Rozdział 23 Tajemniczy mężczyzna
Artur
Patrzyłem z niechęcią jak matka hrabiego dostojnym krokiem zbliża się w moją stronę. Miała na sobie bufiastą suknię w kolorze świeżej pomarańczy, która w promieniach słońca świeciła się złocistym blaskiem. Tuż przy dekolcie miała wyszyte drobne szare gałązki ze złotymi listkami. Obok nich odchodziły łodygi, zakończone perłowymi różyczkami. Cały misterny haft ciągnął się aż do pasa, gdzie przechodził potem w kilka rzędów bursztynowych kamyków. Adamanta wiedziała jak się ubrać, żeby zachwycać wszystkich dostojników dookoła siebie.
Czarne i gęste włosy miała zaplecione w długi warkocz, zakończony czerwoną kokardą. W prawej ręce trzymała wachlarz, zdobiony orientalnymi wzorami. Raz po raz nim poruszała, tworząc delikatny, ochładzający wiatr. Na jej porcelanowej twarzy gościł, tak jak zawsze, leniwy uśmiech.
- Witaj, drogi Arturku! - powiedziała, wyciągając bladą dłoń w moją stronę, na której błyszczały bogate klejnoty wtopione w złote pierścienie.
Ująłem ją i lekko pocałowałem, czując jak wszystko wewnątrz mnie ulega skręceniu. Adamanta klasnęła radośnie, po czym udała lekko zmęczoną.
- Czy zechcesz może oderwać się od swoich zajęć i posiedzieć ze mną chwilę na ławce? - spytała niewinnie, jakbym przypadkowo znalazł się w tym miejscu.
- Z największą przyjemnością moja Pani - odpowiedziałem, kiwając głową i starając się uśmiechnąć pogodnie.
Chwyciła mnie pod ramię, mocno ściskając jakby bała się, że ją puszczę. Skierowaliśmy się wolnym krokiem w stronę ławki tuż pod żywopłotem. Zrobiłem miejsce dla jej obszernej sukni i przysiadłem w bezpiecznej odległości.
- Boisz się mnie Arturze? - spytała, lekko się uśmiechając, lecz po chwili zmrużyła oczy. - Tak powinno właśnie być.
- Ale nie jest - uciąłem krótko, marszcząc brwi czując napływającą złość. - Potrzebuję twojej pomocy.
Adamanta głośno się zaśmiała. Gdy gwałtownie odwróciła głowę w moją stronę, jeden z jej warkoczy smagnął mnie po twarzy. Wbiła we mnie jadowite spojrzenie swoich szarych oczu.
- Czego chcesz? - spytała zimnym głosem, zaciskając mocniej ręce na swojej sukni.
- Potrzebne mi klucze do komnaty hrabiego - odparłem, nie odwracając wzroku od jej intensywnego spojrzenia.
- Czy każdą kobietę tak traktujesz? Nic, tylko wymagania lub wykorzystywanie do własnych celów?
- Przecież wiem, że hrabia i ciebie źle traktuje. Nie chcesz mu się odwdzięczyć? - spytałem, kładąc rękę na jej dłoni. Adamanta tylko zadrżała.
- To mój syn. Kocham go takim jaki jest - ton jej głosu wskazywał na to, że nie mówi prawdy.
- Forkles jest psychopatycznym tyranem, zabijającym dla przyjemności!
Jej ręka poszybowała w górę i wylądowała na moim policzku. Poczułem jak ciepło rozlewa się po tej części twarzy. Gdy spojrzałem w jej stronę, zobaczyłem w kącikach oczu niewielkie łzy, które zaraz zniknęły. Uniosłem kącik ust, widząc jak szybko dała się odkryć, na co ona wściekle prychnęła.
- Wydaje ci się, że skoro jesteś dobrym mentalistą, to nawet bez mocy przejrzysz człowieka. Jednak brakuje ci doświadczenia, Arturze. Dlatego nie próbuj wygrać z kimś lepszym od ciebie. Bo zginiesz.
Twarz Adamanty z powrotem stała się beznamiętna. Lekko zmrużone oczy wpatrywały się w jakiś punkt daleko przed nami.
- Ja nie chcę wygrać. Tylko przetrwać.
Uznając, że nic więcej tu nie osiągnę, podniosłem się z ławki. Kiedy chciałem już odejść, poczułem jak jej ręka zaciska się na moim nadgarstku.
- Poczekaj pomogę ci - cicho powiedziała, delikatnie ciągnąc mnie, abym z powrotem usiadł - nie mam klucza do komnaty hrabiego, ale mam to.
Odwróciła się w stronę żywopłotu, tak by nikt nie widział co robi. Sięgnęła ręką za dekolt i wyjęła maleńki kluczyk na wisiorku. Szybko wsunęła mi go do kieszeni płaszcza.
- To klucz do mojej komnaty.
- Twojej? - spytałem zdziwiony, nie wiedząc w jaki sposób ma mi to pomóc w czymkolwiek.
- Tak. Jednak pasuje również do ukrytego przejścia za biblioteczką, prowadzącego do komnaty Forklesa - dodała, rozwiewając moje wszelkie wątpliwości.
- Dlaczego nagle zmieniłaś zdanie?
Adamanta milczała, jakby sama się nad tym zastanawiała. W końcu po co miała tak ryzykować? Hrabia ostatecznie się dowie, że pewnie była w to uwikłana.
- Chcę żebyś kogoś odnalazł - powiedziała po długiej ciszy. - Pewną bliską mi osobę.
- Kogo?
- We Wschodniej dzielnicy mieszka pewien mężczyzna, kiedyś nazywał się Eron LaCarel, ale obawiam się, że teraz nosi inne imię. Ma ceglany dom, tuż pod lasem, niedaleko brzegu wyspy.
- Przecież takich Eronów może być setka w tamtych rejonach! - powiedziałem, ignorując narastającą ciekawość, kim jest ten człowiek.
- Wiem, ale pomagając tobie mogę zapłacić życiem, więc nie możesz mieć prostego zadania.
- A jakieś cechy charakterystyczne w wyglądzie?
- To wysoki, opalony blondyn. Wyróżnia go blizna, biegnąca na całą długość szyi.
- A co jak go nie znajdę? - spytałem podejrzliwie.
- Wtedy doniosę hrabiemu, że mnie okradłeś i zabrałeś klucz do mojej komnaty.
Zamarłem na dźwięk jej słów. To ryzykowna gra. Nie mam żadnej pewności, że taki ktoś w ogóle istnieje. Jednak tylko z kluczem do komnaty hrabiego nasza ucieczka może się udać. Nie chcę patrzeć jak Vivienne z dnia na dzień coraz bardziej traci nadzieję na to, że będzie lepiej.
- Chcę też, żebyś mu to przekazał.
Wyciągnęła z kieszeni mała figurkę róży. Była zrobiona z błyszczącego, karmazynowego kryształu. Schowałem ją ostrożnie do kieszeni.
- Tylko tyle, czy mam coś jeszcze przekazać?
- Wtedy powiesz mu, że się u niego zjawię w przeciągu tygodnia. Będziesz mnie eskortował.
- Już jedno ryzykowne zadanie mi wystarczy! Nie ma mowy, że pomogę ci jeszcze w tym - warknąłem, czując że wplątałem się w coś grubszego, niż tylko spotkanie kochanków.
- Zrobisz to, bo ja ci tak każę - syknęła, przyciągając mnie do siebie. - Rozumiesz!?
Przytaknąłem głową, wyrywając się z jej uścisku. Poprawiłem kołnierz koszuli, po czym wstałem z ławki. Lepiej mieć te poszukiwania jak najszybciej za sobą.
Kiedy byłem o kilka kroków dalej, dobiegł mnie z oddali jej cichy, drżący głos.
- On jest marerittem, Arturze.
- Eron LaCarel?
Vivienne spojrzała na mnie z niewyraźną miną. Nic dziwnego, w końcu nigdy o kimś takim pewnie nie słyszała. Muszę obmyślić jakiś szybki plan jak go znaleźć, ale to nie będzie proste.
- Wschodnia dzielnica nie ma zbyt wielu mieszkańców, a on w dodatku się wyróżnia. Może jakimś cudem go odnajdę, tylko pytanie kiedy? - spytałem zrezygnowany, opadając na łóżko.
Wyjąłem z kieszeni kluczyk, który dostałem od Adamanty i zacząłem się nim bawić. Czułem jak ogarnia mnie bezsilność w związku z tą sytuacją. Zamknąłem go w pięści, po czym rzuciłem ze złością na stolik, gdzie siedziała Vivienne. Z ciekawością mu się przyjrzała, marszcząc brwi w zastanowieniu.
- A może by spytać Edwarda? - spytała nagle, spoglądając na mnie.
- To nie jest głupi pomysł, w końcu pewnie zna praktycznie każdego w Mieście Cieni. Wiesz, co w sumie to nawet teraz się do niego udam.
Wstałem z łóżka i podszedłem do stolika. Miałem już chwycić kluczyk, kiedy ubiegła mnie Viv, zabierając go, a następnie chowając do kieszeni. Spojrzała na mnie stanowczym wzrokiem, nie wróżącym nic dobrego.
- Co robisz? - spytałem zdziwiony. Wyciągnąłem do niej rękę, wskazując by mi oddała przedmiot.
- Ja do niego pójdę. Ty już zbyt wiele sam załatwiłeś - odparła, a na jej twarzy gościł zbyt dobrze znajomy mi upór.
- Nie możesz, bo to niebezpieczne! Skąd wiesz co zrobi ten mareritt, kiedy się dowie, że Adamanta chce się z nim widzieć? Może rozstali się w złych okolicznościach.
- Trudno, poradzę sobie. W dodatku będzie Edward, więc nie muszę się martwić, że Eron coś wymyśli.
- Aż tak mu ufasz? - spytałem, patrząc na nią z powagą.
- Nie, nawet wcale. Jednak ufam, że swoje życie będzie ratował, więc powstrzyma w razie czego wszelkie niebezpieczeństwo.
Jęknąłem ze zrezygnowaniem, wiedząc, że ta kłótnia nie ma sensu. Jeżeli Vivienne się na coś uprze, to tak zrobi. Machnąłem na nią ręką, żeby już poszła i darowała mi dalszą sprzeczkę. Zanim wyszła dałem jej jeszcze kryształową różę i zleciłem, żeby pokazała ją Eronowi. Wychodząc, pomachała mi na pożegnanie. Natomiast ja udałem się na długo wyczekiwany odpoczynek.
Komentarze
Prześlij komentarz