Rozdział 24 Mroczne zakamarki umysłu

 Vivienne


 

Udałam się do karczmy Magnusa, licząc że spotkam tam Edwarda. Założyłam swoje normalne ubranie, tak aby nie przyciągać uwagi karmazynowym strojem Rubinów. Otworzyłam drzwi i weszłam do przytulnego pomieszczenia. Wczesna godzina sprawiła, że nie było tu sporo osób. Podeszłam do baru, za którym stał dobrze znany mi chłopak. Jack spojrzał na mnie beznamiętnym wzrokiem, ale przy okazji odsunął się na bezpieczną odległość. Dopiero teraz dostrzegłam, że jego ręka to proteza. Nałożono na nią z pewnością dobre zaklęcie maskujące, bo z daleka nikt by nie podejrzewał, że jest sztuczna. Dostrzegł mój zaintrygowany wzrok, więc ze zmieszaniem schował ją za siebie, taksując mnie lekko poirytowanym wzrokiem.

- Czy jest może Edward? - zapytałam, spoglądając z powrotem na jego twarz i siląc się na uprzejmy ton.

- Pan Morket dopiero co wyszedł z panem Magnusem. Proszę przyjść kiedy indziej.

- Och… no dobrze. Przekaż, że pilnie potrzebuję jego pomocy.

Jack skinął głową i wrócił do swoich obowiązków, a ja skierowałam się do wyjścia. Akurat dzisiaj Edward musiał się gdzieś pałętać po mieście!

Krążyłam bez celu między ulicami, zła na cały świat, aż o mało nie wpadłam na ścianę. Spojrzałam do góry i zobaczyłam, że trafiłam na ślepy zaułek.

- Muszę wreszcie przestać bujać w obłokach - mruknęłam do siebie.

Odwróciłam się i chciałam z powrotem wrócić na główną drogę, gdy przede mną nagle z nikąd wyskoczyło dwóch postawnych mężczyzn. Mieli na sobie błyszczące zbroje z małym herbem Miasta Cieni na ramieniu. Straż hrabiego.

- Chyba ktoś tu się zgubił? - zagaił nieprzyjemnym głosem jeden z nich.

- Przepraszam, ale chcę tylko przejść - burknęłam pod nosem, nie patrząc na nich. Jednak odruchowo sięgnęłam po swój sztylet za paskiem.

- Nie podobamy ci się? Chcemy tylko pogadać, co nie Arn? - skinął głową na drugiego mężczyznę, nieco wyższego i bardziej barczystego niż on.

W tym momencie żołnierz, który nazywał się Arn, rzucił się na mnie i przygwoździł do ściany. Dotknął ręką mojej twarzy, na co się skrzywiłam, po czym zjechał nią niżej, szukając kieszeni w płaszczu. Zaczęłam się wyrywać, próbując go od siebie odczepić, jednak był zbyt silny.

- Ależ z ciebie porywcza dziewczynka. Nie bój się, nic ci nie zrobimy, chcemy tylko mieć coś na piwo.

Wtedy przypomniałam sobie o kryształowej róży Adamanty, która była schowana w ukrytej kieszonce. Nie mogę pozwolić, aby ją zabrał, bo Eron może bez niej nie uwierzyć, że przychodzimy od matki hrabiego. Dlatego postanowiłam działać.

Ugryzłam strażnika w rękę. Zawył z bólu i zszokowany na chwilę ją zabrał z mojego ramienia. To dało mi odpowiednio dużo czasu, żeby wyciągnąć sztylet i wbić mu go w drugą dłoń. Kolejny krzyk bólu przeszył zaułek. Mężczyzna skulił się, próbując wyciągnąć ostrożnie ostrze.

