Rozdział 18 Wymarzona pomoc?

 Vivienne



- Czy gdybyśmy okazali się być kimś innym, nie osobami, o których mówił Magnus, to byś nas inaczej potraktował? - spytałam, chcąc znać całą prawdę.

- Jeżeli pytasz mnie, czy zabijam mareritty - to nie. Wyjątek stanowią Rubini. Jeżeli widzę, że nie ma dla nich innego ratunku, to jedynym wyjściem jest śmierć. Możesz nazywać mnie potworem, ale takie jest właśnie życie w Mieście Cieni. Zdarza się, że i sami proszą o ukrócenie im życia, bo służba w Rubinach, gdzie muszą mordować swoich braci, jest dla nich największą hańbą. Zawsze staram się znaleźć wyjście z sytuacji. Jednak wiedz, że dla zdrajców nie mam litości - powiedział zimnym jak lód głosem.

Wytrzymałam jego groźne spojrzenie, z zaciętym wyrazem twarzy. Niby próbował udawać pozbawionego emocji i moralności potwora, ale widać było, że to tylko sposób na ucieczkę. Tylko przed czym?

 - Fernes, co z Mor? - spytał, odwracając się do Lwa, którego imię właśnie poznałam.

- Cholera wie, leży nieprzytomna, ale wszystko oprócz tego wydaje się być w porządku.

- To efekt magii mojego brata - wtrąciłam, podchodząc do nich. - Zapuścił się w głąb jej umysłu, a twoje nagłe wtargnięcie, wyrwało go zbyt szybko, przez co oboje stracili przytomność.

Fernes wpatrywał się we mnie płonącymi oczami, pełnymi skrywanej złości. Miał ściągnięte brwi, a usta wykrzywione były w gardzący sposób. Też zdjął maskę, więc mogłam się mu bardziej przyjrzeć. Proste, ciemne włosy okalały jego twarz, tworząc gęstą i zmierzwioną fryzurę. Jedno z pasm miało rudawy kolor. Jednak najbardziej fascynujące były jego oczy. Mieszanina pomarańczu i karmazynowej czerwieni upodabniała je do tlącego się ogniska. Myślę, że nie bez powodu takie są - Fernes musiał być ognistym marerittem. Raz takiego spotkałam i wolałabym nigdy już mu nie wchodzić w drogę. Twarz jego, przez wiecznie skrzywione usta wyrażała albo znudzenie albo zdenerwowanie. Głowę trzymał wysoko uniesioną, dzięki czemu widać było ostry zarys żuchwy. Cała jego postać zdawała się aż krzyczeć. Musiał być naprawdę mało cierpliwy.

- To niech twój kochany braciszek lepiej się obudzi, dopiero wtedy będzie nieprzytomny - warknął, podnosząc się z ziemi.

- Nie miałbyś żadnych szans - odparowałam, zirytowana jego monotematycznością.

- Myślę, że mamy ważniejsze sprawy do omówienia, niż wasze pokazy siły - powiedział ze spokojem Edward, lekko odciągając Fernesa na bok.

Mężczyzna burknął coś pod nosem, po czym wziął ciało wciąż nieprzytomnej Lisicy i zaniósł ją na fotel. Potem chwycił swoje rewolwery i oparł się o ścianę, obserwując nas bacznie.

- Czy on jest zawsze taki nerwowy? - szepnęłam do zielonookiego, którego kąciki ust delikatnie drgnęły.

- Powiedzmy, że chwile wytchnienia są w momencie, gdy jest zbyt pijany, by mieć siłę się kłócić - odpowiedział nieco weselej.

Fernes zmierzył nas ostrym spojrzeniem. Jakim cudem zaszła w nich tak szybka zmiana osobowości? Z morderczych, niewyobrażalnie silnych marerittów, w sekundę powrócili do bycia zwykłymi, lubiącymi się wkurzać przyjaciółmi.

- Chyba nie obrazicie się, jeśli obudzę mojego brata? Chciałabym, żeby także był świadkiem naszych rozmów.

- Tylko niech nie próbuje nikomu tu do głowy włazić. Bardzo tego nie lubimy, a nie radzę wystawiać mojej cierpliwości na próbę - przez jego głos znów przebiła się nuta chłodu.

Zastanawiająca była ta jego obsesja na punkcie tego, by nic co związane z nim, nie ujrzało światła dziennego.

Nie myśląc nad tym dłużej, podeszłam do Artura, który dalej głęboko spał. Położyłam dłoń na jego głowie i skupiłam całą moc w tym punkcie. Posłałam magiczny impuls, który miał wniknąć w głąb jego ciała. Minęła dłuższa chwila ciszy, nim wreszcie się ocknął.

Otworzył szeroko oczy, wypełnione strachem oraz przejęciem. Gdy mnie ujrzał na jego twarz wstąpił wyraz ulgi, lecz po chwili dostrzegł stojących za mną Edwarda i Fernesa. Skoczył na nogi, po czym pociągnął mnie, bym się za nim skryła.

- Artur, oni nam nic nie zrobią - próbowałam oponować, bojąc się, że mój brat w przypływie chwili zrobi coś, co skończy się jego kolejnym padnięciem.

- Tego, to się zaraz dowiemy - burknął, patrząc wyzywająco na pozostałych.

Dostrzegłam, że Fernes widocznie nie chcąc skończyć jak Lisica, zakrył oczy dłońmi i pochylił głowę. Natomiast Edward dalej stał wyprostowany, z rękami w kieszeniach płaszcza. Patrzył niewzruszony na mojego brata. Wokół jego ciała ponownie zaczęły krążyć ciemne chmury cieni.

- To są ci, o których opowiadał nam Magnus wraz z Evelynn - szepnęłam bratu na ucho.

- Naprawdę? - spytał lekko zbity z tropu Artur. Kiedy zobaczył ciało rudowłosej, na jego twarzy pojawił się wyraz skruchy - przepraszam, że sprawiłem jej ból, ale próbowałem się jedynie bronić…

- Spokojnie, bywała w gorszym stanie - odparł Edward, patrząc z troską na Lisicę. - Nie mogę mieć wam tego za złe. Chociaż w Rubinach jest wiele marerittów, to większość z nich ma tak wyprany mózg, że gdybyśmy tak każdego traktowali jak rodzinę, pewnie byśmy nawet dnia nie przeżyli.

- Rozumiemy to, ale czy teraz można wam ufać? - spytałam niepewnie.

- To już musicie sami ocenić - odparł zdawkowo, a jego usta ułożyły się w smutny uśmiech. - Chcemy wam pomóc, ale wy też nam możecie.

- My? W jaki sposób?

- Wiem, że wiąże was z Forklesem umowa krwi. Złamanie jej nie będzie problemem, ale dużo ryzykujemy, ponieważ potrzebna jest nam osoba, która zmusiła was do jej podpisania. Jak wiemy przebywa w lochach zamku. To będzie wymagało solidnego planu.

- Więc chcecie coś w zamian - odpowiedziałam cicho. - Tylko, że my nic nie mamy, co mogłoby wam się przydać…

- Wystarczy mi jedno - wtrącił Edward, spoglądając na nas tajemniczo. - Umożliwicie mi wejście do komnaty hrabiego. Znajduje się w niej coś, co jest nam bardzo potrzebne. Jeżeli to zdobędę, to następnie was uwolnię od klątwy.

Komnata hrabiego to najlepiej strzeżony pokój w całym zamku! Nawet mysz się tam nie prześliźnie niezauważona. To była ewidentnie samobójcza misja. Miałam już wyrazić sprzeciw, kiedy rozległ się głos Artura:

- Zgoda, ale będziesz miał na to zaledwie kilka minut.

- Jak ty to chcesz niby zrobić? - syknęłam cicho, zaskoczona odpowiedzią brata. - Przecież tam nie da się wejść!

- Spokojnie, mam plan, a ja mam same dobre plany - odparł, uśmiechając się szeroko. - Kiedy chcesz to zrobić? - spytał, ponownie zwracając się do Edwarda.

- Za dwa tygodnie hrabia urządza swój coroczny bal jesienny. Przybędą do zamku setki zamożnych oraz czarodziejów. W takim tłumie wyjątkowo łatwo się działa, a i służba wraz z żołnierzami mają często wychodne. Wy będziecie na niego zaproszeni zapewne jako ochrona dla Forklesa, ale z reguły macie działać w ukryciu, więc wtopicie się w tłum. Szczegóły planu omówimy przy następnej okazji.

- Następnej okazji? - spytałam zdziwiona.

- Myślałaś, że jedno spotkanie załatwi wszystko i będziecie magicznie wolni? - zadrwił, nie patrząc w naszą stronę. - Wszystko wymaga czasu. Za parę dni Aureliano was poinformuje, kiedy znowu się spotkamy.

- Mam nadzieję, że następnym razem powitacie nas przyjaźniej - burknęłam.

- Jak znowu przyprowadzicie cały oddział, to nie oczekujcie od nas pokłonów i serdecznych powitań - odezwał się Fernes, który zaczął przechadzać się po pokoju, strzelając w naszą stronę zdenerwowanym wzrokiem.

- Nie zaczynajcie znowu, błagam - westchnął z rezygnacją Edward. - Umówmy się, że będziemy spotykać się u Evelynn i Magnusa, dobrze?

- Lepszego miejsca chyba nie ma - odparł Artur.

- Bo jeszcze naszej kryjówki nie widzieliście, ale na to trzeba sobie zasłużyć - powiedział czarnowłosy, unosząc jeden kącik ust do góry. - No dobrze, chyba już pora na was, żeby hrabia nie pomyślał, że coś knujecie.

Edward pstryknął, a wokół jego dłoni zawirowały cienie. Po chwili zmaterializowała się w niej hebanowa laska ze srebrną główką. Oparł się na niej i machnął na Fernesa.

- Odprowadzisz ich?

- Skoro muszę...

Lew ze skrzywionym wyrazem twarzy podszedł do drzwi, a my ruszyliśmy za nim. Wreszcie opuścimy to obskurne miejsce, które jedynie przypominało mi więzienie lub salę tortur. Mówią, że początki są trudne, ale żeby aż tak…

- Do szybkiego zobaczenia, fosefialtis - głos Edwarda rozległ się w mojej głowie, jak powiew chłodnego powietrza.

Odwróciłam się w jego stronę, ale on dalej stał w tym samym miejscu, wystukując miarowy rytm laską. Cała jego postać była dla mnie nie lada zagadką, lecz najbardziej ciekawią mnie moce jakimi dysponuje. Wszystko może się w swoim czasie wyjaśni.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie