Rozdział 19 Same tajemnice

 Edward



Kiedy tylko drzwi do pokoju się za nimi zamknęły, od razu opadłem na krzesło. Cienie w sekundzie się rozproszyły, a ja próbowałem nie zemdleć.

- Mówiłam ci, żebyś się tak nie przemęczał.

Z ociąganiem odwróciłem się w stronę głosu kobiety. Zobaczyłem jak Moriana próbuje powoli się podnieść z fotela, a gdy jej się to udało, syknęła z bólu i złapała się za głowę.

- Bogowie, co mi się stało? Mam wrażenie, że ktoś mi wyrwał głowę, a potem ją kulawo przyszył.

Zaśmiałem się cicho, słysząc to porównanie. Rudowłosa spiorunowała mnie wzrokiem, ale widząc, że ledwo się trzymam, na jej twarzy pojawił się wyraz troski. Zaraz pewnie się zacznie kazanie i pouczanie mnie.

Razem z Fernesem znaleźliśmy ją kilka lat temu na ulicy. Została ofiarą popularnej rozrywki wśród wysoko postawionych mieszkańców miasta. Nielegalny handel ludźmi i marerittami był wszystkim dobrze znany. W Północnej dzielnicy można dalej kupić, nawet za niewielkie pieniądze, osobę jaką tylko się chce. Moriana miała sześć lat, gdy jej rodzice musieli ją sprzedać, żeby móc opłacić szantażystę, który groził im, że ich wyda gwardii. Oprócz Mor mieli jeszcze czwórkę dzieci, ona była najmłodsza, co znaczyło, że najmniej przydatna. Zapewniono ich, że kiedyś do nich wróci, bo żołnierze i arystokraci szybko się nudzili. Jednak nie w tym przypadku.

Kupił ją głównodowodzący gwardii hrabiego - Armand Frent. Wśród ludzi uchodził za człowieka inteligentnego, skupionego na swojej pracy, gotowy oddać życie w imię wyższej sprawy. Był jednym z zaufanych doradców samego Forklesa, który nierzadko prosił go o pomoc. W parku koło zamku władcy, stoi nawet jego pomnik, za zasługi w dbaniu o bezpieczeństwo Miasta Cieni. Miał żonę, pochodzącą z bogatego rodu oraz trójkę dzieci, wysłanych na kontynent do najlepszych szkół. Pomimo tylu dobrych słów i zasług, jak każdy z ludzi miał swoją ciemną stronę.

Dla ludzi - symbol walki i sprawiedliwości, zaś dla marerittów był niczym innym jak postrachem. Jego podwładni dopuszczali się brutalnych ataków na domy podejrzanych, gwałcili i rabowali wszystko, co miało jakąś minimalną wartość. Zero litości dla wszystkich, którzy nawet nie byli marerittami, ale zawistny sąsiad na nich doniósł, kłamiąc w żywe oczy. Armand wiedział o tym, że jego gwardia to banda rozpustników i rozbójników. Nic jednak z tym nie robił, ponieważ sam czerpał z tych eskapad radość. Miał gwarantowane duże zyski ze sprzedaży łupów, a także mógł bez żadnych podejrzeń zajmować się swoim chorym zainteresowaniem.

Należał do osób nazywanych kolekcjonerami. Byli to chorzy fascynaci, którzy zbierali unikaty, czyli perełki wśród marerittów. Większość z nas nie wyróżnia się niczym specjalnym, ale raz na kilkanaście przypadków trafia się anomalia. Może to być ciekawy kolor włosów, różne barwy tęczówki oka, alabastrowa skóra, mieniąca się pod wpływem promieni słońca, dodatkowy palec u ręki i wiele podobnych okazów. Takie osoby są na wagę złota na czarnym rynku. Ich wartości mogą przekraczać nawet miliony. Nie zawsze musiały być żywe. Kolekcjonerzy z reguły zabierali to, co było wyjątkowe, a reszta ich nie obchodziła. Armand należy do wiodących w tej sferze. Jego kolekcja, z tego co mówią w Północnej dzielnicy, zawiera prawie tysiąc takich unikatów. Miał prywatnych szpiegów, którzy szukali informacji na temat nowych anomalii oraz przebywali cały czas na licytacjach, czekając aż trafi się kolejny skarb.

