Rozdział 22 Zawrót głowy
Moriana
Spoglądałam z uwagą na zamyślonego Edwarda. Bawił się srebrnym pierścieniem, obracając go raz w jedną raz w drugą stronę. Wiedziałam już w momencie, gdy pierwszy raz usłyszałam o sprawie bliźniąt, że on ma jakiś większy plan. Jednak jak zwykle wszystko zaczynało się w jego głowie i tam też zostawało. Nikt z nas nie jest w stanie go rozczytać, co mnie niezmiernie irytuje. Jesteśmy jak rodzina, a tu jak zwykle muszą być jakieś sekrety.
- Co ty znowu kombinujesz? - spytałam z podejrzliwością mrużąc oczy.
Edward przestał na sekundę obracać pierścień. Spojrzał na mnie i się tylko uśmiechnął, po czym ponownie wrócił do swojego pasjonującego zajęcia.
- Czy ty mnie właśnie zignorowałeś!?
- Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłaś? - zapytał, patrząc niewinnym wzrokiem.
- Te słodkie oczka, to zostaw dla innych. Ja cię przejrzałam Edwardzie Morket i widzę, że coś knujesz.
Oparłam się z założonymi rękoma i gniewnie na niego spojrzałam. On tylko się cicho zaśmiał. Pstryknął palcami i na jego ramieniu pojawił się duży kruk. Ptak cicho zakrakał, a gdy Edward wyciągnął do niego dłoń, położył na niej głowę i lekko uszczypnął dziobem.
- Nie obrażaj się Mor, dowiesz się w swoim czasie - mruknął, głaszcząc kruka. Zwierzę wydało cichy gardłowy pomruk, sygnalizujący, żeby mareritt nie przestawał. W oczach zielonookiego błysnęło rozbawienie.
- Czy ty w ogóle wiesz na jak bardzo niebezpieczne zadanie się zgodziłeś?
Milczał, unikając mojego spojrzenia. Wiedział, że dużo ryzykujemy, ale jego interesy oczywiście były ważniejsze. Jednak chociaż mogę się wściekać na niego, muszę również przyznać mu rację. Bliźnięta nie wiedziały, dlaczego Edwardowi tak zależy na dostępie do komnaty hrabiego, ja natomiast miałam przyjemność poznać chociaż cząstkę jego planu.
Forkles zapewne w swoim biurku trzyma tysiąc intrygujących papierów, ale nam zależy tylko na jednym szczególnym - umowie z firmą zajmującą się produkcją broni przeciwko marerittom. Hrabia myśli, że jak urządzi sobie ogromną konferencję z tymi sprzedającymi się magami, to nikt o niej nie usłyszy. Tyle, że nie docenia naszych szpiegów, którzy z łatwością dostali się do Złotego Belwederu, gdzie to uroczyste spotkanie było prowadzone. Tam też, na oczach wszystkich niewzruszonych magów, doszło do makabrycznego zabójstwa mareritta, za pomocą nowo odkrytego specyfiku.
Edward gdy tylko o tym usłyszał, wpadł w tak ogromny szał, że nawet Fernes schodził mu z drogi przez kilka dni. Od razu zabrał się za szukanie osób odpowiedzialnych za produkcję tej tajemniczej substancji. Nie chciało mu się wierzyć, że ktoś tak obłudny i krótkowzroczny jak nasi magowie, mógłby wymyślić tak skuteczną rzecz. Jednak z opowiadań naocznych świadków, to podobno naprawdę zadziałało. Efekt błyskawiczny, osłabienie natychmiastowe, kończące się śmiercią. Podobno podano mu zbyt dużą dawkę. Chciano go tylko osłabić i trochę pomęczyć. Jednak zbyt dużo osób widziało jego śmierć i co najgorsze - spodobało im się to. W końcu po co komuś coś co osłabi moc mareritta, gdy może go najzwyczajniej w świecie zabić?
Stąd całe zamieszanie. Wszyscy zaczęli się martwić o to, kiedy ta trucizna wejdzie na rynek. Tylko, że problemom nie było końca. Pomimo starań najlepszych szpiegów i samego Edwarda, nie udało im się odnaleźć miejsca, w którym by produkowano lub przetrzymywano specyfik. Magnus próbował wypytać hrabiego, udając, że sam chce coś takiego kupić, ale jego wysiłki poszły na marne. Jedyne co udało nam się uzyskać to informacje, że musi być spisana jakaś umowa między władcą a tą firmą. Inaczej nie mogliby prowadzić żadnej działalności. Podejrzewam także, że Forkles zamówił już dla siebie cały zapas, więc jakieś potwierdzenie zakupu musi być w jego biurku. Dlatego tak nam zależy na dostaniu się do jego komnaty.
Jeżeli poznamy miejsca, w których znajdują się laboratoria magów, odpowiedzialnych za produkcję trucizny, moglibyśmy szybko się jej pozbyć. Jednak tym razem wykazali się sprytem. Zapewne domyślili się, że grupy marerittów będą zaraz węszyć i w końcu się dowiedzą o ich tajnej broni.
Podejrzewam, że Edward może chcieć wyciągnąć jakieś informacje od Artura i Vivienne. Nie wykluczam też opcji, że zwerbuje ich w nasze szeregi. W końcu należą do Rubinów, więc na pewno znają ważne osobistości Miasta Cieni. Te informacje w połączeniu z ich umiejętnościami tworzą z bliźniąt dobrą parę szpiegów. Tyle, że coś musi się jeszcze czaić w jego planie.
- Mor wiesz, przecież że bez powodu bym nie ryzykował. Zresztą czy to nasza pierwsza taka akcja? - spokojny głos Edwarda przerwał moje rozmyślania. Patrzył w dal, a jego oczy przysłoniła szara mgła.
Miał rację. Nie jestem w stanie podać dokładnej liczby osób, które uratowaliśmy, ale niedługo pewnie wybiłaby jubileuszowa setka. Jednak żadna z tych osób nie była tak…tajemnicza?
Bliźnięta, które większość życia żyły na ulicach Miasta Cieni, a jednak nikt o nich nie słyszał. Zwłaszcza, że Vivienne ze swoją unikalną mocą wyróżnia się i to znacznie. W dodatku Forkles trzyma ich mocno w ryzach, a nie wydaję mi się, że wie o białym oku Liquet. Pomimo tej niewiedzy wydaje się być bardzo zainteresowany dwójką marerittów.
Sama nie mogłam znieść tej niewiedzy i postanowiłam popytać paru osób. Kilka kolejek piwa wystarczyło by rozwiązać języki kilku strażników. Tyle, że żaden nie powiedział mi nic sensownego. Znają ich tylko jako dowódców określonych oddziałów Rubinów i nic więcej. Dotarło do mnie, że musieli widocznie albo mieć w przeszłości jakiś pseudonim albo też ci co wiedzą o nich więcej niż powinni, zbyt dobrze się ukrywają.
- Tajemnice, psiakrew. Zarówno ty jak i Forkles wiecznie coś knujecie. Jak dwie krople wody - prychnęłam, wskazując na niego palcem.
Edward łypnął na mnie groźnie, a kruk otworzył dziób, dziko skrzecząc, jakby i jego te słowa zdenerwowały.
- Gdzie poszedł Fernes? - spytałam zrezygnowana, wiedząc że nic więcej już z niego nie wyciągnę.
- Ma sprawdzić czy uda mu się dostać jakąś przepustkę do straży hrabiego. Jednak nie wątpię, że na koniec dnia znajdziesz go tam, gdzie zawsze.
- Pijanego w karczmie - dokończyłam niemrawo.
Fernes kocha dwie rzeczy: alkohol i hazard. Dlatego jego ulubionym miejscem są karczmy. Jednak rzadko bywa tu u Magnusa, bo wie że by nieźle oberwał za takie ciągłe upijanie się. Natomiast hazard jest wiecznym tematem kłótni między nim a Edwardem. Gdyby nie ogromne wpływy naszego mrocznego mareritta, to najpewniej Fernes zginąłby zasztyletowany w cuchnącym, ciemnym zaułku, z powodu licznych długów. Tak właśnie widzą go inni, ale my wiemy skąd się biorą jego destrukcyjne zachowania.
Pewnego dnia, gdy Fernes był małym chłopcem, w jego domu pojawili się ludzie hrabiego i aresztowali całą rodzinę. Zarzuty przedstawiały się jasno - ktoś doniósł, że są marerittami. Jednak Forkles pozwolił im wybrać. Nie dostaną kary śmierci, jeżeli zgodzą się dla niego pracować. Rodzina zaakceptowała postawione warunki. Ojciec był bardzo dobry z rachunków, więc został przydzielony jako nadzorca skarbu miasta. Matkę zatrudniono jako służącą. Natomiast Fernes trafił do grupy chłopców w jego wieku, których szkolono na żołnierzy. Jednak w najgorszej sytuacji była jego młodsza siostra. Takiej małej dziewczynce nie dało się nic zaproponować, więc Forkles ją sprzedał bogatemu mieszczanowi. Nikt nie wie, co się z nią później działo, ale po roku jej rodzice otrzymali tylko list, że ich córka zmarła w wyniku nieznanej choroby. Wszyscy byli zrozpaczeni tymi wiadomościami. Tylko, że Fernes zamienił swój ból na wściekłość, co wzmocniło jego już i tak silne moce ognistego mareritta.
Nienawidził Forklesa każdą cząstką swojego ciała. Pragnął pomścić swoją siostrę, ale nie wiedział jak. Aż w końcu poznał Edwarda. Ich pierwsze spotkanie było niezbyt miłe, ponieważ Morket przyłapał Fernesa, gdy ten próbował podłożyć kulę ognia pod drzwi komnaty hrabiego. Wpierw naszemu awanturnikowi srogo się dostało za tę próbę zamachu. Jednak po tym jak Edward zamknął go w celi, by odbył karę, wsunął mu do kieszeni list. Tam opisał jego własną sytuację i że pragnie wyrwać się z tego okropnego miejsca, jakim jest zamek.
Fernes początkowo nie chciał mu w tym pomagać, bo bał się o swoich rodziców. Jeżeli on ucieknie, to mogą zostać za to ukarani, a tego by nie zniósł. Dlatego mu odmówił. Edward nie podejmował kolejnej próby namówienia go, ale też nie zostawił go na pastwę losu. Zaprzyjaźnili się i razem sobie pomagali, gdy któreś wpadło w kłopoty. Oboje się nawzajem uzupełniali. Fernes rozśmieszał skrytego kompana niedoli, a on za to ostudzał płomienny zapał ognistego mareritta.
Tym, co wpłynęło na zmianę jego zdania była jedna z późniejszych misji. Fernes był wtedy żołnierzem gwardii hrabiego, natomiast Edward służył jako dowódca Rubinów. Rzadko pojawiały się okazje, w których wymagana była obecność ich dwójki. Jednak pewnego dnia hrabia połączył ich oddziały i wysłał zbadać podejrzane miejsce, w którym miała znajdować się kryjówka marerittów.
Wtedy Fernes zobaczył kim tak naprawdę jest Edward. Pierwszy moment szoku sprawił, że zaczął się bać przyjaciela, ale gdy zobaczył ogromny ból w jego oczach, zrozumiał że nie robi tego z własnej woli. Kilka dni później zapytał go, czy jest jakiś sposób, żeby otoczyć jego rodziców ochroną. Morket powiedział, że postara się coś wymyślić. Udało mu się przekonać jednego z doradców hrabiego - naszego drogiego Magnusa. Miał on w razie wypadku ostudzić gniew Forklesa. Kiedy Fernes o tym usłyszał, postanowił, że ucieknie razem z Edwardem z zamku. Tak jak powiedział, tak zrobił i udało się to obu. Wiedział, że jego rodzice żyją, bo raz w miesiącu spotyka się z matką na targu. Od tego momentu jego celem w życiu stało się uratowanie rodziny.
A skąd to wszystko wiem? Bo pijany Fernes to wyjątkowo gadatliwy Fernes. Tyle, że oprócz tego wiem też o rzeczach zbyt obrzydliwych, by cieszyć się z posiadanej wiedzy.
- Mor, co sądzisz o bliźniętach? - spytał nagle Edward, wracając do tematu, który myślałam, że już porzuciliśmy.
- Cóż…ciężko mi cokolwiek o nich powiedzieć, bo ledwo ich znam - odpowiedziałam szczerze, wzruszając ramionami.
- Gdy walczyłem z Vivienne, to w ogóle nie używała swoich mocy. Jedynie czułem od niej podstawowe zaklęcia. Ot zwykła tarcza przed czytaniem myśli, zapewne i tak rzucona przez jej brata. Nigdy natomiast nie posłużyła się okiem. Dlaczego?
- Może po prostu nie chciała się zdradzić? - odparłam, uważając to za najbardziej logiczne wyjście.
- Nie…to coś innego - zawiesił głos, a kąciki jego ust niezauważalnie drgnęły.
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Jaki on ma w tym wszystkim interes? Po co wnikać głębiej w ten temat? Pokręciłam głową, przywołując w głowie obraz dwójki Rubinów.
Bliźnięta wydają się być z pozoru zbuntowanymi osobami, ale w oczach Vivienne dojrzałam coś bardzo znajomego - rozpacz skrzywdzonego mareritta. Ten sam widok mam codziennie przed lustrem, gdy obserwuje swoje odbicie. Dlatego od razu poczułam tworzącą się między nami nić porozumienia. Zwłaszcza, że na co dzień muszę znosić albo gniewnego Fernesa albo milczącego Edwarda. Brakuje mi towarzystwa drugiej kobiety, która by ze mną plotkowała o tym, jakie piękne materiały na sukienkę kupiłam. Albo razem narzekałybyśmy na fochy obu marerittów.
Natomiast w Arturze wyczułam czającą się gorycz przegranej walki ze światem. To jak stara się chronić swoją siostrę przed całym złem tego miasta, sprawiło że poczułam dla niego respekt. Chociaż z początku wydawał się być znacznie bardziej powściągliwy i opanowany niż jego siostra, to jednak czasem pulsowała od niego fala wściekłości. Jednak wymagam od niego rewanżu za nasz pojedynek!
- Myślę, że to dobrzy ludzie Edwardzie - powiedziałam cicho po dłuższej chwili.- Tylko skrzywdzeni. Jak my - na chwilę zamilkłam, patrząc na niego uważnie. - Dlatego proszę cię, nie krzywdź ich jeszcze bardziej.
W jego zielonych oczach panował beznamiętny chłód. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował w ostatniej chwili. Podparł jedynie głowę ręką i przechylił nią w zamyślonym geście.
- Przestań tak wszystko w sobie dusić i mi wreszcie powiedz o co chodzi! - warknęłam, zniecierpliwiona jego zachowaniem.
- Idę rozeznać się, kto będzie na tym balu. Nie czekajcie na mnie z kolacją.
Powiedział tylko tyle, po czym wstał, narzucił płaszcz i skierował się do wyjścia. Kruk cały czas siedział na jego ramieniu bacznie mnie obserwując.
- A niech cię kule biją, Edwardzie Morket! Ciebie i te twoje wieczne sekrety!
Patrzyłam, zaciskając zęby ze złości, jak nawet się nie odwrócił w moją stronę. Wyszedł bez słowa. Westchnęłam z bezsilności i przymknęłam oczy. Po chwili usłyszałam jak drzwi ponownie się otwierają i zobaczyłam w nich zdyszanego Fernesa.
- Tak szybko cię wyrzucili? - spytałam z kpiącym uśmieszkiem na twarzy.
- O czym ty mówisz? A zresztą, nieważne. Jest sprawa.
Usiadł na krześle naprzeciwko mnie, próbując złapać oddech. Gdy po minucie się uspokoił, spojrzał na mnie ciepłym wzorkiem. Zbyt ciepłym jak na niego.
- Co się dzieje, bo twoja mina mówi mi, że coś ode mnie chcesz - burknęłam, marszcząc nos z niezadowoleniem.
- Morianko, moja droga - na widok mojego wściekłego wzroku uciął w połowie zdania. - Wiesz, że ty jesteś najlepsza jeżeli chodzi o dyskusje i rozmowy, prawda?
- Mhm, o ile nie wliczamy w to Edwarda. Ale o co chodzi?
- Miałem załatwić przepustkę do straży hrabiego. Dlatego poszedłem do znanego fałszerza, żeby mi taką załatwił, ale on powiedział, że już takich nie sprzedaje. Podobno wojsko Forklesa nikogo nie przyjmuje. Myślał, że się na to nabiorę i że niby zacznę go błagać na kolanach, a potem on by mi zaproponował niebotyczną cenę za to? Po moim trupie, więc mu powiedziałem…
- Że jest dobrym człowiekiem, ale nie ma racji, tak? - powiedziałam głosem pełnym nadziei, że wybrał właściwe słowa.
Fernes skrzywił się, a grzeczny uśmiech zniknął z jego twarzy. Zastąpiły go plamy wstydu na policzkach. Wyglądał jak zbity pies. Westchnęłam z rezygnacją, masując skronie, którą zalała fala bólu. Jeden nic nie mówi, a drugi za to aż za dużo!
- Błagam powiedz, że go chociaż nie podpaliłeś - jęknęłam, zakrywając oczy dłonią, nie chcąc widzieć jego reakcji.
- T-tylko troszeczkę…
- Fernes! Już ci mówiłam, że nie możesz podpalać potrzebnych nam osób!
- Ale mnie wyjątkowo zdenerwował - burknął, odwracając wzrok.
- I co ja mam z tym w takim razie zrobić?
- Czy mogłabyś z nim porozmawiać? Przeprosić i użyć tych swoich ładnych oczek do tego, by jednak wyciągnąć od niego tę przepustkę.
- Upiekę cię kiedyś żywcem! Mam już sporo roboty, a ty jak zwykle jakąś mi musisz dołożyć.
Byłam zła, ale niestety musimy mieć dostęp do wojska hrabiego. Owszem są inne wyjścia, ale o wiele bardziej ryzykowne i wolę ich nie wybierać.
- Dobrze, gdzie on dokładnie ma swoją pracownię? - zapytałam, na co oczy Fernesa się rozjaśniły.
- Dziękuję ci! Odwdzięczę się jakoś, przysięgam!- Jego usta rozszerzyły się w szelmowskim uśmiechu, gdy wstał z krzesła i wyciągnął w moją stronę ramię. - Proszę za mną, panno Mor.
Przewróciłam oczami, ale w duchu się zaśmiałam, widząc jak próbuje mnie udobruchać. Chwyciłam podane mi ramię i skierowaliśmy się do drzwi.
- Tylko nie mów o tym Edwardowi, bo by mnie z pewnością zabił
Komentarze
Prześlij komentarz