Wtedy zobaczyłam szarżującego na mnie drugiego strażnika. Wykonałam zręczny obrót i popchnęłam go tak by wpadł na ceglaną ścianę. Rozległ się głuchy łoskot i mężczyzna osunął się na ziemię. Jednak nie usłyszałam skradającego się od tyłu Arna. Pociągnął mnie za włosy i uderzył w plecy, przez co upadłam na kolana, nie czując tchu. Wykrzywił mi głowę do tyłu, po czym przyłożył do szyi sztylet, który udało mu się wyciągnąć z krwawiącej ręki. Mokra, lepka ciecz spływała po skórze. Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem.

- I co teraz mała wojowniczko? - zapytał ochrypłym głosem.

Widziałam kątem oka jak drugi strażnik podnosi się z ziemi. Ciężko sapiąc zbliżał się w naszą stronę. Ostrze było niebezpiecznie blisko mojej szyi, tak że czułam jego zimno na skórze.

- Nie chciałam tego robić, ale nie dajecie mi wyboru.

Zamknęłam oczy i delikatnie poruszając palcami poprowadziłam niewidzialne, długie nici magii w stronę ich głów. Przeniknęłam nimi do mózgu i oplotłam go delikatną siecią. Kiedy wszystko było gotowe, pstryknęłam, a ich oczy nagle zaszły mgłą.

- Pójdź z powrotem pod ścianę - powiedziałam spokojnym głosem.

Ten jak za rozkazem wrócił na miejsce, w którym leżał ogłuszony. Patrzył beznamiętnym wzrokiem w moją stronę. Poruszyłam dwoma palcami, po czym usłyszałam dźwięk upadającego sztyletu.

- Natomiast ty masz puścić moje włosy. Bardzo tego nie lubię - warknęłam w stronę Arna.

Mężczyzna od razu poluzował uścisk i odsunął się na krok. Wstałam, rozmasowując szyję, po czym skinęłam na niego ręką, by ustawił się obok swojego kolegi. Użyłam kolejnych nici, wiążąc ich niewidzialną liną. Potem się do nich zbliżyłam, przyłożyłam ręce do twarzy obu żołnierzy i wchłonęłam otaczające ich umysły wiązki sieci. Ostateczne szarpnięcie sprawiło, że stracili przytomność.

- Mam nadzieję, że to was nauczy, aby nie okradać zagubionych kobiet - powiedziałam pouczającym tonem, strzepując warstwę pyłu z płaszcza.

- Obawiam się, że dla takich jak oni jest tylko jedna lekcja - zimny, chropowaty głos rozległ się za moimi plecami.

Miałam się już odwrócić, gdy wtem ciała obu strażników zostały przeszyte kilkoma czarnymi kolcami. Ich głowy bezwładnie opadły, a z ust zaczęła sączyć się ciemna krew. Na ten widok poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku.

- Nie musiałeś ich zabijać, skoro widziałeś, że sobie z nimi poradziłam.

- Im mniej takich jak oni, tym lepiej dla miasta.

Edward stanął obok, przyglądając mi się z zainteresowaniem. Jak na kogoś, kto przed chwilą zabił dwóch rosłych mężczyzn, nawet nie używając rąk, wyglądał na niezbyt przejętego. Opierał się na drewnianej lasce, trochę ciężej oddychając. Uniósł prawą dłoń i pstryknął palcami. Zobaczyłam jak czarne kolce nagle znikają, a tym co z nich zostało były jedynie krucze pióra, oblepiające ciała mężczyzn. Wyglądało to tak, jakby specjalnie chciał zostawić komuś wiadomość, że to on tego dokonał.

- Wiesz, wydawało mi się to bardzo dziwne, że zanim trafiliście do hrabiego, to większość życia spędziliście na ulicach Miasta Cieni, a jednak nikt z nas nie mógł was skojarzyć - powiedział spokojnym, niskim głosem.

- Wiedliśmy spokojne życie, głównie się ukrywaliśmy. Zatem nic dziwnego, że nie wiedzieliście kim jesteśmy - odparłam, wytrzymując spojrzenie jego intensywnych zielonych oczu.

- Vivienne, chyba czegoś nie zrozumiałaś. Ja znam w tym mieście wszystkich. To była po prostu kwestia czasu, ale po tym co teraz zobaczyłem, już wiem...

Na chwilę przerwał, czekając na moją reakcję, ale nie dałam się zwieść jego sztuczkom. Patrzyłam ze spokojem, nie dając po sobie poznać, czy jego słowa w jakikolwiek sposób wpłynęły na zmianę mojego nastroju. Edward domyślił się, że niczego nie osiągnie. Kąciki jego ust lekko się uniosły.

- Sprytna jesteś. To dobrze. Jednak nie myśl sobie, że mnie oszukasz.

- Skoro taki jesteś pewien swego, to powiedz mi kim jestem. W końcu, jak widać, chyba wiesz to lepiej - powiedziałam, patrząc na niego zaciskając gniewnie usta.

- Ja ci to mogę nawet pokazać - jego oko, to przecięte blizną, zasnuło się jeszcze większą mgłą. - Lalkarko.

- Nie… - szepnęłam zdławionym głosem.

Na widok przerażenia malującego się na mojej twarzy, uśmiechnął się paskudnie. Oddech uwiązł mi w gardle na sam dźwięk tego dobrze znanego przezwiska. Fala paniki sprawiła, że nie byłam się w stanie odezwać. Krew odpłynęła z całego mojego ciała, przez co zaczęłam się chwiać, ledwo mogąc utrzymać się na nogach.

Edward wykorzystał okazję i chwycił mnie za ramię, przyciągając do siebie, tak bym nie mogła odwrócić głowy w żadną stronę. Jak zaczarowana wpatrywałam się w głębie jego hipnotyzujących oczu. Strach wypełniał każdy zakątek mojego ciała. Sprawiał, że nie byłam w stanie nawet na to wszystko zareagować. Po prostu tam stałam sparaliżowana. Zdjął rękawiczkę z jednej ręki, po czym przyłożył ją do mojej twarzy.

- Czyżbyś o tym wszystkim zapomniała? - szepnął cicho, a jedno z jego oczu zrobiło się całkowicie czarne.

Wtedy to zobaczyłam.

Mgła drażniącego dymu spowiła plac, na którym leżało kilkanaście ciał. Wszystko oblane lepiącą się szkarłatną krwią. Niektórzy jeszcze żyli. Nieudolnie próbowali się podnieść, ale zaraz z powrotem opadali na ziemię. Błagali o litość, jęcząc z bólu i wyciągając ręce przed siebie. Zasłona dymna była na tyle gęsta, że nie mogłam dojrzeć kogoś, kto stał na środku tego pobojowiska. Postać zamachnęła się długim mieczem i przeszyła ciało ostatniego człowieka. Upadło z łoskotem, twarzą do ziemi, z wykrzywionymi rękoma. Tajemnicza osoba okręciła ostrzem, po czym otarła je o swój płaszcz. Wtedy zamarła w bezruchu, tak jakby czuła, że ktoś się przygląda całemu zajściu. Powoli okręcała się, aż była zwrócona w moją stronę, ale mgła wciąż zakrywała jej twarz. Jakieś ukryte przeczucie kazało mi uciekać i się za siebie nie oglądać.

Jednak nie mogłam się ruszyć. Narastała we mnie panika, gdy mgła zaczynała powoli opadać, a postać była coraz bardziej widoczna. Próbowałam z całych sił się poruszyć, lecz jakaś wyższa siła mi na to nie pozwalała. Nie chciałam tego widzieć. Czułam jak po policzku spływają mi łzy, a płucom brakuje powietrza.

- Przestań! - krzyknęłam rozpaczliwie, licząc że wizja zostanie przerwana.

W oddali usłyszałam tylko cichy śmiech. Mgła już prawie całkowicie opadła. Wtedy zobaczyłam wpatrujące się we mnie jarzące się blaskiem, białe oko. Przeraźliwy krzyk wyrwał się z mojej piersi.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie