Rozdział 17 Kruk, Lew i Lisica

 Vivienne



Obudziłam się z potężnym bólem głowy. Chciałam przyłożyć dłoń do czoła, lecz poczułam, że jest ona unieruchomiona kajdankami. Jęknęłam z bezsilności, przypominając sobie wydarzenia sprzed utraty przytomności.

Wszyscy nie żyli. Zawiodłam ich jako dowódca i towarzyszka niedoli. Może i część z nich była ludźmi, ale dzielenie z nimi przykrych obowiązków, sprawiło że się do siebie zbliżyliśmy. Jaki sens ma cała ta niekończąca się wojna?

- Vivienne? - ciszę przerwał niewyraźny, zachrypnięty głos.

Gwałtownie odwróciłam się w jego stronę, a kiedy zobaczyłam, że należy do Artura, po twarzy zaczęły spływać mi łzy ulgi.

- Ty...Ty żyjesz!

- Można tak powiedzieć, chociaż moje kości i mięśnie mówią co innego - Artur skrzywił się, gdy usiłował odwrócić w moją stronę - Gdzie my w ogóle jesteśmy? - mruknął, wodząc wzrokiem po pomieszczeniu.

Było niewielkich rozmiarów, pomalowane na zielono. Oprócz stojącego w kącie fotela i stolika przy jednej ze ścian, całkowicie puste. Nie miało żadnych okien, jedynie drzwi we wnęce. Podłoga była z ciemnego drewna z widocznymi, powbijanymi gwoździami.

- Nie mam pojęcia gdzie, ale na pewno nie jesteśmy tu bezpieczni - powiedziałam, zniżając głos i ponownie zaczęłam męczyć się z kajdankami. - Spotkałam dwóch z nich i nie wiem jak to możliwe, że nie słyszeliśmy o tak silnych marerittach.

- Jest jeszcze wśród nich kobieta. Walczyłem z nią, kiedy wyszedłem sprawdzić huk, który usłyszeliśmy w kuchni. Jednak nie wiem, co się stało potem z wami, bo mnie dorwali. Czy ktoś zdołał wezwać pomoc?

Głos uwiązł mi w gardle. Nie chciałam mu tego mówić, bo wiedziałam, że wiadomość o ich śmierci go dobije bardziej, niż mnie samą. Ludzie go nie obchodzili, ale nie wybaczyłby sobie straty tylu marerittów. Mam też złudną nadzieję, że może jednak któreś z nich przeżyło.

- Arturze… - chciałam już skłamać bratu. Powiedzieć słowa otuchy, że wszyscy mają się dobrze. Przeszkodziło mi nagłe wtargnięcie do pokoju.

- No nareszcie ptaszyny się obudziły.

Przed nami stał, znany mi dobrze, mężczyzna w masce lwa. Patrzył na nas groźnie, oparłszy się o ścianę.

- Jeżeli wzięliście nas tu tylko po to, byśmy wyjawili wam plany hrabiego, to mogliście nas po prostu zapytać - warknęłam, czując przypływ złości, za to, co stało się tam przed domem.

- A jaka byłaby wtedy gwarancja, że mówicie prawdę? No właśnie - żadna - powiedział poważnym głosem, krzyżując ramiona na piersi. - Zresztą, to wy weszliście na nasz teren.

- Ale to nie był znak, żeby nas wszystkich zaraz powybijać! - krzyknęłam, patrząc na niego wściekłym wzrokiem.

- Nie ma nic bardziej nędznego od bycia Rubinem - powiedział cicho, pochylając się nade mną. - Niby każdy chce z nich uciekać, a jednak gdy podrzynałem im gardła, to błagali o litość - syknął głosem przesyconym nienawiścią.

- Sukinsynu…. - warknęłam, mając łzy wściekłości w oczach. - Musisz być albo naprawdę zadufany w sobie albo ktoś skrzywdził twoje biedne serce i teraz dajesz upust emocjom - z wyjątkową przyjemnością zobaczyłam, jak mięśnie na jego rękach się napinają. - Och, czyli uderzyłam we właściwą strunę? Biedne Lwiątko, tak skrzywdzone, osamotnione...

Obserwowałam jak próbuje się powstrzymać od uderzenia mnie. Czekałam, aż w końcu skapituluje i gdy już miał się zamachnąć do pokoju weszła druga osoba.

- Czyś ty zgłupiał? Obiecałeś, że nie będziesz się tak wczuwał w rolę!

Głos kobiety podziałał na mężczyznę, niczym wiadro zimnej wody. W sekundzie cofnął rękę, zaciskając ją w pięść, po czym odszedł w stronę rogu pokoju. Opadł na fotel, odwracając się od nas. Ona także miała maskę. Była to misternie wykonana głowa lisa, z pozłacanymi koniuszkami uszu.

- Sprowokowała mnie - burknął cicho.

- Żebym ja cię zaraz nie sprowokowała! Już na kilka minut cię nie można zostawić!

- Nie nakręcaj się…

- Tak mnie zdenerwowałeś, że aż mi się gorąco zrobiło. Nie mogę oddychać w tej masce!

Pomimo oburzonego spojrzenia Lwa, kobieta ją ściągnęła. Wylała się spod niej burza kasztanowych włosów, gęstych i pofalowanych. Dostrzegłam, że co któreś pasemko było w kolorze karmazynowej czerwieni. Jej uroda była niezwykła, zwłaszcza mieniące się, bursztynowe oczy. Jedno z nich miało bordowe plamki, tworzące coś na wzór kryształu. Widać było po nich, że jest to osoba wybuchowa i emocjonalna, całe świeciły, jak iskrzące się gwiazdy. Usta, podkreślone czerwoną szminką, rozciągnięte były w uśmiechu, w którym jednak nie odnalazłam żadnego wyrazu ciepła. Była niewielkiej postury - szczupła i średniego wzrostu. Stała wyprostowana i z wyższością na nas spoglądała.

Artur nerwowo się poruszył, próbując przesunąć się na krześle tak by być na wprost kobiety. Po chwili zdałam sobie sprawę z powodu, dla którego to zrobił - chciał użyć na niej swojej mocy. Dzięki temu, że zdjęła maskę, jej oczy były teraz widoczne jak na dłoni. Trzeba teraz tylko ją zagadać, żeby nie zdziwiło ją natarczywe wpatrywanie się mojego brata.

- Może ty w końcu nam powiesz, po co tu jesteśmy? - spytałam niewinnym głosem.

- Niestety nie mogę nic zdradzić, bo by mnie zjedli wszyscy - westchnęła Lisica. - Jednak nie musicie się obawiać, że coś wam zrobimy…

- Ekhm… - dobiegło nas gardłowe kaszlnięcie z końca pokoju.

Kobieta prychnęła i machnęła na naburmuszonego Lwa ręką. Wokół jego dłoni wirowały ogniste płomyki, które podbijał palcami, jakby były zwykłymi kuleczkami. Jednego z nich posłał dookoła pokoju, specjalnie tuż obok głowy Lisicy, aby ewidentnie ją zdenerwować. Zmierzyła go tylko nienawistnym wzrokiem, po czym znów odwróciła głowę w naszą stronę.

Ukradkiem spojrzałam na brata, który bacznie ich obserwował. Szturchnęłam go nogą, dając znak, żeby wprowadził swój plan w życie.

- Jak tam Rubinku, chyba trochę jesteś poobijany, co? - spytała, a jej usta wykrzywił sztuczny uśmiech.

- Nie sądzisz, że nieco za późno na wyrazy troski? - odpowiedział chłodno, wodząc oczami po jej twarzy.

- Próbowałam być tylko-

Kobieta urwała w połowie zdania, zawieszając się niczym zepsuta maszyna. Natomiast oczy Artura zabłysły ze zdwojonym blaskiem. Udało mu się przedrzeć przez jej barierę i przejąć kontrolę nad umysłem.

- Co jest?!

Ostry głos Lwa odbił się od ścian. Patrzył zdezorientowany, to na kobietę, to na Artura. Wreszcie otrząsnął się i zręcznym, szybkim ruchem wyciągnął rewolwer. Skierował go w naszą stronę, mając już zamiar strzelić, ale mój brat był szybszy.

Zmrużył lekko oczy, po czym skinął ręką w stronę mężczyzny. Rudowłosa jak na rozkaz stanęła na wprost Lwa, robiąc z siebie żywą tarczę dla nas. Następnie wyciągnęła srebrzysty miecz i wycelowała nim w jego stronę.

- Co ty wyrabiasz, przecież to ja! - warknął zirytowany, ale i wystraszony dziwnym zachowaniem kobiety.

Opuścił broń, jednak nie poddał się tak łatwo. Zrobił krok w bok, chcąc ją wyminąć, lecz ona jak odbicie w lustrze, także się przesunęła. W końcu nie wytrzymał, podszedł do niej i już chciał ją objąć w pasie, żeby się ruszyła, ale rudowłosa mu na to nie pozwoliła. Wykonała szybki cios mieczem, którego ledwo Lew uniknął. Zatoczył się do tyłu, próbując złapać równowagę, co ona zaraz wykorzystała. Podstawiła mu nogę, mężczyzna potknął się i upadł z powrotem na fotel. Błyszcząca klinga, zalśniła przy jego szyi.

Wiedział, że jest w sytuacji bez wyjścia, ponieważ musiałby skrzywdzić Lisicę, aby móc się dobrać do Artura. Nie mogła mu być obojętna, skoro wybrał opcję poddania się. Coraz bardziej nurtowała mnie cała ich grupa.

- Rzuć broń - powiedziałam stanowczo.

Lew zacisnął palce na oparciu fotela, w akcie niemej bezsilności. Cały czas wpatrując się w kobietę, odpiął rewolwery i położył je delikatnie na podłodze.

- A teraz chodź i nas rozkuj. Tylko bez żadnych numerów - warknęłam.

Kiwnął powoli głową. Artur ponownie machnął ręką, na co kobieta odsunęła się od Lwa. Sprawdziłam, czy brat ma dalej zapasy siły na tak potężne zaklęcie. Oddychał miarowo, chociaż lekko się kiwał z boku na bok. Nie zostało nam zbyt wiele czasu.

Lew klęknął za nami, po czym usłyszeliśmy dźwięk, obijających się o podłogę kajdanek. Rozmasowałam ścierpnięte dłonie i delektowałam się napływem magicznej energii. Artur cicho odetchnął, teraz żadne bariery go nie ograniczały. Wstałam, a następnie podeszłam do niego i chwyciłam go pod ramię.

- Teraz wyjdziemy przez te drzwi, a kiedy uwolnimy twoją znajomą, nie pobiegniecie za nami, zrozumiano?

- Nie jestem tak głupi, jak ci się wydaje.

Powolnym, posuwistym krokiem, skierowaliśmy się do drzwi wyjściowych, a gdy już miałam chwycić za klamkę, te nagle się otworzyły. Za nimi nie było nikogo widać, cały obraz przysłaniała burza szarego dymu, między którym wirowały czarne jak smoła cienie. Zaczęły wlewać się do pokoju, tańcząc wokół naszych nóg i piąć się coraz wyżej. Chłód powietrza zmroził mi serce.

- O nie… - szepnęłam z przerażeniem, wiedząc co zwiastowało to wszystko.

Nie zdążyłam nawet krzyknąć, gdy poczułam, zaciskające się na mojej szyi niewidzialne dłonie. Jeden podmuch przygwoździł mnie do ściany, a drugi Artura. Na chwile straciłam dech w piersiach, jednak to mojemu bratu bardziej się oberwało. Opadł wykończony zaklęciem i wydał z siebie jedynie ciche westchnienie. Tuż po nim na ziemię zemdlała Lisica, do której szybko podbiegł Lew.

Szarpnęłam się, próbując rozluźnić uścisk, ale ten jedynie się pogłębił. Przestałam, więc walczyć i ciężko oddychając, oczekiwałam przybycia tego, który mówi w języku cieni.

Wkrótce jego kroki rozległy się tuż przy drzwiach. Obcasy butów miarowo wystukiwały rytm, gdy powoli wchodził do pokoju. Cała jego sylwetka skryta była w czarnej chmurze. Lśnił tylko czubek jego ptasiej maski.

Kruk zbliżył się na odległość kilku metrów, po czym przystanął, wpatrując się w nas z zastanowieniem.

- Tylko same problemy z wami… - Jego głos był niski i przerażająco spokojny.

- Czym ty jesteś? - szepnęłam.

- Dla niektórych wybawieniem, dla innych gwoździem do trumny - odparł cicho. - Jestem jednak zdziwiony, że mnie nie rozpoznałaś.

Sięgnął za tył głowy, zapewne chcąc odpiąć klamrę maski. Po chwili delikatnie zsunął ją z twarzy. Świdrowałam jego postać wzrokiem, zastanawiając się, czy kiedykolwiek go spotkałam.

Gęste, czarne włosy sięgały mu za ucho, a niektóre niesforne pasma opadały na jedno oko. Na końcach tworzyły delikatne fale, które unosiły się i opadały, pod wpływem wirujących cieni. Spoglądał chłodnym wzrokiem szmaragdowych oczu. Jedno z nich było zasnute szarą mgłą i biegła przez nie cienka, delikatna blizna. Dodawała mu jeszcze bardziej tajemniczego oraz mrocznego uroku. Usta miał rozciągnięte w prawdziwie kocim uśmiechu. Tym razem nie trzymał w ręku ozdobnej laski, ale dalej ubrany był w elegancki strój. Pomimo ponurej aparycji, dodającej mu lat, musiał być niewiele starszy od nas.

- Czy teraz coś ci zaświtało w głowie? - spytał, przesuwając dłonią po połach płaszcza, który podbity był złotym materiałem, szeleszczącym przy każdym ruchu.

Cały czas miałam dziwne wrażenie, że skądś go znam, ale nie mogłam połączyć faktów. Pokręciłam nieśmiało głową.

- Nie mogę powiedzieć, że cię nie znam, ale też nie umiem stwierdzić kim jesteś - odpowiedziałam z namysłem.

- Tą odpowiedzią na pewno nie kupiłaś sobie lepszego traktowania, Rubinko - burknął wyraźnie urażony. - Wiem jednak, co sprawi, że na twojej twarzyczce ponownie pojawi się to cudowne przerażenie, co wcześniej...

Mężczyzna zaczął się powoli do nas przybliżać. Jego oczy płonęły mrożącą krew w żyłach fascynacją. Reszta twarzy pozostawała nieczytelną maską. Dopiero teraz ze zgrozą dostrzegłam, że jedno z nich zrobiło się całe czarne. Czyli to była prawda - on jest mrocznym marerittem. Świat zawirował przed moimi oczami, teraz już na pewno nie mamy żadnych szans.

Nerwowo przełknęłam ślinę i poruszyłam rękoma, sprawdzając czy może jakimś cudem, moje ciało zostało uwolnione. Jednak dalej nie mogłam uciec, ani wykonać żadnego ruchu. Pozostało mi tylko czekać na nieuniknione.

Kruk był już na tyle blisko, że wirujące wokół niego cienie, muskały moją twarz, zostawiając chłodny powiew. Spoglądał z ciekawością na opaskę, która służyła mi do ochrony białego oka.

- Po co to robisz? - wypaliłam nagle. Ręce tak mi zdrętwiały ze strachu, że ledwo je czułam.

- Ależ ja ci żadnej krzywdy nie zrobię - szepnął cicho. - Pragnę dowiedzieć się jedynie tego i owego o waszych planach.

- A, gdy już się tego dowiesz, to grzecznie nas usuniesz ze świata, nieprawdaż? - wbiłam w niego nienawistny wzrok. - Jesteśmy marerittami, powinniśmy sobie pomagać!

- Dlatego właśnie to robię...

W głosie czarnowłosego zabrzmiała nuta smutku i wyraźnego zmęczenia. Jedną ręką delikatnie ujął moją twarz, a drugą sięgnął do miejsca, gdzie zawiązana była opaska.

- Co się tam kryje, że tak chcesz by świat tego nie widział?

- Nie rób tego... - szepnęłam doszczętnie przerażona. - Nie chcę mieć kolejnej osoby na sumieniu!

Próbowałam się wyrwać, ale nic mi to nie dało. Po chwili poczułam tylko świst powietrza i obserwowałam z grozą, jak w zwolnionym tempie opaska opada na podłogę. W sekundzie zamknęłam obie powieki, bojąc się czy ta przeklęta moc zadziałała, czy mężczyzna przypadkiem nie leży obezwładniony i tak samo siny, jak ten chłopiec…

Zaczęłam czuć obezwładniającą mnie panikę. Vivienne musisz się uspokoić, bo nie wiadomo, czy większych szkód nie narobisz, będąc w takim stanie. Oddychaj. Nie daj się tak łatwo tej sile.

- Tyle lat minęło… - usłyszałam łamiący się głos w oddali.

Natychmiast uchyliłam zdrowe oko i zobaczyłam, że zielonooki wciąż żyje. Nie widać było po nim żadnych oznak wpływu mocy. Widocznie akurat dzisiaj postanowiła, że się nie ujawni. Odetchnęłam z ulgą, chociaż wiedziałam, że obezwładnienie mareritta byłoby w tej sytuacji zbawienne. Jednak ja nie potrafiłam tak z zimną krwią traktować swoich pobratymców. Nawet, gdy ich jedynym celem było zabicie mnie.

Kruk stał w większej odległości ode mnie, niż wcześniej. Patrzył mętnym wzrokiem, który ewidentnie był gdzieś indziej. Jedną rękę przytknął do głowy, jakby go mocno rozbolała. Usta delikatnie rozwarł w niemym zdziwieniu. Cienie już nie wirowały tak energicznie, wręcz z trudem się unosiły, opadając co chwilę.

- Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś, kto uniknąłby efektu mojej mocy. Jak to zrobiłeś? - spytałam, dalej nie mogąc w to uwierzyć. Mężczyzna jednak nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. - Halo, gdzie nasz ptaszek odleciał?

Na dźwięk mojego głosu, ocknął się z tego dosyć dziwnego snu. Kolory z powrotem powoli wracały na jego twarz. Usta ponownie wykrzywił chłodny uśmiech, a oczy stały się tak samo beznamiętne, jak na początku. Westchnął cicho, rozmasowując palcami skronie.

- Jak się nazywasz? - spytał, nie patrząc na mnie.

- Pierwsza zasada tego miasta brzmi: nie ujawniaj swojego imienia, więc nie licz, że ci powiem.

- Nie byłbym tego taki pewien.

Szepnął coś i machnął ręką, po czym jak za jej rozkazem pofrunęły czarne cienie. Dopadły do Artura i zawirowały wokół jego szyi, aż zmaterializowały się w niewielki, ostry sztylet.

- Powiesz mi jak się nazywasz, czy mam oszpecić twojego kolegę? - spytał bardziej poirytowanym głosem.

- Jesteś gorszy, niż ludzie, skoro czerpiesz przyjemność z takich rzeczy! - krzyknęłam, nie mogąc wytrzymać dłużej tego wszystkiego.

- Jak się nazywasz?

Zgiął jeden palec, na co sztylet przy szyi Artura zbliżył się jeszcze bardziej, aż natrafił na miękką skórę. Wbił się lekko i niewielka kropla ciemnej krwi pociekła w dół, barwiąc kołnierz koszuli.

- Dobrze powiem ci! - wpatrywałam się w sztylet, póki ponownie się nie odsunął. - Vivienne Liquet - powiedziałam z rezygnacją.

- Liquet? - Kruk wydawał się być zdziwiony. - A to twój brat, Artur Liquet? - spytał wskazując na blondyna.

Kiwnęłam niepewnie głową, zastanawiając się skąd nas zna. Moja konsternacja wzrosła, kiedy zobaczyłam, że mężczyzna uśmiecha się szeroko, a w jego oczach tańczą wesołe płomyki.

- Spotkaliśmy się już kiedyś? - spytałam, przeciągając sylaby, bo widok jego uśmiechniętej twarzy był teraz bardziej przerażający, niż morderczy wzrok.

- Przepraszam… - cichy śmiech przerwał jego wypowiedź. - Zaszła dosyć duża pomyłka.

- Jaka znowu pomyłka, czy ktoś mi wreszcie wytłumaczy, co tu się dzieje?!

W tej chwili poczułam jak więzy magii odpuszczają, a siła zacisku wokół mojej szyi i ciała maleje. Wreszcie całkowicie mnie uwolnił, przez co upadłam, w porę uginając nogi. Artur obok mnie delikatnie został obniżony i położony na ziemi, z głową opartą o ścianę. Dalej miarowo oddychał, ale wciąż spał głębokim snem.

Nie czekając ani chwili dłużej, sięgnęłam za pasek, modląc się by były tam jakieś ostrza. Ledwo jeden wyciągnęłam, ręka Kruka zacisnęła się na moim nadgarstku. Spojrzałam ze złością na niego, przeklinając w myślach swoje powolne ruchy.

- Tak doceniasz moje zaufanie? - spytał, mrużąc oczy i nie zmniejszając uścisku.

- Żeby komuś zaufać, trzeba wpierw przekonać się o jego prawdomówności. Tobie do tego daleko - odgryzłam się, nie spuszczając z niego wzroku.

Czarnowłosy puścił moją rękę, po czym odsunął się na odległość kilku kroków. Ukłonił się z gracją, a kiedy się wyprostował, jak za dotknięciem magicznej różdżki, jego twarz z zimnej maski, zamieniła się w przyjazną.

- Edward Morket, do usług Szanownej Pani - powiedział z lekkim uśmiechem. Głos dalej miał przeszywający na wskroś, ale pojawiły się w nim cieplejsze tony. - Magnus wspominał coś o jakichś marerittach, które Aureliano chce uratować z Rubinów, ale zapomniał wspomnieć o waszym wyglądzie. Najmocniej przepraszam za kłopot.

Stałam, nie wiedząc, co powiedzieć, ani jak się zachować. Wpatrywałam się w niego, z szeroko otwartymi oczami, powtarzając w głowie jego słowa.

- “Najmocniej przepraszam za kłopot”?! - poczułam jak moje ciało zalewa fala wściekłości. - Twoje przeprosiny nie przywrócą życia, tym których z taką łatwością zabiliście!

Krzyczałam, trzymając go za poły płaszcza i coraz bardziej zaciskałam na nim ręce, chcąc je rozerwać. Był ewidentnie zaskoczony moim wybuchem, ale z czasem jego twarz wyraźnie złagodniała.

- Dla tych marerittów śmierć była wybawieniem.

- A co z innymi?! - zapytałam, łamiącym się głosem.

- Ci wasi ludzcy “przyjaciele” przed śmiercią błagali mnie o litość i chcieli was sprzedać, w zamian za uratowanie własnej skóry - odpowiedział spokojnie, a w jego oczach czaiło się współczucie, które tylko wbijało mi nóż głębiej w serce.

- To nieprawda… - szepnęłam, a mój uścisk zelżał. - Może ci, którzy zostali w zamku tak, ale oni… - poczułam, że brakuje mi tchu, świat zaczął lekko wirować. - Sądziłam, że nam ufają, mają do nas szacunek, który jakoś wypracowaliśmy…

- Przykro mi. Każdy z nas to przeszedł - szepnął cicho, po czym chwycił delikatnie moje ręce i odciągnął je od swojego płaszcza. - Pierwszy raz widzę, żeby mareritt, będący Rubinem, tak bardzo żałował ludzi. Zazwyczaj jak komuś pomagaliśmy, to ich wręcz dobijali - powiedział, przypatrując mi się zaciekawionym wzrokiem.

- Kiedyś też taka byłam - głos zadrżał mi pod wpływem, zalewającej fali wspomnień. - Teraz już sama nie wiem czego chcę.

- Dlatego wam pomożemy.

Wciąż byłam niepewna, co do intencji czarnowłosego, ale skoro to nasza jedyna nadzieja, to nie mamy innego wyboru.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie