Rozdział 21 Przygotowania
Vivienne
Hrabia zrozumiał, że spotkaliśmy Edwarda. Jednak wątpię, żeby dopatrzył się w tym jakiejś konspiracji. Pewnie uwierzył, że mu uciekliśmy i tyle. Tylko dlaczego tak bardzo chciał o tym wiedzieć? Co prawda może być to jedynie chęć złapania czarnego mareritta, wyjątkowego okazu, który by mu wiernie służył. Muszę o to spytać Aureliano przy najbliższej okazji.
Tak jakby moje myśli były zaklęciem, które się właśnie spełniło, do drzwi naszego pokoju ktoś zapukał, a po chwili wyłoniła się żołnierska postura generała.
- Czy mogę was prosić, żebyśmy się przeszli do ogrodów? Musimy porozmawiać - powiedział swoim niecierpiącym sprzeciwu tonem.
Oboje z bratem przytaknęliśmy, dając znak, że zrozumieliśmy. Generał wyszedł z pokoju, a my odczekaliśmy kilka bezpiecznych minut, zanim też udaliśmy się w stronę ogrodów.
Na dworze panowała przyjemna pogoda. Słońce nieśmiało przebijało się przez gęste, mleczne chmury, łaskocząc nas delikatnymi promieniami. Mocniej otuliłam się płaszczem, czując jak energiczny wiatr owiewa moje ciało. Z pobliskiego krzaka dochodziły nerwowe pokrzykiwania ptaszków, kłócących się o mały kawałek chleba. Raz jeden zrywał się do lotu, licząc że złośliwy kolega odda mu jedzenie, to zaraz opadał z powrotem, bo jego przeciwnik był zbyt uparty by puścić. Kiedy obok nich przeszliśmy, oba ptaszki odleciały na pobliską gałąź, jednak gdy zagrożenie minęło - znów powrócili do zapasów.
Przed nami rysował się znajomy kształt zielonego labiryntu. Tym razem odnalezienie właściwej drogi, poszło nam znacznie szybciej i wkrótce byliśmy już przy fontannie. Woda już z niej nie leciała, ponieważ służba martwiła się, że zamarznie i zniszczy misterną pracę.
Aureliano siedział na pobliskiej ławce, a gdy nas zobaczył, wykonał gest zaproszenia, abyśmy zajęli miejsca koło niego.
- Chyba nie muszę tłumaczyć, czemu was wezwałem? - spytał pogodnie.
- Znasz datę spotkania?
- Tak, jutro macie wolne, więc wtedy się do nich wybierzecie.
- Dosyć szybko, czy hrabia się nie domyśli niczego?
- Wątpię, bo jutro jest jego ulubiony dzień w tygodniu - gilotynowanie skazanych - burknął Aureliano, postukując nerwowo nogą. - Uwierzcie mi musiałoby niebo runąć, żeby go odciągnąć od tego.
Skrzywiłam się na dźwięk jego słów. Byłam niejeden raz świadkiem wykonywanych wyroków. Rzeczywiście hrabia zawsze wydawał się być wyjątkowo poruszony i zadowolony. Zajęciu oddawał się cały dzień, a na koniec ucztował wystawnie w zamku. W tym samym czasie ulicami miasta spływały czerwone strugi krwi, przypominające pokraczne, wyciągnięte ręce karmazynowych stworów z koszmarów.
- W razie czego, jakoś wam załatwię przykrywkę - kontynuował Aureliano, po czym zwrócił głowę w naszą stronę. - Postarajcie się ustalić jak najwięcej, bo nie wiem, kiedy znów nadarzy się okazja, abyście się spotkali.
- Dobrze, dziękujemy generale - powiedział Artur, wstając z ławki.
Kiedy również się podniosłam, przypomniałam sobie, że miałam o coś spytać dowódcę.
- Co łączy Forklesa z Edwardem?
Aureliano był widocznie zaskoczony tym pytaniem, bo przez pewien czas się nie odzywał. Wreszcie wydał z siebie ciche westchnienie i przeczesał włosy dłonią.
- Nienawiść. Czysta nienawiść o jakiej nikomu się nie śniło - odparł cicho, spuszczając w dół głowę. - Jeżeli myślicie, że to co mi hrabia zrobił było okrutne, to nie będziecie sobie mogli w stanie wyobrazić, co Edward musiał przejść.
- Co takiego się wydarzyło? - spytałam, czując że nie będzie to wesoła historia.
- Ja znam jedynie fragmenty całej historii, reszta była na tyle mroczna, że Edward jej nie wyjawił. Wiem tyle, że był kimś ważnym dla hrabiego, bo jego komnata była tuż obok tej należącej do Forklesa. Do jego zadań należało szpiegowanie ważnych osobistości Miasta Cieni i donoszenie o wszystkich podejrzanych sprawach. Oprócz tego był także dowódcą Rubinowych Cieni, to po nim przejąłem tę funkcję, razem z nimi brał udział w najkrwawszych eksterminacjach. To wybitnie uzdolniony mareritt, tyle że o zbyt potężnej mocy, która w rękach Forklesa była źle wykorzystywana.
- Jakim cudem pojawił się tu mroczny mareritt, skoro nie słyszano o nich od wielu lat?
- No tak...wy nie wiecie - szepnął Aureliano, a jego ręka lekko zadrżała. - Edward wcale nie jest mrocznym marerittem, przynajmniej nie takim o jakim myślicie. To hybryda. Dzieło chorego umysłu Forklesa. Kiedy był młody, hrabia wszczepił mu czarne oko mareritta, które ku zdziwieniu każdego naukowca przyjęło się i obdarzyło dziecko wszechpotężną i obezwładniającą mocą mrocznej magii.
- Niemożliwe… - szepnął zszokowany Artur. - Żaden zwykły śmiertelnik nie byłby w stanie tego przeżyć!
Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie powiedział nam Aureliano. Jakim trzeba być potworem by skazać niewinną osobę na wieczne potępienie oraz egzystowanie z czymś takim? Teraz już rozumiem skąd ta cała nienawiść Edwarda do wszystkiego i wszystkich. Ciężko mi żyć ze świadomością, że jestem marerittem, którego każdy by chciał zabić, ale jak musi się on czuć? Wiedząc, że kiedyś był człowiekiem, zwykłym magiem, mógł wieść dalej spokojne życie, a uczyniono go chorym eksperymentem?
- Edward nie ma złych zamiarów. To dobry przyjaciel i rzuciłby się w ogień, żeby ratować osoby, którym ufa. Jednak czasem ten otaczający go mrok jest zbyt silny, przytłacza go, przez co może krzywdzić innych, chociaż wcale nie ma zamiaru. Dlatego się od wszystkich odciął, zamykając się w sobie, razem ze swoimi demonami. Chciałbym mu pomóc, ale nawet nie wiem jak… - Aureliano wyraźnie posmutniał.
- Czy da się to jakoś cofnąć? - spytałam, kładąc dłoń na ramieniu generała.
- To było tyle lat temu, ale Edward cały czas szuka jakichś wskazówek, informacji lub starych zapisków. Jednak żadne źródła nigdy nie wspominały o hybrydach, nie takich stworzonych przez drugiego człowieka - Na chwilę zamilkł, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz. - Kiedyś… kiedyś spróbował jednego wyjścia, które wydawało mu się sensowne - rzucił się z najwyższego piętra wieży, myśląc że twardy bruk ulży mu w cierpieniach. Jednak mareritt, jak potężny by nie był, nie jest w stanie sam się zabić, ponieważ uniemożliwia mu to jego wewnętrzny demon. W ostatniej chwili przejął władzę nad jego ciałem i go po prostu uratował przed śmiercią. Od tamtej pory Edward zaczął mieć z dnia na dzień coraz większą obsesję, na punkcie tego kim lub czym w ogóle jest.
- Ale jakim cudem Forklesowi udało się osiągnąć coś takiego? Skąd w ogóle wziął oko mrocznego mareritta? - Artur był wyraźnie zdezorientowany całą historią. Wpatrywał się w generała czekając na odpowiedź.
- Nie wiem, naprawdę nic nie wiem - powiedział Aureliano, wzruszając ramionami. - Mam wrażenie, że nawet sam hrabia nie spodziewał się, że to wyjdzie. Zaryzykował po prostu. Zabawił się życiem Edwarda jak zwykłym żetonem w kasynie, stawiając wszystko na jedną kartę. Tym razem wygrał, ale być może już wcześniej próbował…
To mi przypomniało dawne wspomnienie o plotce krążącej w Mieście Cieni. Dużo ludzi wspominało, że Forkles eksperymentował na swoim bracie, próbując otrzymać mrocznego mareritta, ale przecież wszystkie źródła donoszą o jego śmierci. Czyli musiało się to stać przed przypadkiem Edwarda.
- Po co tak bardzo pragnął mieć mrocznego mareritta? Przecież słyną z tego, że są nie do okiełznania, nie lepiej mieć coś nad czym można sprawować władzę?
- O to mu właśnie chodziło. Stworzył niepowstrzymany chaos, który usuwa wszystko co stoi na jego drodze. Wypuszczając taką moc na polowanie można było otrzymać tylko jedno - rozlew krwi. A to chciał osiągnąć. Dzięki temu siał postrach w mieście i nikt nie wychodził przed szereg, bo wiedzieli, że mogło ich czekać spotkanie z ulubioną zabawką hrabiego.
- W takim razie jak mu się udało uciec? - spytałam, drapiąc się po policzku. Skoro Edward był dla Forklesa jak największy klejnot, to musiał go trzymać pod najsurowszą ochroną. - Ktoś mu pomógł?
- Owszem otrzymał pomoc. A dokładniej ode mnie i Fernesa. Ja wtedy byłem zwykłym, nic nie znaczącym Rubinem, głównie patrolującym miasto. Kiedyś miałem okazję wziąć udział w misji, której głównym ogniwem był właśnie Edward. To co zobaczyłem… jest nie do opisania. Jednak wiedziałem, że cierpi kiedy musiał przybierać tę mroczniejszą formę. Dlatego wyciągnąłem do niego rękę. Z pomocą także przyszedł nam Fernes.
- To piękne, co dla niego zrobiliście. Ryzykowaliście w końcu własnym życiem - powiedziałam, ściskając ramię generała. - Edward nie mógł wybrać lepszych osób na swoich przyjaciół.
- Może i masz rację, ale i tak nie pomogliśmy mu z najgorszym - westchnął ciężko, po czym powoli podniósł się z ławki. - No dobrze, za długo już rozmawiamy, ktoś zaraz zacznie coś podejrzewać. Pora na was.
Spojrzałam na Artura, który dalej wyglądał na zamyślonego i kiwnęłam głową na znak, że rzeczywiście powinniśmy już pójść. Kiedy już zmierzaliśmy w stronę wyjścia z labiryntu, odwróciłam się i ujrzałam zgarbionego generała, stojącego nad fontanną. Jego ciałem wstrząsały dreszcze, w akcie niemej rozpaczy nad losem najbliższego przyjaciela.
Następnego dnia, tuż po przebudzeniu, skierowaliśmy się do stajni, aby szybko osiodłać konie i opuścić zamek, tak by nikt się nie zorientował. Jadąc znajomą już nam drogą, nie czułam się tak dziwnie jak za pierwszym razem. Znów widziałam ten sam plac, zewsząd zapełniony ludźmi oraz głośno krzyczącymi sprzedawcami. Po chwili naszym oczom ukazał się szyld karczmy. Przywiązaliśmy do stojącego obok słupa konie i ze spokojem weszliśmy do budynku.
Jednak tym razem zamiast obskurnej, ponurej i szarej karczmy, od razu powitało nas ciepło oraz wesołe śmiechy. Przy barze stał ten sam chłopak co ostatnio, a widząc nas od razu zniknął za zapleczem. Po chwili znów powrócił i skinął na nas, żebyśmy za nim poszli.
Weszliśmy do pomieszczenia, w którym ostatnio przyjmował nas Magnus. Teraz wokół stołu siedziała cała trójka marerittów, a przy pianinie przygrywała Evelynn.
- Nie trzeba było na was długo czekać - odezwał się pierwszy Edward zimnym głosem, strzepując niewidzialny kurz z pliku kartek, które trzymał przed sobą. - To dobrze, bo mamy sporo do omówienia.
Po tym, co usłyszałam od Aureliano, ciężko mi było nie czuć współczucia dla Edwarda. Możliwe, że to w jakiś sposób zauważył, bo wpatrywał się we mnie zamyślonym wzrokiem. Pewnie zawsze emanowałam przy nich buntowniczą aurą, a teraz nagle cała złość poszła w odstawienie. Moriana przyjaźnie poklepała puste miejsce obok siebie. Usiadłam, uśmiechając się lekko, ale napotkawszy jadowity wzrok Fernesa, od razu mina mi zrzedła. Czy on nie potrafi wyrażać innych uczuć oprócz złości?
- Masz już jakiś pomysł jak dostać się do zamku? - spytał Artur, siadając obok mnie.
- Pomysłów mam wiele, grunt to przygotowanie - odparł zielonooki, rozkładając jedną z kartek, która okazała się być jakąś mapą. - To jest plan całego zamku, każdego jego zakamarku, wraz z pokojem hrabiego. Tak jak do jego komnaty prowadzi kilka przejść, tak z podziemnymi lochami mamy większy problem. Jedyne przejście prowadzi schodami, znajdującymi się w specjalnej przybudówce, gdzie z reguły urzędują Rubini na straży.
- Chcesz ich przekupić czy wywołać zamieszanie, by odciągnąć ich uwagę? - spytałam, przyglądając się bacznie mapie.
- Nie będę musiał robić żadnej z tych rzeczy - mruknął Edward, bawiąc się srebrnym sygnetem, wsuniętym na palec wskazujący. - Całą sprawę załatwi twój brat. W końcu uważasz się za najlepszego mentalistę, nieprawdaż Arturze? - chłodne spojrzenie zielonych oczu wwiercało się w postać mojego brata.
Artur był wyraźnie zaskoczony, że zostało mu przydzielone od razu, aż tak odpowiedzialne zadanie. Jednak nie dał po sobie tego poznać, więc uniósł lekko głowę i wytrzymał prowokujący wzrok Kruka.
- Z reguły przebywa tam od dwóch do czterech osób, więc raczej nie będę miał większych problemów by ich unieruchomić - odparł spokojnie, krzyżując ręce na piersi.
- Cudownie, jedna sprawa z głowy.
- No dobrze, ale jak wy się dostaniecie do środka?
- Ustaliliśmy, że Fernes spróbuje dostać się w szeregi strażników, dzięki czemu będzie mógł być przy wpuszczaniu gości do zamku. Natomiast ja z Mor będziemy podszywali się pod jakichś bogatych mieszczan.
- A co jak Fernesowi się nie uda? - spytał Artur, a Lew natychmiast spiorunował go nienawistnym wzrokiem. Blondyn lekko się speszył pod wpływem ostrego spojrzenia. - Oczywiście nie mówię, że się nie uda…
- Jest też plan B - wtrącił Edward, klepiąc po ramieniu Fernesa, w akcie uspokojenia przyjaciela. - Bardziej niewygodny i mniej bezpieczny. Musielibyście nas schwytać i zabrać do zamku, jako osoby podejrzane o bycie marerittami. Jednak jest duże ryzyko, że zaraz nas rozpoznają, bo skromnie mówiąc - jesteśmy dosyć znani, w niektórych kręgach - lekko uniósł kąciki ust, a oczy mu rozbłysły. - Ale jeżeli będzie to jedyne wyjście z sytuacji, to coś na to poradzimy.
- Może jesteśmy w stanie jakoś pomóc ze zwerbowaniem Fernesa?
- Spróbuję poprosić Aureliano, żeby uruchomił swoje kontakty, oby tylko nie wydało się to być zbyt podejrzane. Wątpię jednak, żeby to było takie ciężkie, niejednokrotnie udawało nam się znaleźć wejście do gorszych miejsc - odparł, a wokół jego dłoni znów zmaterializowały się kulki cieni. Przeciągnął po nas badawczym wzrokiem, po czym zatrzymał się na mnie. Poruszyłam się nerwowo, czując, że wpatruje się w opaskę na białym oku.
- A co jak już dostaniecie się do środka? - spytałam, próbując odciągnąć jego uwagę od siebie. - Skoro jesteście dosyć rozpoznawalni…
- Bal Forklesa to nie byle jaki bal - wtrąciła Mor, przeczesując puszyste włosy. - Każdy zaproszony gość musi się jakoś przebrać. Mogą to być postacie fantastyczne lub historyczne. Całkowita dowolność!
- Zakładając strój i dodatkowo maski nikt nie powinien nas rozpoznać - wyjaśnił Edward. - Dzięki temu będziemy w stanie brać udział w zabawie. Dodatkowo z pomocą magii upodobnimy się do jakichś znanych osobistości Miasta Cieni.
- Ty oraz Artur będziecie musieli być w okolicy, gdy rozpocznie się występ matki hrabiego oraz słynny walc, które są wstępem do całej zabawy. W tłumie tylu osób może być ciężko ze znalezieniem się, ale jakoś nam się to uda - Mor ścisnęła mnie za rękę z uśmiechem na twarzy.
- Jest też szansa, że wejdziemy po cichu do lochów - wtrącił nagle Fernes. - Wcale nie musimy ich obezwładniać. Może będę w stanie ukraść klucz do drzwi prowadzących do podziemi. Jednak niczego nie obiecuję.
- To wszystko wyjdzie już w dniu balu. Mamy kilka zapasowych planów, więc musi się udać - dodał Edward, po czym zlustrował chłodnym wzrokiem mojego brata. - Pytanie tylko, czy na pewno zdobędziesz klucz do komnaty hrabiego?
- O to się nie martw. Skoro obiecałem, że to zrobię, to tak się stanie.
- W porządku. Trzymam cię za słowo, ale jeżeli tego nie zdobędziesz, to pożegnacie się z szansą na ucieczkę…
Na dźwięk jego słów wszystko się we mnie zagotowało, a wcześniejsze współczucie wyparowało. Rozumiem, że wiele ryzykują, aby nas stamtąd wyciągnąć, ale żeby posuwać się do gróźb? Dla Edwarda liczy się tylko jego własny interes w danej sprawie. Nie interesują go inni, ważne by osiągnąć cel. Może i to najlepsza taktyka, aby przetrwać w tej otchłani piekła, ale i tak poczułam niesmak odrazy, na myśl, że mógłby nas tam zostawić. Jednak wyraz zszokowania na jego twarzy, gdy zobaczył moje oko, nie był udawany, więc czy naprawdę tak łatwo porzucił by plan naszego uwolnienia? Gdzieś w zakamarkach jego niezwykłego umysłu zapewne zakwitła myśl o tym, by sprawdzić czym jestem. Nie jestem tylko pewna, czy ja sama bym chciała się tego dowiedzieć.
- Możesz sobie darować swoje szantaże - warknęłam, wbijając w niego wzrok. - Dobrze wiemy, co nas czeka.
Czarnowłosy zmrużył oczy, ale nic nie powiedział. Włożył jedynie dłoń do kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej małą paczuszkę. Położył ją przede mną i otworzył. Wewnątrz znajdowały się dwa srebrne pierścienie.
- Są magiczne. Dzięki nim będzie wam łatwiej nas znaleźć w tłumie ludzi. Gdy znajdziemy się w pobliżu zaczną pulsować ciepłem. Sprawiają też, że magia, której użyjemy do naszej metamorfozy zniknie.
Delikatnie wyjęłam jeden pierścień z pudełeczka i wsunęłam go na palec. Był cienki, więc z daleka praktycznie niewidoczny. Jego powierzchnię pokrywały różne tajemnicze znaki, wyglądające na nieznaną i starą magię. Ciekawe kto mu je podarował, bo raczej sam nie zna tak pradawnych zaklęć.
Już miałam mu dziękować, kiedy do pokoju wpadł chłopak, pracujący w karczmie. Był cały blady, a oczy miał rozszerzone w niemym przerażeniu. Jedna ręka lekko mu drżała, kiedy wskazywał nią za siebie.
- Magnusie Rubini tu są - powiedział drżącym głosem, patrząc błagalnie na właściciela.
Fernes poderwał się z miejsca i skierował w naszą stronę swoje błyszczące rewolwery. Ich lufy wydawały się groźnie na nas spoglądać.
- Kogo przyprowadziliście, cholerni zdrajcy?! - warknął, a w jego oczach zawirowały mroczne ogniki nienawiści.
- My?! Nikogo, naprawdę! - odpowiedziałam, równie zszokowana co reszta.
- Oni nie kłamią - odparł ze spokojem Edward. - Ktoś musiał ich śledzić. Jak na wyszkolonych zabójców jesteście bardzo nieuważni…
- Przepraszamy… - szepnęłam cicho.
- Nie ma czasu na przeprosiny - powiedział Magnus wstając. - Jeżeli wiedzą, że tu jesteście to będą chcieli przeszukać budynek. Nie mogą was tu znaleźć, bo wszyscy zawiśniemy. Evelynn, moja droga zabierz ich, a ja pójdę do Rubinków.
Kupiec wyszedł wraz z przerażonym chłopakiem. Evelynn zagrała melodię na pianinie, po czym nagle przed nią otworzyło się małe przejście. Kiwnęła na nas, abyśmy za nią podążyli.
- Następnym razem bądźcie bardziej uważni. To miasto żywi się takimi jak wy - powiedział melodyjnym głosem Edward.
Artur skinął głową, po czym oboje weszliśmy tajnym przejściem do ciemnego korytarza. Ciągnął się jakiś czas, aż napotkaliśmy kolejne drzwi. Evelynn je otworzyła i zobaczyliśmy, że jesteśmy na dworze, na tyłach karczmy.
- Uważajcie na siebie - szepnęła kobieta. Uścisnęła nam dłonie i rzuciła ostatni ciepły uśmiech, po czym zniknęła.
Wraz z Arturem cicho przemknęliśmy obok głównego wejścia. Odwiązaliśmy konie i pognaliśmy z powrotem do zamku.
Komentarze
Prześlij komentarz