Jednak Armand różnił się jedną rzeczą od innych kolekcjonerów - trzymał swoje ofiary przy życiu zanim zabierał im to co najcenniejsze. Nie wiem dlaczego to robił, może to był jeden z jego chorych fetyszy. Najczęściej były to dzieci i kobiety, rzadziej mężczyźni. Chodził z nimi jak z psami na bale arystokracji i prezentował swoje “zakupy”. Mor na ten temat niewiele wspomina, unika go jak tylko może. Gdy przy pierwszym naszym spotkaniu użyłem magii, żeby przeczesać jej umysł, tak na wypadek czy nie jest szpiegiem, znalazłem tylko niewyraźne obrazy z bali. Przebierał ją w różne pstrokate ubrania i kazał tańczyć na scenie. Dobierał je tak, by widać było jej intensywne bursztynowe oczy, będące unikatem. Oprócz tego widziałem jeszcze liczne momenty, w których siedziała w ciemności, zamknięta na klucz, cicho płacząca i bliska załamania. Reszta ze wspomnień była ukryta w najdalszych zakamarkach umysłu, otoczona wysokim murem, spowitym ciemną mgłą. Mogłem się przez niego przebić, nie miałbym z tym większego problemu, ale wiedziałem, że skoro go tu postawiła, w dodatku chciała tego tak bardzo bronić, to musiała mieć jakiś cel. Uszanowałem jej wolę, nie chcąc by cierpiała jeszcze bardziej i nie zajrzałem do tych wspomnień.

Minęły cztery lata i chociaż Mor nic dalej nie powiedziała, wiem, że Armand jest jej największym strachem, ale i obsesją. W tajemnicy zbiera na jego temat informacje, to gdzie przebywa, co je i robi. Jednak przede mną rzadko można coś ukryć, więc szybko się o tym dowiedziałem. Nie przeszkodziłem jej w tym co planuje, bo sam go nie znoszę. Od lat jedynie próbuję z niej wyciągnąć, co się stało, że udało jej się od niego uciec. Czemu jej nie zabił? Ani nawet nie zabrał oczu?

Spojrzałem na nią zastanawiającym wzrokiem, w głębi duszy czując smutek, że musiało ją spotkać coś tak okropnego. Dlatego przez to, że ją znaleźliśmy i daliśmy jej namiastkę rodzinnego domu, Mor nam matkuje, chcąc wyrazić wdzięczność za to wszystko

- Miałaś bliskie spotkanie z silnym mentalistą - wytłumaczyłem spokojnie. - Co prawda trochę w tym wszystkim jest i mojej winy, bo go obezwładniłem, zapominając, że i ciebie wtedy rozłożę.

- Jak zwykle musiałeś mieć w tym udział, czemu mnie to nie dziwi - westchnęła żałośnie Mor, przeszywając mnie nienawistnym wzrokiem swoich małych bursztynków. - No dobra, ale gdzie teraz jest ta dwójka? - spytała, rozglądając się po pokoju.

- Fernes ich właśnie odprowadza - odparłem, masując skronie. Ból przeszywał mnie na wskroś, a spotęgowany szum w głowie, wcale mi nie pomagał. Kiedy ja się stałem tak słaby?

- Chcesz, żeby ich już na początku wykończył?

- Spokojnie, ma godną przeciwniczkę - mruknąłem, przypominając sobie jak ciskali w siebie iskrami nienawiści.

Moriana jedynie westchnęła, przeciągając się na fotelu. Wyjęła z kieszeni spodni niewielki, materiałowy woreczek, po czym wysypała jego zawartość na dłoń. Drobny pomarańczowy proszek zawirował w powietrzu, opadając jak płatki śniegu. Przechyliła dłoń i wsypała całą grudkę do ust, połykając ze skrzywioną miną.

- Mogłabym robić trochę smaczniejsze te lekarstwa - burknęła, strzepując z ręki pozostałości pomarańczowej substancji.

- Smaczne czy nie, też bym chciał, żeby na mnie działały.

- Może gdybyś nie przesadzał z magią… - zaczęła, ale pod wpływem mojego piorunującego wzroku, zamilkła z naburmuszoną miną. - Tylko nie przychodź do mnie, jak będziesz wieczorem konał!

Już miałem odpowiedzieć jej wyszukaną ripostą, kiedy do pokoju wszedł skwaszony Fernes. Jednak, gdy zobaczył, że Mor jest już przytomna, jego twarz rozświetliła ulga.

- Lepiej się czujesz? - spytał, lustrując ją, czy aby na pewno nie ma żadnej rany.

- Lekarstwo powoli zaczyna działać, więc przynajmniej nie mam ochoty oderwać sobie głowy - powiedziała, przykładając dłoń do czoła.

Upewniając się po raz dziesiąty, że wszystko z nią dobrze, usiadł na podłodze, opierając się o ścianę. Teraz, kiedy Mor była przytomna mogłem jej opisać wszystko, co powiedzieliśmy, kiedy była nieprzytomna. Wysłuchawszy, zamyśliła się na chwilę, analizując moje słowa.

- Czemu dopiero pod koniec zorientowałeś się, że to są te mareritty, które wyznaczył Aureliano? - w końcu spytała.

- Magnus mi wczoraj o nich opowiedział. Jednak nie wspomniał o tym, że jedno z nich jest fosefialtis.

- Fosfo...fos... czym? - Fernes ze zdenerwowaniem próbował wymówić nazwę.

- Fosefialtis, czyli biały mareritt. Nim jest ta dziewczyna - Vivienne, która miała białe oko. To właśnie jest ich znak rozpoznawczy. Ona jednak nie umie się nim posługiwać, dlatego tak panicznie bała się, kiedy chciałem zdjąć opaskę, które je zasłaniało.

- Pierwszy raz o czymś takim słyszę - wtrącił skonsternowany Fernes.

- Nie dziwię ci się. Białe mareritty są rzadsze od czarnych. Jednak w porównaniu do nich, fosefialtis nie są w żaden sposób ograniczone przez demona.

- To przez kogo? Anioła, ducha?

- Nie - odparłem, kręcąc głową. - Są to tak zwane “czyste” mareritty. Nie mają w sobie żadnego demona, stąd ich potężna moc. Nic ich po prostu nie ogranicza.

- To w takim razie, dlaczego nie są jakimś odrębnym rodzajem - spytała Mor, stukając palcem w brodę. - Przecież wiadomo, że marerittem nazywamy kogoś, kto jest pół człowiekiem i pół demonem. Kim są w takim razie te białe mareritty?

- Do dziś ich pochodzenie nie jest dokładnie zbadane. Jedyne, co znalazłem w literaturze, to liczne gdybania i szczątkowe, prawdopodobne informacje. Są różne teorie, jedna z nich mówi, że fosefialtis powstały w wyniku eksperymentów na marerittach. Mieli być efektem “wyciszenia” demona. Jednak ich moc musiałaby zostać wtedy także zniszczona, ponieważ znane są przypadki marerittów pozbawionych demonów. Znane są też legendy o tym, że nie każde dziecko Amonory okazało się być mrocznym marerittem. Podobno jedno z nich okazało się być czymś przeciwnym. Posiadło czystą moc, mającą zniszczyć demoniczne rodzeństwo. Jednak to tylko bajki opowiadanie dzieciom. Białe mareritty są w stanie używać minimum magii i niczym się nie różnią od ludzi. Natomiast ich moc pochodzi nie od nich samych, a od jakiegoś silnego źródła.

- A skąd u ciebie taka rozległa wiedza na ten temat, co? - wtrąciła Mor, przeszywając mnie spojrzeniem bursztynowych oczu. Wszędzie by tylko węszyła.

- Bo sam kiedyś spotkałem takiego mareritta - nieprzyjemny dreszcz przebiegł przez moje ciało, na wspomnienie tych wydarzeń. - To także była kobieta, więc możliwe, że cała ta moc jest dziedziczona w linii żeńskiej. Zwłaszcza, że Artur, chociaż to brat bliźniak Vivienne, już nie posiada białego oka. Możliwe, że obie są w jakiś sposób spokrewnione.

- Co jej moc w takim razie robi, że jest taka potężna?

- To… to jest po prostu czysta magia w całej swojej pierwotnej formie. Gdy taki mareritt, w dodatku niedoświadczony, użyje jej - moc przejmuje nad nim kontrolę, tak jakby to było w przypadku przebudzonych.

- To dlaczego, gdy na ciebie spojrzała, ty stałeś niewzruszony?

- Bo ona nie umie tej mocy kontrolować. Miota się w niej jak zwierzyna w pułapce. Gdyby była doświadczonym marerittem, rzeczywiście mogłaby mi wtedy coś zrobić. Wystarczyłoby ją tylko trochę ukierunkować…

- Więc chcesz ich uwolnić, aby potem zrobić z niej prywatną broń? - w głosie Mor słychać było złość.

- To nie tak… ja… - westchnąłem, po czym spojrzałem na nią błagalnym wzrokiem. - Ta kobieta, która była fosefialtis, pomogła mi kilka lat temu. To nie były barwne czasy. Jeżeli myślicie, że teraz mam problemy z utrzymaniem demona w środku, to nie widzieliście mnie wtedy - zaśmiałem się gorzko na to wspomnienie. - Mam dosyć wiele dziur w pamięci z tego okresu. Jedyne, co kojarzę to to, że byłem w formie przebudzonej od kilku dni. Czułem skrajne wyczerpanie, chciałem tylko na chwilę odpocząć.

