wiem, że ostatnia opcja jest mało prawdopodobna, ale i tak poczułam niepokój.

- Jesteśmy na miejscu - usłyszałam cichy głos brata.

- Może warto by było posłać kogoś do zamku, żeby dali nam wsparcie? - spytałam, nie do końca pewna, czy taką garstką damy radę.

- Hrabia na marne nikogo tu nie pośle, jeżeli nie będziemy pewni, czy rzeczywiście siedzi tu przebudzony mareritt, ale zawsze można mu naściemniać, prawda? - odparł Artur, po czym machnął ręką na jednego z ludzi i przekazał mu wiadomość dla Forklesa.

Zsiedliśmy wszyscy z koni, których miały przypilnować dwie osoby. Resztę rozstawiliśmy po każdej stronie domu, tak byśmy mieli dobry obraz całego mieszkania. Zadaniem moim i Artura miało być zbadanie wnętrza opuszczonej rudery. Ustaliliśmy, że gdyby coś było nie tak, mamy dać znak do otworzenia ognia.

Dotknęłam pasa zawieszonego na biodrze, aby sprawdzić czy na pewno mam swoje sztylety. Kiedy już dostatecznie się upewniłam, skinęłam bratu głową, że jestem gotowa. Artur wziął głęboki oddech i zaczął zmierzać w stronę wejścia. Szłam za nim, starając się nie wydać żadnego dźwięku, bo być może mareritt był w środku.

Drzwi pozostawiono uchylone, co mogło wskazywać na to, że nikogo w środku nie ma. Wzięłam do ręki rewolwer, odciągnęłam kurek i położyłam rękę na spuście, tak by w razie wypadku oddać szybki strzał. Naboje pokryte szafirem raczej nic nie dadzą przeciwko przebudzonemu, ale chociaż go oszołomią, co pozwoli nam na danie znaku naszym żołnierzom.

Artur spojrzał na mnie ze skupionym wyrazem twarzy. Pokazał mi trzy palce, mające oznaczać, że na trzy wchodzimy. Przełknęłam cicho ślinę, obserwując jak zgina jeden po drugim, aż w końcu nadeszła właściwa pora. Wpadliśmy z hukiem, mierząc dookoła siebie i obserwując całe otoczenie. Szukałam najmniejszego ruchu, oznajmiającego, że ktoś tu jest. Jednak w całym domu panowała głucha, przerażająca cisza. Wydawało się, że nikogo nie ma, ale na wypadek dalej trzymaliśmy broń w górze.

Artur poszedł do kolejnego pokoju, a ja przyjrzałam się rzeczom, leżącym na podłodze. Były tu przeróżne zapiski, lecz pismo było bardzo nieczytelne, w dodatku w innym języku. Kucnęłam przy kominku i zajrzałam do środka. Popiół dymił i wciąż czuć było od niego ciepło, zatem ktoś tu niedawno siedział. Czy może nadal jest?

Po drodze do Artura, przejrzałam jeszcze książki na biurku. Były tam głównie encyklopedie i literatura dotycząca wiadomości o czarnej magii. Ktoś wyjątkowo był zainteresowany mrocznymi marerittami, co mnie zaniepokoiło.

Nagle usłyszałam trzask, dochodzący z pomieszczenia, gdzie poszedł mój brat. Ruszyłam pędem i wycelowałam w źródło hałasu. Przede mną stał Artur z podniesionymi rękoma i przepraszającą miną.

- Zrzuciłem wazon, wybacz - szepnął cicho, a ja zmierzyłam go wściekłym wzrokiem.

W tym miejscu panował jeszcze większy bałagan. Widocznie ten pokój był rzadziej używany od tamtego. Wszystko pokryte było grubą warstwą kurzu i pajęczyn. Nie znajdując niczego ciekawego, wyszliśmy do głównego pomieszczenia. Do sprawdzenia zostało nam jeszcze górne piętro.

Kiedy wspinaliśmy się powoli po starych, zbutwiałych schodach, usłyszeliśmy krzyk na zewnątrz i huk wystrzału z broni. Spojrzałam wystraszona na Artura, który w myślach przekazał mi, że pójdzie sprawdzić, co się dzieje. Odprowadziłam go zatroskanym wzrokiem, ale wiedziałam, że sobie poradzi. Ja miałam do dokończenia oględziny domu. Wspięłam się wreszcie na górne piętro, które okazało się być jednym, wielkim pomieszczeniem.

Pełno było w nim kurzu oraz różnych staroci. Po podłodze przebiegło kilka szczurów, które nabawiły mi niezłego strachu. Stłumiłam chęć zakasłania, ponieważ drobiny pyłu drażniły moje płuca. Nic nie wyglądało na podejrzane lub warte uwagi. Wszystko było stare i zniszczone. Jednak coś w tym pomieszczeniu nie dawało mi spokoju. Miałam dziwne wrażenie, jakby ktoś mnie obserwował. Chciałam już zajrzeć za ciężką kotarę, kiedy usłyszałam hałas na dole. Ktoś wpadł do domu i wbiegał po schodach, ciężko stąpając.

Odwróciłam się gwałtownie w tę stronę, myśląc, że to napastnik. Po chwili ujrzałam znajomą, rudą głowę.

- Na bogów, Ronan, ale mnie wystraszyłeś - powiedziałam, opuszczając broń.

- Uciekaj Vivienne, ich jest tu... - nie zdążył dokończyć, ponieważ coś świsnęło koło mnie i po chwili mężczyzna padł na ziemię, z wbitym kolcem tuż nad sercem.

Przerażona spojrzałam w stronę, z której poszedł strzał i ujrzałam postawnego mężczyznę. Miał na sobie maskę lwa, a w obu dłoniach dzierżył błyszczące rewolwery. Jego umięśniona sylwetka, sugerowała, że musi być bardzo silny, czego nawet nie próbowałam kwestionować. Ciemne włosy upięte były z tyłu głowy w kucyka.

Stałam zmrożona jego nagłym pojawieniem się, co chwilę spoglądając w stronę Ronana. Rudowłosy nie ruszał się, a pod jego ciałem wykwitła gęsta, czerwona plama. Jemu już raczej nie pomogę.

- Kim jesteś? - udało mi się wreszcie wykrztusić. Starałam się skupić całą jego uwagę na sobie, a w tym samym czasie moje niewidzialne nici magii płynęły do miejsca, gdzie stała wysoka butelka.

- Nikim, kto powinien cię obchodzić - odezwał się niskim, donośnym głosem. - Weszłaś na mój teren, a to oznacza, że mogę cię, bez wyrzutów sumienia zlikwidować.

Lew położył palce na spustach, szykując się do ich naciśnięcia. Poczułam, że to ostatnia szansa albo zostanę podziurawiona jak ser. Wykonałam za plecami, szarpiący ruch ręką i szklana butelka w rogu pokoju upadła z hukiem. Mężczyzna odwrócił się w jej stronę i wystrzelił z rewolwerów. Wykorzystałam tę chwilę do ucieczki z pokoju. Rzuciłam się pędem do drzwi, lecz po chwili usłyszałam wściekłe warknięcie za sobą. Huk strzału znów się rozległ, ale w porę zdążyłam uniknąć pocisków, wybiegając na schody. Po drodze o mało nie wywróciłam się na chybotliwych stopniach, jednak szybko wkrótce znalazłam się z powrotem w głównym pomieszczeniu.

Mareritt biegł tuż za mną, gdy nagle jego noga zapadła się na jednym schodku. Mężczyzna zaklął siarczyście, próbując ją wyjąć. Wysłałam wiązkę magii, w stronę sufitu tuż nad jego głową. Strop się zatrząsł i po chwili runął na niego, grzebiąc go pod warstwą gruzu. Pobiegłam w stronę drzwi wyjściowych, modląc się w duchu, żeby Artur był bezpieczny.

Kiedy wyszłam z domu, zastał mnie dziwny, przerażający spokój. Nie było żadnej walki, ani strzałów. Tylko głucha cisza, którą przecinało krakanie ptaka. Rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiejkolwiek znajomej twarzy, lecz nikogo nie dostrzegłam. Dopiero, gdy wyszłam za furtkę, zrozumiałam dlaczego nic nie słyszałam.

Przede mną, na placu, leżały ciała, przypominające płatki czerwonych róż. Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że to wszystko nasi ludzie. Żaden się nie poruszał, więc rzuciłam się w ich stronę, żeby sprawdzić, czy może choć kilka osób przeżyło. Z paniką w oczach odwracałam ciała, patrząc czy wśród nich nie leży mój brat. Jednak Artura nigdzie nie było, a z każdym kolejnym traciłam nadzieję, że ktoś wyszedł cało z tej masakry.

- Vivienne…. - usłyszałam, jak czyjś słaby głos mnie woła.

Natychmiast odwróciłam się w stronę, z której dochodził odgłos. Okazało się, że należał on do Aurory - jedynej osoby, będącej człowiekiem, której ufałam. Dziewczyna siedziała oparta o mur, a jej koszula była całkowicie przesiąknięta krwią.

- Gdzie cię trafili? - spytałam, podchodząc do niej z zamiarem opatrzenia ran.

- Nie… zostaw i tak nic nie zrobisz - mówiła cichym, zmęczonym głosem. - Posłuchaj mnie, musisz uciekać, oni są dla nas za silni. Nie dacie rady…

- Kto, Auroro? Kto tu jeszcze jest do cholery?! - potrząsnęłam nią lekko, bo widziałam, że powoli usypia. Przyłożyłam rękę do jej ciała, wysyłając wiązkę magii, aby choć na chwilę uśmierzyć ból.

- Oni… Nie wiem, chyba ich trzech jest… Artur pobiegł za jakąś kobietą, ale co z resztą… Nie mam pojęcia… - ciężko oddychała, a wypowiadanie słów musiało ją kosztować wiele sił. - Nie dasz rady… Viv, wszyscy nie żyją… Ratuj się póki-

Nagle przerwała, a jej oczy rozszerzyły się i zasnuły mgłą. Usta rozwarła w niemym przerażeniu. Zrobiła się bardzo blada.

- Auroro? Słyszysz mnie? - szturchnęłam ją lekko, na co dziewczyna znów odzyskała przytomność i spojrzała na mnie błagalnie.

- Vivienne... - jej głos był przesiąknięty strachem. - Nie zostawiaj mnie, proszę. On po mnie przyjdzie, błagam…

- O czym ty mówisz? - spytałam przerażona jej dziwnym zachowaniem.

- Bogowie, miejcie mnie w opiece - szeptała, łamiącym się głosem. - Przepraszam za wszystko, nie chciałam… Zmusili mnie, uwierz mi! - wydawało się, że mówi do jakiejś trzeciej osoby, ale nikogo w pobliżu nie widziałam.

- Auroro, uspokój się, jestem z tobą - powiedziałam łagodnym tonem.

- Uciekaj i nigdy tu nie wracaj Vivienne - jej oczy na chwilę wróciły do normalności, by za chwilę znów zajść mgłą. - On… on tu jest… Nie, proszę nie! - jęczała żałośnie, po czym chwyciła mnie za rękę, miażdżąc ją w uścisku. Byłam przerażona i nie wiedziałam jak mam pomóc, ale nie mogłam jej też tu zostawić.

- Chodź, zabiorę cię stąd - powiedziałam, podnosząc się, lecz on nie chciała mnie puścić.

- Widzę go! Bogowie… to mro-

Nie dane jej było dokończyć zdania. W jednej chwili twarz Aurory zbladła, oczy były tak duże, że cudem jeszcze nie pękły. Zaczęła się krztusić krwią, po czym jej pierś rozdarł straszliwy krzyk. Trwało to sekundę, ale dla mnie była to wieczność. Patrzyłam sparaliżowana, jak jej bezwładna głowa opada, tak samo jak ręką, którą mnie trzymała. Z ust pociekła czarna ciecz, nie przypominająca w żaden sposób krwi.

- Co to było? - szepnęłam z trwogą. Nigdy czegoś takiego nie widziałam, nie wyczułam żadnego zaklęcia, ani klątwy. Tak jakby coś przez nią przemawiało...

Przymknęłam jej powieki, patrząc ze smutkiem na jej szczupłe ciało. Była młoda, nie powinna tak skończyć. Zacisnęłam ręce w bezsilnej wściekłości. Teraz najważniejszą rzeczą było odnalezienie Artura, a potem musimy się wynosić. Nie wiem, czyja to kryjówka, ale to nie są zwykłe mareritty. Kupiłam sobie trochę czasu, gdy zrzuciłam na tego w masce lwa sufit, ale rozmowa z Aurorą zajęła mi zbyt dużo czasu. Możliwe, że już zdążył się ocucić i teraz będzie milion razy bardziej wściekły.

Podniosłam się i otrzepałam strój z pyłu, po czym miałam już zmierzać w stronę słupa, do którego przywiązaliśmy konie, kiedy za sobą usłyszałam zimny, spokojny głos:

- Ludzie uwielbiają gadać, dlatego też najszybciej giną.

Zatrzymałam się sparaliżowana. To nie był głos tego, którego spotkała w domu, więc Aurora miała rację, że jest ich trzech. Szybko chwyciłam sztylet i chowając go pod peleryną, powoli odwróciłam się w stronę napastnika. Stał w bliskiej odległości ode mnie, nonszalancko opierając się na hebanowej lasce. Ten też miał maskę, ale nie lwa, tylko kruka. Ostry jak szpilka dziób, lśnił na słońcu, niczym srebrna głownia miecza. Moją uwagę przykuły jego błyszczące, szmaragdowe oczy. Jedno z nich było spowite szarą mgłą, przyćmiewając zielony połysk. Świdrował mnie, mrożącym krew w żyłach wzrokiem. Jego eleganckie ubranie nosiło ślady krwi, szpecąc cały wizerunek.

- Rubinka zaniemówiła? Coś podobnego... - miał dziwnie usypiający głos, który jednocześnie przenikał całe ciało na wskroś.

- Kim wy wszyscy jesteście? - warknęłam, czując przypływ energii. Może Artur postanowi wrócić, to razem damy mu radę.

- Nic nieznaczącymi marerittami, tak jak zresztą większość w Mieście Cieni.

- To wasza kryjówka? Ludzie zgłaszali, że dzieją się tu dziwne rzeczy. Wystarczy, że mi odpowiesz, a puszczę cię wolno - powiedziałam chłodno, chociaż na końcu głos lekko mi zadrżał. Czułam bijącą od niego moc, więc wiedziałam, że nie mam z nim żadnych szans.

Mężczyzna wyprostował się i przymrużył oczy. Zza maski doszedł mnie stłumiony śmiech.

- Myślisz, że ktoś taki jak ty, ma tu cokolwiek do gadania? - warknął, zaciskając dłonie, na których znajdowały się przylegające rękawiczki. - Jesteś zbyt pewna siebie, ale nawet jakbyś nie była i tak czeka cię ten sam koniec.

Mareritt zakręcił w powietrzu laską i stuknął nią o ziemię, a po chwili z jej gałki wysunęły się małe ostrza. Wycelował nią w moją stronę, czekając aż wykonam jakiś ruch. Nie byłam w stanie wyczuć jego aury, więc nie znałam jego zdolności, ani nawet typu. Musiał używać silnych zaklęć ochronnych. Jednak wydało mi się to dziwne, bo z reguły nawet u przebudzonych czułam, że nimi są. Natomiast od niego nie wychodziła ani aura ludzka, ani mareritta.

Skoro używa laski jako broni, to będzie starał się zbliżyć do mnie. Mogę to wykorzystać i wpierw zaatakować, rzucając sztyletami lub wypalając z broni. Pierwsza opcja była lepsza, zważając na to, że jeden już mam w ręku. Gorzej jak zacznie używać magii, wtedy może być ze mną źle. Przygryzłam policzek, czując zalewający mnie stres. Wykonam jeden, ale celny, rzut. Zobaczymy czy uniknie ataku, czy rzuci się do przodu. Wzięłam głęboki oddech i się skupiłam na celu.

Zręcznym oraz szybkim ruchem, odchyliłam rękę do tyłu i w odpowiednim momencie wypuściłam sztylet, celując w serce. Czas jakby na chwilę zwolnił. Ostrze niebezpiecznie się do niego zbliżało, lecz mężczyzna nie reagował wcale. Stał w tej samej pozie, póki nóż nie trafił w ciało. Zagłębił się po samą rękojeść, gładko i szybko. Uśmiechnęłam się na widok celnego strzału. Był pokryty szafirem, więc na jakiś czas unieszkodliwi napastnika, a ja wtedy wyciągnę z niego odpowiedzi na pytania.

Jednak, tuż po tym jak sztylet się wbił, cała moja nadzieja została zniszczona. Zauważyłam, że na jego ciele nie pojawiła się żadna plama krwi, a mężczyzna dalej stał nieruchomo. Jego ciało zaczęły osnuwać czarne cienie, a po chwili całkowicie rozpłynął się w powietrzu. Stałam zszokowana, nie mogąc uwierzyć oczom.

- Iluzja - szepnęłam zdławionym głosem.

Spanikowana, trzęsącymi się rękoma, zaczęłam wyciągać rewolwer. Rozglądałam się wokół, próbując odnaleźć mareritta, kiedy tuż przy uchu usłyszałam chropowaty głos:

- Tak łatwo was oszukać...

Nie zdążyłam się odwrócić, gdy poczułam ogłuszający cios w głowę. Padłam na ziemię, jak rażona gromem z jasnego nieba. Był tak niespodziewany i mocny, że nie wydałam nawet cichego westchnienia. Poczułam tylko, jak wypełnia mnie przenikający chłód.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie