Rozdział 16 Rozłąka

 Artur



Krzyk i huk wystrzału przecięły grobową ciszę, panującą w domu. Spojrzałem na Viv swoim nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem i poleciłem jej, żeby sprawdziła górne piętro, a ja pójdę zobaczyć, co tam się dzieje. Miała trochę skwaszoną minę, ale wiedziała, że nie ma dyskusji, więc cicho wznowiła wspinaczkę po schodach. Natomiast ja powoli podszedłem do wyjścia. Trzymałem naładowaną broń w górze i stanąłem za drzwi. Po chwili gwałtownie je pociągnąłem, cały czas chowając się za nimi, tak by uniknąć ataku z zaskoczenia. Kiedy upewniłem się, że raczej nikt nie będzie strzelał, ostrożnie zacząłem wychodzić. Martwiła mnie cisza, która zapadła po strzale, więc byłem gotowy na wszystko.

Jednak to, co zastałem przerosło moje oczekiwania. Tuż przed domem toczyła się zacięta walka, w której brali udział praktycznie wszyscy Rubini, których tu zostawiliśmy,ale także dotarło kilka osób jako wsparcie z zamku. Uformowali obronny szyk, chroniąc strzelców, tak by mogli swobodnie oddawać strzały. Na ziemi leżało kilka ciał, pozostali wyglądali na bardzo zmęczonych i ledwo trzymali się na nogach. Ze zdziwieniem dostrzegłem, że ich jedynym napastnikiem była kobieta w masce lisa.

To wszystko rozgrywało się w głuchej ciszy, tak jak by to było przedstawienie pantomimy. Zapewne rzucono zaklęcie, które miało wygłuszyć dźwięki, tak byśmy z Viv niczego nie zauważyli. Wszyscy zbyt zaabsorbowani przeciwnikiem, nawet mnie nie dostrzegli. Zbliżałem się do nich ukryty za murem, cały czas obserwując kobietę, czy nie wykona żadnego ruchu. Jej rude włosy spływały po ramionach, niczym ogniste płomienie. W ręce dzierżyła długi, błyszczący miecz, o ostro zakończonej klindze. Czułem od niej bijąca moc, nie mogłem dokładnie określić jej specjalizacji, ale podejrzewam, że jest ognistym marerittem. Jeżeli ma w sobie przebudzonego demona, to nawet nie mamy szans podejmować próby walki z nią.

Poszukałem wzrokiem kogoś z mojego oddziału. Wreszcie dostrzegłem jasne oczy Ronana, przepełnione teraz wściekłością. Żałowałem, że akurat na niego padło, ale musiałem się wywiedzieć.

- Ronan, co tu się dzieje? Potraktuj to jako szybki raport do zdania - spytałem go w myślach i czekałem na odpowiedź.

- Przestaniesz mi grzebać w głowie?! Przyjdź tu i sam zobacz - jego warczący i wyniosły głos, brzmiał tak samo nawet w myślach.

- Nie mam czasu na twoje kaprysy. Kim jest ta kobieta?

- Nie wiem, ale jest cholernie silna. Nagle do nas doskoczyła i w sekundę trzech padło. Przez jakiś czas jeszcze drugi mareritt się kręcił, ale skubaniec gdzieś się ukrył. Trzeba się wycofać Arturze, bo ona coś kombinuje.

Zakląłem w myślach, widząc, że cała sytuacja jawi się w nieciekawych barwach. Wiedziałem, że są na skraju wytrzymałości. Natomiast lisica była zbyt spokojna, jakby na coś lub kogoś czekała. W dodatku Vivienne jest dalej w domu, a tam mógł się ukryć mareritt, o którym wspominał Ronan. Trzeba będzie zająć czymś kobietę, a reszta musi się wycofać.

- Ronan masz jeszcze trochę siły? - spytałem, zaczynając wprowadzać swój plan w życie.

- Zależy na co, bo jak na osłanianie ci tyłka, to możesz zapomnieć o mnie.

- Nawet w takiej chwili humorek się ciebie trzyma - westchnąłem bezsilnie. - Chodzi o Viv. Ja postaram się wziąć lisicę z zaskoczenia, a ty w tym czasie pobiegniesz do domu, na górne piętro i ją ostrzeżesz o tej sytuacji. Reszta ma się wycofać.

- Rozkaz to rozkaz. Powiem, żeby cię osłaniali. Powodzenia - Ronan odwrócił głowę i szepnął coś do Rubina, stojącego obok.

Poczułem przyjemne, mrowiące uczucie, wywołane myślą, że zaraz będę walczył z kimś równie silnym co ja. Jako, że kobieta jest marerittem, nie mam zamiaru jej zabijać, a jedynie zrobić to w ostateczności. Zresztą potrzebna nam jest, żeby odpowiedzieć na kilka pytań.

Uspokoiłem trochę tętno i oddech, wyciszając się przed walką. Napiąłem wszystkie mięśnie, zaciskając dłoń na rewolwerze. Cały czas obserwowałem jej postać, analizując każdy szczegół, ułożenie ciała i przepływającą przez nie moc. Widziałem, że jest skupiona, chociaż nie mogłem się domyśleć, dlaczego przestała ich atakować. Czyżby się zmęczyła?

Skupiłem się na przepływającej przez moje ciało mocy i skumulowałem ją w pobliżu oczu. Muszę ją szybko unieszkodliwić, ale przez maskę ciężko mi będzie skupić jej wzrok na sobie. Nie wyglądała jednak na taką, która łatwo się podda. Była wysportowanej, ale zwinnej postury, co czyniło ją dobrą wojowniczką. To jak zręcznie trzymała taki ciężki miecz, sugerowało, że jest to broń, którą zna równie dobrze, co samą siebie. W bliskim starciu, jeżeli pozwolę sobie na jeden błąd, mogłem nie mieć z nią najmniejszych szans.

Dostrzegłem, że kobieta napina mięśnie rąk i lekko ugina kolana. Szykowała się do kociego skoku, na wciąż czających się i zmęczonych Rubinów. Musiałem wprowadzić mój plan w życie, tak aby inni zdążyli uciec.

- Teraz Ronan! - przekazałem mu znak w myślach. Rubin błysnął zębami, po czym krzyknął do innych, aby się wycofywali. Lisica zrobiła młynek mieczem i ruszyła biegiem w ich stronę.

W jednej chwili przeskoczyłem, przez dzielący nas murek i wystrzeliłem pocisk w stronę mareritta. Ku mojemu zdziwieniu kobieta odwróciła się z gracją zwinnej tancerki i odbiła, lecący z zabójczą prędkością nabój. Następnie wyprostowała się, celując w moją postać ostrzem klingi. Przygryzłem wargę, czując jednocześnie jak zalewa mnie fala złości, że spudłowałem, jak i fascynacji umiejętnościami przeciwniczki. Próbowałem zobaczyć jej oczy, ale maska skrzętnie je ukrywała.

Wiedziałem, że pociskami nic tu nie zdziałam, więc schowałem rewolwer, a na jego miejsce wskoczyły poręczne sztylety. Krążyłem wokół niej, czekając czy wykona jakiś ruch, ale kobieta dalej niezmordowanie się we mnie wpatrywała. Ciężko było poznać, kto tu jest myśliwym.

Zniecierpliwiony rzuciłem się w jej stronę, nakładając na siebie czar ochronny. Czekała ze spokojem, a kiedy moja ręka przecięła powietrze tuż koło jej ucha, perfekcyjnie sparowała atak. Jej miecz był zbyt ciężki, abym mógł odeprzeć go jednym sztyletem, dlatego unieruchomione miałem obie dłonie. Odskoczyłem na kilka odległości, aby ocenić sytuację. Ronan już wbiegał do środka domu, a reszta zmierzała do miejsca, gdzie przywiązaliśmy konie. Kobieta wiedziała na pewno, że zamierzają uciec, ale nie wykonała żadnego ruchu. Czyżby ktoś jeszcze tu był?

Rozglądałem się nerwowo, obserwując każdy dach domu lub ciemny zaułek. Lisica to wykorzystała i nagle zaatakowała mnie, kiedy byłem wytrącony z równowagi. Zdążyłem sparować błyszczący groźnie miecz, ale nie zauważyłem, że posłała w moją stronę wiązkę magii. Czar ochronny zniwelował moc ataku, ale i tak był na tyle silny, że posłał mnie do tyłu na kilka metrów. Uderzyłem z łoskotem o ziemię, tracąc dech w piersiach. Podniosłem się na chwiejnych nogach i spojrzałem na nią z wściekłością.

Wtem napiętą ciszę przeciął ogłuszający wybuch tuż obok nas. Przerażony zobaczyłem, jak pobliski dom spada na ziemię, zasypując przejście, prowadzące do naszych koni. Wśród Rubinów zapanował chaos, każdy próbował się ratować przed lecącymi, niczym ogniste strzały, kawałkami cegieł. Patrzyłem na to, nie mogąc się poruszyć, a w duchu modliłem się, że to się nie dzieje naprawdę.

O rzeczywistości przypomniał mi kolejny powalający cios Lisicy, którego nie byłem w stanie sparować, z powodu wszechogarniającego mnie szoku.

- Co robić, co robić? - mamrotałem do siebie, podnosząc się resztkami sił.

Byłem zdruzgotany i przerażony tym w co się wpakowaliśmy. Muszę się skupić, bo inaczej wszystko runie. Jestem dowódcą i nie pozwolę, by tak wszyscy skończyli. Pamiętaj, że Viv też jest w niebezpieczeństwie!

Wpierw trzeba pozbyć się tej denerwującej Lisicy. Zdążyłem zauważyć, że jest niesamowicie zwinna, ale gdzieś musi być jej słaby punkt. Muszę tylko się skupić i go wykryć. Spoglądałem na nią bacznym wzrokiem, czy nie zamierza znów zaatakować. Kobieta stała spokojnie, ale powoli się zbliżała. Otarłem rękawem koszuli, ściekającą po podbródku krew, po czym obdarzyłem ją gorzkim uśmiechem. Wyjąłem kolejne sztylety i szybko ją dopadłem. Tak jak przewidziałem, zamierzyła się z całej siły mieczem, celując w mój prawy bark. Czekałem, patrząc jak jej ostrze leci w dziwnym, powolnym tempie w moją stronę, a kiedy było tuż przy mojej głowie, nagle wycelowałem w jej nogi i posłałem impuls magii. Lisica, ze zdziwionym wyrazem twarzy, mimowolnie ugięła je, po czym upadła z łoskotem na ziemię. Nie tracąc czasu, odwróciłem ją twarzą do mnie, po czym przygwoździłem jej ręce kolanami. Zdjąłem maskę lisa, spod której wreszcie dojrzałem ogromne, bursztynowe oczy, mieniące się od padających na nie promieni słonecznych. Spoglądały na mnie beznamiętnym wzrokiem, tak jakby kobieta już się poddała. Skupiłem się, tonąc w nich jak w głębokiej wodzie oceanu, szukając punktu zaczepienia. Znalazłszy go chciałem użyć swoich mocy, by uziemić kobietę, dzięki czemu nie będzie mogła się przez najbliższe kilka minut ruszyć.

Wtem poczułem mocne uderzenie z lewej strony, które zrzuciło mnie z Lisicy. Uderzyłem z hukiem o ścianę pobliskiego domu, mając przed oczami ciemne plamki. Kiedy wszystko wokół mnie przestało wreszcie wirować, spojrzałem od kogo pochodził tak silny impuls magii.

Lisica stała z mieczem w ręku, a obok niej, pojawił się nowy nieznajomy z maską kruka. Przeszukałem w głowie wszystkie raporty i informacje na temat jakiejkolwiek szajki marerittów, których cechą charakterystyczną byłyby właśnie maski, ale nic nie mogłem sobie przypomnieć. Albo byli nową grupą albo...nikt jeszcze nie przeżył spotkania z nimi. Wciąż mocno oszołomiony uderzeniem, przesuwałem rozbieganym wzrokiem, z jednej postaci na drugą. Kątem oka dostrzegłem, że na polu walki nie ma żadnego Rubina, więc zapewne zdążyli uciec. W takim razie będę musiał jak najdłużej odciągnąć uwagę tej dwójki, żeby Vivienne wraz z Ronanem bezpiecznie dotarli do zamku.

Podniosłem się, wspierając o ścianę za mną i próbowałem udawać, że wcale nie mam zamiaru znowu zemdleć. Głowę rozrywał mi kłujący ból i szum. Uspokoiłem się trochę, skupiając się na regularnym oddechu, dzięki czemu byłem wreszcie w stanie coś z siebie wykrztusić.

- Kim wy jesteście i dlaczego nigdy o was nie słyszeliśmy?

Lisica, ku mojemu rozczarowaniu, z powrotem założyła swoją maskę. W tym wypadku mogłem nie mieć z nimi żadnych szans. Może by odciągnąć jakoś ich uwagę, na przykład ucieczką? Jednak nie wiem, czy będę na siłach, by dokonać czegoś takiego.

- Nikim, kto powinien cię interesować - odezwał się mężczyzna grobowym głosem.

Chciałem znów o coś zapytać, żeby tylko kupić sobie czas, kiedy z domu doszły nas huki wystrzałów. Spojrzałem przerażonym wzrokiem w tamtą stronę, modląc się by to nie były kule przeznaczone dla Vivienne. Czułem się jak zwierzyna w potrzasku, nie wiedząc co zrobić, bojąc się, że nie ma żadnego wyjścia. Jednak nie ma, co się tak szybko poddawać. Jakiś plan na pewno się znajdzie.

Kruk spojrzał się w stronę Lisicy i skinął lekko głową. Na ten znak wykonała zręczny ruch mieczem i skierowała jego ostrze w moją stronę.

- Jakieś ostatnie słowa? - spytała spokojnie.

- Olśniewająca dzisiaj pogoda - powiedziałem, uśmiechnąwszy się szeroko.

W tym momencie chwyciłem za niewielką kulkę oślepiająca, przytroczoną do pasa z bronią. Wyrzuciłem ją w powietrze, zamykając szybko oczy. Błysk był tak mocny, że nawet mnie lekko zamroczyło. Usłyszałem cichy syk, po czym krótki krzyk. Kiedy uchyliłem powieki, widziałem tylko Lisicę, którą nieudolnie próbowała przywrócić wzrok. Kruk ulotnił się w chwili wybuchu, toteż żeby nie marnować cennego czasu, podniosłem się i zacząłem uciekać, w kierunku najbliższej uliczki. Zignorowałem rozlewający się po całym ciele ból, skupiając się na jak najszybszym oddaleniu się od tego miejsca.

Po chwili zobaczyłem, że nade mną unosi się jakiś obiekt, rzucający dosyć duży cień. Spojrzałem w górę, a moim oczom ukazał się gigantyczny ptak o czarnych, mieniących się w promieniach słońca skrzydłach. Jego masywny dziób nie budził we mnie pozytywnych emocji. Zwierzę leciało tuż nade mną, jakby miało za zadanie mnie śledzić. Chcąc je zgubić, szybko skręciłem i zacząłem się przeciskać przez wąską szparę między dwoma budynkami. Kątem oka dostrzegłem, że ptak poleciał dalej, nie rejestrując tego nagłego manewru.

Ucieszony, wygramoliłem się na niewielki plac, ciemny i porośnięty różną roślinnością. Otrzepałem ubranie z pyłu, po czym rozejrzałem się, żeby znaleźć z niego wyjście. We wnęce z przodu znajdowała się zardzewiała, lekko uchylona brama. Podszedłem do niej i już miałem ją otworzyć, kiedy z tyłu usłyszałem niski głos.

- Nie myśl sobie, że jesteś taki sprytny.

Poczułem szybkie uderzenie w tył głowy, które natychmiast mnie powaliło. Walczyłem, żeby nie zemdleć, ale moje ciało było zbyt wykończone. Musiałem się poddać.

Komentarze