Rozdział 20 Powrót do koszmaru
Artur
Kiedy już znaleźliśmy się poza wzrokiem Lwa, spojrzałem na Vivienne, która szła głęboko zamyślona. Zapewne, tak jak i ja, zastanawiała się nad naszą obecną sytuacją. Chociaż to jedyna szansa na ucieczkę z Rubinowych Cieni, nie byłem przekonany do osób, mających nam pomóc. Niby wszyscy jesteśmy tacy sami, ale cała ich trójka budzi we mnie obawy. Są zbyt tajemniczy i ograniczają się w słowach, tak jak tylko mogą. Zresztą, jak tu im ufać, skoro ledwo uszliśmy im z życiem? Nie mówiąc o reszcie naszego oddziału. Nie pasowali mi, ale w obecnym momencie, nie jestem chyba w stanie wymyślić niczego lepszego. Ciężko mi było to przyznać przed samym sobą, jednak to prawda - nie miałem żadnego innego pomysłu, planu, niczego. To, co podsunął mi Otto, czyli wysondowanie umysłu jednej z pracownic kuchni hrabiego, mogłoby też się udać, ale wydaje się być bardzo ryzykowne. Jeżeli ktoś by odkrył, że użyłem magii, byłbym skończony, a razem ze mną Vivienne. Z drugiej strony, ta kobieta może nawet nic nie wiedzieć albo jej wiedza ogranicza się do tego, co zna każda inna osoba, będąca świadkiem złapania jej brata.
Czasami żałuję, że w ogóle daliśmy się schwytać w tak głupi sposób. A raczej żałuję, że to ja na to pozwoliłem. Może gdyby nie zaślepiła mnie żądza zemsty, to dalej bylibyśmy na wolności, co prawda w znacznie gorszych warunkach, ale przynajmniej bez ciągłego uczucia, że każdy nasz ruch jest kontrolowany. To Viv zawsze patrzy na pozytywne strony, ciągle żyje nadzieją, ja tak nie potrafię. Codziennie mi powtarza, że przecież będzie jeszcze dobrze, ale ja swoje wiem. Nigdy nie nadejdą takie same czasy, takie jakie pamiętamy. Możemy jedynie modlić się o to, że nic się nie pogorszy.
- Artur? - głos Viv przebił się przez gruby mur ponurych myśli, przywracając mnie do rzeczywistości. - Kim albo czym jest fosefialtis?
Na dźwięk tego słowa lekko zadrżałem. Od razu przed oczami stanęły mi te straszliwe wydarzenia z naszego domu. Strach wypełnił każdą część mojego ciała, czułem się tak jak gdybym znowu tam był. Widziałem skuloną w rogu małą Vivienne, a obok niej zmartwioną mamę. Moja siostra płakała, rozglądając się bezradnie po wszystkich. Natomiast ja wpatrywałem się w tatę, który trzymał w rękach niewielkie pudełko. Jego oczy były wypełnione zimną powagą, a cała twarz miała zacięty wyraz nie znoszący sprzeciwu.
“Musisz mnie posłuchać uważnie, bo od tego zależy życie twojej siostry. Ona nie jest taka jak ty czy ja. Po twojej mamie odziedziczyła niezwykłą moc, której musisz strzec jak największego skarbu. Nazywają je fosefialtis, a jedno z jej oczu - to białe - jest cechą charakterystyczną. Arturze, sam nie wiem na czym to wszystko polega, ale weź to pudełko. W środku znajduje się strzykawka z płynem, który podasz jej gdy tylko zauważysz, że coś się z nią dzieje. Wystarczy niewielka dawka i wprowadzisz ją w stan niegroźnej śpiączki, która może jej lub też innym uratować życie. Pod spodem jest ukryte drugie dno, w którym jest przepis jak przygotować lekarstwo. Rób to z rozwagą, ponieważ ktoś może się domyślić, co chcesz uzyskać. Nie mamy więcej czasu, musi ci wystarczyć, to co teraz ci powiedziałem. Na inne pytania teraz sam będziesz szukał odpowiedzi. A i ostatnie, twoja mama się z tym nie zgadza, ale błagam cię przyrzeknij mi, że Vivienne się nie dowie o niczym. Udawaj, że nie wiesz czemu taka jest, że to anomalia. Wierzę, że to ją uchroni od najgorszego.”
Tyle zdążył mi powiedzieć, zanim musieliśmy już uciekać. Od tamtego momentu próbowałem dowiedzieć się czegoś na temat mocy Viv, ale żadne książki, nawet te z biblioteki hrabiego, nie zawierały informacji o fosefialtis. Zaczynałem już myśleć, że to wymysł taty, ale skoro i mama posiadał tę moc…
- Pierwszy raz słyszę o czymś takim - odpowiedziałem siostrze bez zawahania. Nie chciałem jej okłamywać, ani niczego zatajać, ale teraz byłem zmuszony. - A skąd ci ono przyszło do głowy?
- Edward tak mnie nazwał - odparła, zwracając swój zagubiony wzrok na mnie. - Powiedział: “Do szybkiego zobaczenia, fosefialtis”. Chociaż, jak teraz o tym myślę, to może mi się tylko zdawało. Nigdy o czymś takim nie słyszałam. A co jeśli to ma jakiś związek z moim okiem, w końcu je widział…
- Może to ich takie określenie na Rubinów? Skąd możesz wiedzieć, że to akurat do twojej mocy się odnosiło - szybko próbowałem odciągnąć jej myśli od właściwego toru. - Nie masz, co się nad tym dłużej zastanawiać. To z pewnością jakaś kolejna ich tajemnica. Nie ufałbym im we wszystkim.
- Widziałam, co zrobili z naszym oddziałem - głos przy tym jej lekko zadrżał, ale zaraz się opanowała. Jednak i tak sądzę, że nie mają żadnych korzyści z tego, że nas okłamują.
- Zawsze ślepo wierzyłaś każdemu i nigdy nie przyszło ci z tego nic dobrego - burknąłem pod nosem.
- A to co niby miało znaczyć?
- Nic, nieważne - Vivienne obrzuciła mnie buntowniczym spojrzeniem. - Przepraszam, jestem zmęczony, chodźmy szybciej do tego zamku.
Obawiałem się spotkania z Forklesem. Musimy znaleźć niezłą przykrywkę, dlaczego prawie cały oddział nie żyje. Dalej zastanawiam się, czy mówić, że w ogóle spotkaliśmy jakieś mareritty. Jednak ktoś pobiegł do hrabiego z meldunkiem o wsparcie, więc wie, że nie była to byle jaka akcja.
- Może powiemy mu, że ledwo udało nam się zabić tego mareritta, który był przebudzonym - dumałem, zastanawiając się, czy brzmi to w miarę wiarygodnie.
- Tylko nie mówmy mu, że był tam czarny mareritt, coś czuję, że mógłby go znać…
Urwała w połowie zdania, ponieważ w naszą stronę zmierzała Adamanta, swoim dumnym krokiem, z wysoko uniesioną głową. Bogato zdobiona suknia ciągnęła się za nią, szeleszcząc przy każdym ruchu. Obok niej, z pokornie pochyloną głową, szła służąca o krępej posturze. Niosła w rękach koszyk z błyszczącą biżuterią. Matka hrabiego podeszła do nas i skinęła ręką na dziewczynę, żeby nas zostawiła samych.
- Skąd nasze ptaszki wracają? - spytała podejrzanie miłym głosem.
- Właśnie idziemy do hrabiego, poinformować go o ostatniej misji, także wybacz Pani, ale się spieszymy - warknęła Vivienne, nie mogąc zapewne patrzeć na nią.
W oczach Adamanty zabłysły ogniki wściekłości, chwyciła rękę mojej siostry i zastygła na moment. Twarz jej w sekundzie złagodniała, po czym spojrzała na mnie, uśmiechając się sztucznie. Domyślając się o co chodzi, czekałem z wyczekiwaniem na jej ruch, mając na twarzy protekcjonalny uśmiech.
- Poczekaj - nagle powiedziała Adamanta, lekko piskliwym głosem. - Moja droga...
Vivienne spoglądała na nią niepewnie, bojąc się czy matka hrabiego znowu w przypływie uniesienia czegoś jej nie zrobi. Odsunęła się jedynie na bezpieczniejszą odległość, ale nie zdołała wyrwać ręki z mocnego uścisku kobiety.
- Posłuchaj… - zaczęła ponownie Adamanta, przybierając ponownie swobodny ton głosu. - To w sali tronowej… trochę za bardzo mnie poniosło po prostu. Czy mogę liczyć na twoje wybaczenie? Jest mi bardzo głupio z tego powodu...
Na widok tej komedii rozgrywającej się przed moimi oczami, nie mogłem się powstrzymać, więc cicho zaśmiałem się pod nosem. Natomiast Vivienne wyglądała jakby poraził ją piorun. Stała z rozszerzonymi oczami oraz lekko uchylonymi ustami, nie mogąc uwierzyć, że Adamanta ją przeprasza. Szturchnąłem ją lekko w ramię, żeby się obudziła z tego szoku. Pokręciła lekko głową, po czym wyszarpnęła swoją dłoń z jej żelaznego uścisku.
- Wybaczyć wybaczę każdemu, ale mój niesmak wobec Szanownej Pani - tu wykonała przesadzony ukłon. - Nigdy nie przeminie. Dziękuję jednak za te przemiłe słowa. Żegnam.
Po tym przeszła obok niej i nawet nie odwracając się, poszła szybkim krokiem przed siebie. Adamanta wyglądała, jakby miała za chwilę wybuchnąć z wściekłości. Skinąłem jej tylko głową, uśmiechając się z rozbawienia i podążyłem za siostrą.
Dogoniłem ją dopiero, gdy zatrzymała się przed drzwiami do komnaty hrabiego. Oddychała ciężko, a jej policzki były całe czerwone od złości. Nie chciałem się nawet na ten temat odzywać, bo i jeszcze ja bym dostał.
- Przeprosin jej się zachciało - burknęła pod nosem. - Łaskawa Pani.
Widząc, że nic tu nie zdziałam, podszedłem do służącego stojącego przy drzwiach i poprosiłem by nas zaanonsował. Ten kiwnął głową, po czym zapukał, a następnie wślizgnął się przez wąską szczelinę do pokoju. Po chwili znów się wyłonił i skinął na nas ręką, żebyśmy weszli. Ruszyłem pierwszy, a za mną wciąż posapująca cicho Vivienne.
Hrabia powitał nas rozparty na ogromnym fotelu tuż przy miło strzelającym kominku. Czytał z zaciekawieniem książkę, która miała lekko zdartą okładkę. Gdy usłyszał nasze kroki, zsunął z nosa okulary i schował je do kieszeni płaszcza.
- Panie - powiedziałem, kłaniając się nisko. Zauważyłem, że zawieszone na jego szyi talizmany nieznacznie zadrżały. - Przyszliśmy złożyć raport.
- Raport? - prychnął Forkles, kładąc dłonie na poręczach fotela. - Chyba raczej wytłumaczenie, czemu ponad połowa moich najlepszych ludzi umarła, co wy tam do cholery robiliście?
Jego ręce nieznacznie zbielały, gdy mocniej je zacisnął na oparciu. Jego twarz pozostawała dalej niewzruszoną, kamienną maską, ale czuć było bijącą od niego złość. Świdrował nas wzrokiem, czekając na odpowiedź.
- Wpadliśmy w zasadzkę - odparłem, siląc się na uprzejmy ton. - To nie był łatwy przeciwnik, wielu z naszych nie było gotowych na coś takiego.
- Kto to był? - warknął hrabia, pochylając się do przodu.
- Nie wiem. Najprawdopodobniej przebudzony, po prostu wyjątkowo silny.
- Tylko jeden? - szepnął Forkles, wstając z fotela. - Chcesz mi powiedzieć, że jakiś jeden przebudzony wyciął w pień pół oddziału?!
Nie sądziłem, że aż tak go to zdenerwuje, w końcu nie przejmował się nikim innym jak tylko sobą. Vivienne nie odzywała się ani słowem, miała jedynie spuszczoną głowę. Odważyłem się spojrzeć w oczy hrabiemu, zachowując opanowanie.
- Znał się na magii, a że był przebudzony, to wszystkie zaklęcia zostały spotęgowane w swojej mocy.
Forkles cicho się zaśmiał, po czym zwinnym ruchem przyskoczył do mnie i chwycił mnie za gardło. Viv poderwała głowę na ten nagły zryw i lekko zbladła. Chciała już wykonać jakiś ruch, ale jedno spojrzenie hrabiego wystarczyło, by została na miejscu.
- Jesteś sprytny Arturku - warknął przez zaciśnięte zęby. - Ale przy okazji jesteś zbyt pewny siebie. Myślisz, że byłbym na tyle głupi by ci uwierzyć, że to co powiedziałeś to sama prawda? - jego uścisk niewiele się zwiększył. - Mów prawdę. Kto tam był?
- N-nie wiem - wykrztusiłem, próbując się uwolnić. - Jeden z przebudzonych.
- Czy ja do ciebie mówię w innym języku?! Przestań zgrywać bohatera i lepiej od razu zdradź, co się tam stało, bo nie ręczę za siebie.
Nie mogłem powiedzieć prawdy, bo cały nasz plan by się zawalił. Jednak jak daleko Forkles posunie się by wydobyć ze mnie informacje?
- Dobrze, spytam inaczej - warknął hrabia, chwytając za jeden z talizmanów. - Czy był tam mroczny mareritt? W masce kruka?
Zwlekałem z odpowiedzią, gdy wtem usłyszałem jak obok mnie na ziemię pada Vivienne. Złapała się za szyję, próbując nieudolnie chwytać powietrze. Ciche rzężenie wydobywało się z jej ciała, gdy coraz bardziej zaczynało jej brakować tchu. Hrabia nawet na nią nie patrzył, jedynie wściekłym wzrokiem wpatrywał się we mnie.
- Mów!
- Błagam, odpuść jej, możesz mnie nękać, ona nawet nie widziała nikogo…
- Powiedziałem m ó w!
Vivienne zsiniała na twarzy, ledwo mogąc się poruszyć. Próbowała coś mówić, ale silne zaklęcie hrabiego jej to uniemożliwiało. Byłem już bliski złamania i powiedzenia wszystkiego, żeby tylko nie musiała już cierpieć, gdy wtem drzwi komnaty otworzyły się z hukiem.
W progu stała Adamanta z zaciętym wyrazem twarzy. Widząc, co się dzieje wyglądała na zbitą z tropu.
- Co tu się znowu wyrabia?! Puść tę biedną dziewczynę! - krzyknęła ze złością, podchodząc do syna.
- Nie teraz matko, porozmawiamy później - warknął Forkles, zaciskając ręce na mojej szyi.
- Forklesie… - głos Adamanty zrobił się nieco łagodniejszy. Chwyciła hrabiego za nadgarstki, chcąc oderwać go ode mnie. - Twój ojciec nie byłby z ciebie dumny...
Po tych słowach zaszła w nim gwałtowna zmiana. Zaklęcie trzymające Vivienne nagle odpuściło, a moja siostra zaczęła się dławić, napływającym ponownie do jej płuc powietrzem. Moją szyję po chwili też uwolnił z miażdżącego uścisku. Rzuciłem się w stronę Viv, sprawdzając czy nie wymaga natychmiastowej opieki. Następnie odwrócił się szybko w stronę Adamanty i mocno chwycił ją za ramiona.
- Czy ja się nie wyraziłem jasno, co do tego by nie wspominać nigdy o ojcu? - syknął, miętosząc bufiaste rękawy jej sukni. - Czy mam ci może przypomnieć o tym jeszcze raz?
Wiecznie wyrażająca pogardę twarz Adamanty, teraz przybrała strachliwy wyraz. Jej usta lekko zadrżały, gdy pokręciła głową na “nie”.
- Wynoście się stąd - wysapał hrabia, nie spuszczając wzroku z matki. Jego usta wykrzywił złowieszczy uśmiech.
Wpatrywałem się w nią z lekkim niepokojem, zastanawiając się czy aby nie przypłaci czymś tej interwencji. Poczułem niewielką wdzięczność za to, że nam pomogła. Nie chcąc, by hrabia jeszcze bardziej się zdenerwował, pomogłem wstać Vivienne i opuściliśmy komnatę. Trzeba było zacząć szybko działać, bo hrabia może i na obecną chwilę nam odpuścił, ale czy się tak łatwo podda? Zaczynam w to wątpić.
Wszystko ładnie, pięknie ale czemu tak krótko?
OdpowiedzUsuń