Przerwałem, chcąc złapać oddech, który nagle mi przyspieszył. Coraz bardziej czułem ogarniające mnie zmęczenie. Fernes i Moriana zbliżyli się, siadając po obu moich stronach. Czekali z napięciem na dalszą część historii. Podjąłem zatem ponownie opowieść, próbując skupić się na przypomnieniu sobie wszystkiego.

- Wtedy to się stało. Jak za dotknięciem różdżki, obudziłem się ze swojego własnego koszmaru. Przed sobą ujrzałem tragiczne pobojowisko. Kilka ciał leżało w niewielkim pomieszczeniu. Nie wiedziałem, czy to ja za tym stałem, ale te wszystkie rany wydawały się być zbyt znajome - pokręciłem lekko głową, próbując odegnać ten widok. - Nie wiedziałem, co spowodowało, że demon wycofał się z mojego umysłu, póki nie zobaczyłem przed sobą drobnej kobiety. Stała, lekko zgarbiona, z wyrazem zmartwienia na twarzy. Dopiero wtedy dostrzegłem, że jedno z jej oczu jest białe…

- Czyli, że jej moc była w stanie, przywrócić twoją normalną formę? - podsumował Fernes.

- Tak, przynajmniej takie miałem wrażenie.

- Co się z nią stało?

- Nie wiem… Byłem bardzo słaby, usłyszałem krzyki na dworze, po czym do pomieszczenia wpadli ludzie hrabiego. Przed utratą przytomności widziałem, że gdzieś szła, ale możliwe, że ją schwytali.

- Jeżeli tak, to Forkles już dawno by się chwalił swoją zabójczą zabaweczką - prychnął Fernes.

- W dodatku zamknąłby Vivienne na cztery spusty, a jednak jakimś cudem nie dowiedział się o jej białym oku - dodała trafną uwagę Mor.

- Sam pewnie nie wie o istnieniu białych marerittów, może uznał jej białe oko za zwykłą anomalię - mruknąłem. Rzeczywiście to, że Forkles nie wie o tym jest zastanawiające. Może jednak ta kobieta uciekła?

- Teraz już wiecie, czemu podjąłem się tej misji - kontynuowałem, spoglądając na nich kątem oka. - Nie dość, że jeżeli Forkles dowie się o jej mocy, to będziemy mieli duże kłopoty, to możliwe, że i my na tym dosyć nieźle skorzystamy…

- Zamierzasz jej powiedzieć? - wtrąciła Mor cichym głosem.

- Hm…

Z jednej strony wolałem jej nie mówić, w końcu jeszcze by zrobiła coś głupiego albo by spanikowała i uciekła. A z drugiej, sam bym wolał wiedzieć, że coś takiego we mnie siedzi.

- Wpierw chcę sprawdzić, jak bardzo silna jest jej moc - powiedziałem, po chwili zastanowienia. - Może to rzeczywiście tylko niezwykła anomalia, ale jeżeli jest ona fosefialtis, to będę zmuszony jej to powiedzieć.

- Czy ty kiedykolwiek mógłbyś dać nam wszystkim odpocząć i wybrać mniej ryzykowną misję - jęknął Fernes, przeczesując włosy. - Nie dość, że trzeba wejść do samego centrum legowiska hrabiego, to jeszcze będziemy mieli na pokładzie niebezpieczną, nieznaną istotę.

- Fernes, ona wciąż jest jedną z nas! - zrugała go rudowłosa. - Niezależnie czy jest nieszkodliwa, czy może być tykającą bombą.

- Przyznaj się, że brakuje ci kogoś do plotkowania i zawiązania koalicji przeciwko nam, a nie będziesz mnie umoralniała - burknął czerwonooki, z nadąsaną miną.

Cicho się zaśmiałem, widząc te ich zabawne kłótnie. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale uniemożliwiła mi to kolejna, jeszcze większa fala bólu. Zgiąłem się wpół, czując, że nadchodzi najgorsze.

- Wracajcie do domu. Ja do was potem dołączę - wydusiłem z siebie.

- Edward… - Fernes podszedł do mnie, po czym próbował chwycić za ramię, ale odepchnąłem jego rękę.

- Dam sobie radę - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Proszę was, idźcie już - dodałem błagalnym tonem.

Moriana patrzyła zmartwionym wzrokiem i próbowała zmusić Fernesa, żeby mi pomógł, lecz on tylko pokręcił głową i wskazał jej, żeby z nim poszła. Przy drzwiach ostatni raz się obejrzeli za siebie, a następnie wyszli oraz zamknęli za sobą drzwi. Zostałem sam ze swoim największym koszmarem.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie