Rozdział 25 Eron LaCarel

 Vivienne


 

- Czy ty już do reszty oszalałeś!? - głos Magnusa dobiegł z otchłani, zlewając się z moim krzykiem.

Kiedy myślałam, że ten koszmar nigdy się nie skończy, poczułam jakby coś opuszczało moje ciało. Wszystkie obrazy zniknęły. Opadłam w czyjeś ramiona, które delikatnie mnie otuliły. Cały czas miałam zamknięte oczy, ale łzy wciąż nie przestawały z nich lecieć. Wbiłam palce w plecy tego, kto mnie obejmował. Był to mój jedyny punkt zaczepienia z rzeczywistością i nie chciałam go stracić. Słyszałam cichy głos, który coś mi tłumaczył, ale nie potrafiłam nic zrozumieć. Skupiłam się na swoim drżącym oddechu i zaczęłam go uspokajać. Liczyłam wdechy póki nie stały się równomierne.

Czując przypływ mocy zdobyłam się na to by otworzyć oczy. Światło dnia mnie na chwilę oślepiło. Po paru sekundach wszystko było dostatecznie widoczne. Wtedy dostrzegłam, że to Magnusa się tak kurczliwie trzymałam. Gładził mnie delikatnie po plecach, szepcząc żebym spróbowała do nich wrócić. Potoczyłam wciąż sennym wzrokiem po ceglanych ścianach. Na końcu dojrzałam Edwarda, który spoglądał na nas bezbarwnym wzrokiem, oparty o jedną ze ścian.

Zdałam sobie sprawę z tego co zaszło. To on jakimś cudem wsadził mnie do tego wspomnienia i w nim uwięził. Wszystko przez niego.

W jednej chwili wyrwałam się z objęć Magnusa. Wyuczonym ruchem sięgnęłam po sztylet, po czym dopadłam do Edwarda. Przygniotłam go do ściany i przystawiłam ostrze do jego lekko zamglonego oka, które z powrotem było bladozielone. Nie wyglądał na zaskoczonego moją reakcją.

- Jeszcze raz mi coś takiego zrobisz, a wszyscy będą cię nazywać jednookim marerittem - syknęłam, kłując go w policzek.

- Vivienne…Ja tylko pomogłem ci przypomnieć sobie o pewnych rzeczach - mruknął pozornie ciepłym głosem.

- Nie potrzebuję twojej pomocy, bo sama sobie z tym radzę.

Uniosłam sztylet do góry i gwałtownie go opuściłam. Edward nawet nie mrugnął, lecz się uśmiechnął, gdy zobaczył, że wbiłam go tuż obok jego głowy.

- Chyba jednak nie - odparł, patrząc na mnie hipnotyzującym wzrokiem.

Odskoczyłam od niego i odsunęłam się na bezpieczną odległość. Wciąż czułam jak straszliwie bije mi serce, po tym co zobaczyłam. Wzięłam głęboki oddech. Nie mogłam sobie pozwolić na kolejne załamanie.

- Wracajmy do karczmy. Vivienne wygląda na taką, której potrzeba alkoholu - przerwał ciszę Magnus, życzliwie się do mnie uśmiechając. - Natomiast z tobą rozliczę się później! - dodał, wskazując na Edwarda, a jego twarz przeciął grymas złości.

W mojej głowie huczało od pytań. Jakim cudem wdarł się tak głęboko do mojej pamięci? Te wspomnienia są chronione przez jedno z silniejszych zaklęć, rzucone przez mojego brata. A poza tym skąd się dowiedział o moim poprzednim życiu? Wszyscy albo nie żyją albo zostali schwytani i wsadzeni do lochów.

Myślałam o tym cały czas, gdy wracaliśmy do karczmy. Obok mnie szedł Magnus z surowym wyrazem twarzy. Kątem oka spojrzałam do tyłu, obserwując jak niedaleko za nami podąża Edward. Wystukiwał miarowy rytm laską, ale nie wyglądał już na tak zmęczonego jak wcześniej. Kiedy podniósł wzrok na mnie, od razu się odwróciłam, czując to dziwne uczucie obezwładniającego strachu.

- Jesteśmy na miejscu!

Tak bardzo byłam pochłonięta myślami, że nawet nie zauważyłam znajomego szyldu z kogutem. Weszłam za Magnusem do środka i wszyscy poszliśmy na zaplecze.

Odetchnęłam głęboko, gdy usiadłam przy stole. Podziękowałam ciepłym uśmiechem za podaną mi szklankę bezbarwnego napoju. Od razu przystawiłam ją do ust i przechyliłam, czując jak ciepło rozlewa się po moim ciele. Przymknęłam na chwilę oczy, delektując się chwilą, po czym je otworzyłam i spojrzałam na siedzącego naprzeciwko mnie Edwarda.

- Potrzebuję kogoś znaleźć - powiedziałam wprost, nie chcąc dłużej czekać. - A jak się sama przed chwilą przekonałam, okazuje się że wiesz wiele o mieszkańcach miasta - dodałam z przekąsem.

- Czemu miałbym ci pomóc? - spytał, odchylając się do tyłu na krześle. Cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku, tak jakby znów próbował znaleźć okazję, żeby wedrzeć się do mojego umysłu.

- Bo dostaniesz wtedy to - odsłoniłam kołnierz koszuli, tak by mógł zobaczyć wisiorek z kluczykiem. - To jest przepustka do komnaty hrabiego.

- Czy mi się wydaje, czy to szantaż? - spytał lodowatym głosem, cały czas wpatrując się w moją szyję. Jego wzrok był tak intensywny, że aż poczułam lekkie ciepło na skórze. Szybko poprawiłam kołnierz, ukrywając zmieszanie.

- Pomożesz jej bez żadnego zasłaniania się szantażem - warknął Magnus, uderzając pięścią w stół. - To będzie rekompensata za to co jej zrobiłeś.

Edward w żaden sposób nie zareagował na jego słowa. Siedział w ciszy z wyrazem zastanowienia na twarzy. Po chwili pstryknął i na jego ramieniu pojawił się duży kruk. Ptak patrzył na mnie, przekrzywiając głowę, jakby na coś czekał.

- W takim razie opowiadaj. Kogo mam ci pomóc odnaleźć? - spytał, krzyżując ramiona na piersi. Wokół jego dłoni pojawiły się czarne cienie, które wędrowały po całym jego ciele.

- Chodzi o niejakiego Erona LaCarel. Matka hrabiego pragnie go odnaleźć. Jeżeli w ciągu tygodnia tego nie zrobimy, wyda nas Forklesowi.

- Nigdy nie sądziłem, że Adamanta jest tylko głupim pionkiem w rękach hrabiego. Dlatego nie dziwi mnie jej reakcja. Jednak mogłaś już wcześniej zaznaczyć, że odkryła wasz plan ucieczki - powiedział, mrużąc podejrzliwie oczy, a cienie zaczęły szybciej przemykać pomiędzy jego palcami.

- Nie było okazji - odparłam niewinnie. - Zresztą ona jest naszą jedyną nadzieją na dostanie się do jego komnaty, czego sam przecież najbardziej pragnąłeś.

- Po prostu mnie następnym razem uprzedźcie. Gdzie mieszka ten mężczyzna?

- We Wschodniej dzielnicy. Ma dom przy lesie. Dodatkowo wspominała, że nie da się go pomylić, bo ma bliznę na całej szyi. A i jest marerittem.

- Mareritt i Adamanta? To ci dopiero - wtrącił Magnus z zaciekawieniem.

- Próbuje sobie przypomnieć jakiś skandal, ale nic mi nie przychodzi do głowy - Edward wyglądał na głęboko zamyślonego. - To bardzo interesująca sprawa, ale nie pozostaje nam nic innego, jak odnaleźć tego tajemniczego mareritta.

- Czyli wybieramy się do Wschodniej Dzielnicy? - spytałam uśmiechając się z ulgą, że postanowił nam pomóc.

- Tak. Magnusie poprosisz Jacka, żeby osiodłał mojego konia i jakiegoś dla Vivienne? - Edward wstał i podszedł do niewielkiej biblioteczki, z której wyciągnął pożółkłą mapę. Położył ją na stole i wskazał palcem Wschodnią dzielnicę. - Mówiłaś, że mieszka przy lesie?

- Tuż przy brzegu wyspy - odparłam, zataczając palcem koło wokół miejsca, w którym najpewniej mieszkał Eron.

- Trochę się tam będzie jechało, ale może wyrobimy się przed zmrokiem.

Do pokoju wszedł Jack i oznajmił, że konie już są gotowe. Wyszliśmy tylnym, ukrytym przejściem. Od razu zobaczyłam dwa wierzchowce przywiązane do słupa. Jeden był majestatycznym, karym fryzem o gęstej, lśniącej grzywie. Edward zbliżył się do niego, wyciągając dłoń w stronę zwierzęcia. Delikatnie pogłaskał ciemne chrapy, po czym jednym, płynnym ruchem wskoczył na jego grzbiet.

Mi przypadł koń o śliwkowej maści i lekko zdezorientowanym wzroku. Kiedy do niego podeszłam, z początku był nieufny, ale za chwilę się do mnie przekonał. Zaczął wesoło wierzgać głową na boki. Uśmiechnęłam się na ten widok oraz go delikatnie poklepałam.

- Jedź za mną i się nie zgub - powiedział Edward beznamiętnym głosem, gdy już siedziałam w siodle.

Zagwizdał na konia, na co ten się nagle prędko zerwał i pomknął przed siebie. Nie dając mu się zostawić w tyle pogoniłam swojego nieco wolniejszego śliwka. Nie byłam w stanie się z nim zrównać, ale cały czas miałam go w zasięgu wzroku. Widziałam jak nad nami krąży ogromny, czarny kruk, tak jakby nas śledził lub też nam towarzyszył. Strasznie ciekawiła mnie sprawa czym tak naprawdę jest ten ptak. Czy jest to zwykły wytwór magii, a może w jakiś sposób był związany z demonem? Potrząsnęłam głową, wzdychając w duchu, kiedy dotarło do mnie ileż on skrywa tajemnic.

Jechaliśmy blisko ponad godzinę, aż w końcu ujrzałam wysoki drewniany słup z niewielką tabliczką, na której widniał napis “Wschodnia dzielnica”. Edward zwolnił tempo, żeby dać odpocząć koniom. Zrównałam się z nim i poklepałam swojego wierzchowca. Śliwek cicho zarżał, kiwając głową. Zaśmiałam się widząc jego entuzjazm, pomimo tak długiej wyprawy, która pewnie już go męczyła.

- Zwierzęta cię chyba wyjątkowo lubią, co? - zagaił Edward podejrzanie miłym tonem, pozbawionym jego charakterystycznego chłodu.

- Chyba tak…Przynajmniej odkąd pamiętam, to zawsze wszystkie koty i psy do mnie podchodziły - odparłam lekko zbita z tropu tym pytaniem.

- Nie bez powodu to mówię. Jack chciał ci się odpłacić za to, że go tak poniżyłaś wtedy w karczmie. Dlatego dał ci najbardziej upartego i narwanego konia jakiego mamy.

- Naprawdę? - spojrzałam na niego zaskoczona, a potem na śliwka, który szedł spokojnie. - W takim razie, to chyba jakaś moja kolejna niezbadana moc.

Edward się tylko uśmiechnął i cicho zaśmiał. Próbowałam wyczuć czy to jakaś kolejna psychologiczna pułapka, ale tym razem była to szczera reakcja. Nie patrzył w moją stronę, ale zauważyłam, że jego oczy rozbłysły wesołymi ognikami, choć wciąż nieco przymglonymi. Chyba nigdy nie pojmę, co siedzi w jego głowie.

- Widać już las - powiedziałam, przerywając ciszę. - Teraz musimy dojechać do brzegu i szukać ceglanego domu.

Pogoniliśmy konie, żeby trochę przyspieszyć i wypatrywaliśmy naszego celu. W tej dzielnicy nie było zbyt wielu domów, bo dominowały tu głównie pola lub zagrody dla zwierząt. Jednak po niedługiej przejażdżce, kątem oka dostrzegłam małą chatkę zasłoniętą wysokimi drzewami. Wskazałam ją Edwardowi, który skinął głową. Kiedy byliśmy już niedaleko, wyciągnął rękę w moją stronę, każąc mi się zatrzymać, po czym zagwizdał przeciągle. Na ten dźwięk cały czas szybujący nad nami kruk, poleciał w stronę domu. Okrążył go parę razy, zajrzał przez okno do środka i sprawdził tył podwórka. Następnie wrócił do Edwarda, usiadł mu na ramieniu i patrzył na niego, przekrzywiając zabawnie głowę. Otwierał dziób, ale nie wychodził z niego żaden dźwięk. Wtedy zrozumiałam, że kruk z nim rozmawia, ale w taki sposób, że tylko zielonooki mógł go zrozumieć.

- Teren jest czysty. W domu jest mężczyzna. Ma bliznę na szyi - poinformował mnie Edward, głaszcząc ptaka po głowie i dając mu coś na ręce. Zwierzę zaskrzeczało radośnie, po czym lekko uszczypnęło dziobem jego ucho. Zielonooki spojrzał na niego wściekłym wzrokiem, na co kruk wzbił się ponownie w powietrze.

- Od kiedy umiesz rozmawiać z ptakami? - spytałam wyjątkowo zdezorientowana, ale również zaciekawiona. Nigdy nie spotkałam takiej umiejętności.

- Tajemnica - odparł, unosząc jeden kącik ust ku górze.

Edward popędził konia w stronę lasu tuż za domem. Po chwili także dotarłam na miejsce. Zsiadłam, poklepałam śliwka i powiedziałam, że zaraz przyjdziemy. Cicho zarżał, kiwając łbem. Przywiązałam go do ukrytego za krzakami drzewa, tak by przypadkiem nikt nie widział stojących koni.

Podeszłam do zielonookiego, który stał już pod drzwiami. Spojrzałam na niego niepewnie, po czym zastukałam mosiężną kołatką. Czekaliśmy kilka minut, zanim usłyszeliśmy ciężkie kroki. Drzwi się uchyliły i zobaczyliśmy, stojącego w progu wysokiego mężczyznę. Na pierwszy rzut oka wydawał się być w sile wieku, ale potem dostrzegłam lekkie zmarszczki na twarzy oraz pasma siwych włosów. Bursztynowe oczy wpatrywały się w nas groźnie. Był postawny i dobrze zbudowany, co sugerowało, że musiał pracować fizycznie. W jednej ręce ściskał trzonek siekiery.

- Eron LaCarel? Przychodzimy w pokoju. Chcemy tylko zamienić z tobą kilka słówek - głos Edwarda był bezbarwny, kiedy zrobił krok do przodu, żeby zbliżyć się do mężczyzny.

- Nie wpuszczam obcych do domu - warknął groźnie, zaciskając ręce na siekierze.

- Może i nas nie znasz, ale osoba która nas tu przysłała, z pewnością nie jest ci obca - powiedziałam spokojnie, uśmiechając się ciepło, żeby złagodzić napięcie.

- Nie mam żadnych znajomych, więc żegnam was - chciał już zamknąć drzwi, ale Edward szybko wsunął nogę i je zatrzymał.

- Może to ci odświeży pamięć? - powiedział, pokazując mu figurkę róży.

Jakim cudem!? Przecież była w mojej kieszeni!

Sprawdziłam każdą z nich, aż wreszcie poczułam zimny kryształ pod ręką. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to co trzyma Edward to iluzja.

Eron na widok róży nagle pobladł i odruchowo sięgnął do szyi, na której widniała paskudna blizna. Widziałam w jego oczach, jak zalewa go fala wspomnień. Z szoku wypuścił siekierę, która z łoskotem upadła na ziemię. Wpatrywał się jak zahipnotyzowany w błyszcząca figurkę, tak jakby do niego przemawiała.

Edward szybko wykorzystał okazję. Róża rozpłynęła się w powietrzu, zostawiając szare smugi cieni. Chwycił mężczyznę za ramiona i przygwoździł go do ściany. W powietrzu zawirowały czarne kolce, otaczając głowę Erona ze wszystkich stron.

- Czy teraz z nami porozmawiasz? - szepnął, a jego oczy jarzyły się niebezpiecznym blaskiem.

Mężczyzna wciąż był w zbyt dużym szoku by coś powiedzieć. Jego nieobecny wzrok wędrował w każdą stronę. Nie spodobał mi się sposób Edwarda, więc spróbowałam swoich metod. Wyciągnęłam szklaną różę, kładąc ją na dłoni.

- Ta jest prawdziwa - powiedziałam, ale wciąż był niepewny, dlatego mu ją dałam. - Sam zobacz.

Odciągnęłam czarnowłosego, aby mężczyzna mógł swobodnie się poruszać. Lekko się skrzywił, ale w końcu wypuścił niechętnie Erona z uścisku. Ten odetchnął głęboko i spojrzał na różę. Dotykał kryształu z każdej strony oraz sprawdził błysk w świetle. Robił to z tak wielką ostrożnością, jakby bał się, że ją zniszczy.

- Tak… - powiedział po chwili, a jego głos przepełniał smutek. - To róża, którą wykonałem. Ma na spodzie rysę, a rzadko która iluzja potrafi być tak dokładna.

- Chyba nie muszę cię pytać, czy wiesz od kogo przychodzimy? - spytałam łagodnie.

- Ciężko o niej zapomnieć - odparł z niewyraźnym uśmiechem na twarzy. Wziął głęboki oddech i przeczesał dłonią siwiejące włosy. - Wysłucham was.

Skinęłam głową, po czym spojrzałam gniewnym wzrokiem na Edwarda, a potem na wciąż wirujące wokół głowy mężczyzny ostrza. Mareritt zrozumiał o co mi chodzi. Burknął coś pod nosem i machnął ręką. Kolce rozpłynęły się w powietrzu, a Eron jakby odetchnął na ten widok. Zajął miejsce przy niewielkim stoliku i wskazał, abyśmy usiedli obok niego.

- Nie widziałem jej od dziesięciu lat… - szepnął, a w jego oczach pojawił się ból. - Dlaczego teraz was przysłała?

- Nie wiem nic o waszej historii. Jedynie jesteśmy tu, żeby ci przekazać, że Adamanta chce się z tobą zobaczyć.

Na dźwięk jej imienia delikatnie zadrżał. Przełknął głośno ślinę i nerwowo poruszył się na krześle. Unikał chłodnego wzroku Edwarda, wpatrując się tylko we mnie. W jego oczach czaiło się rozpaczliwe pragnienie zrozumienia.

- Ja…ja nie potrafię - szepnął łamiącym głosem. - Nie po tym wszystkim.

Zmarszczyłam brwi, słysząc jego odpowiedź. Sądziłam, że raczej zgodzi się od razu. Teraz sprawa nam się skomplikowała, bo bez ich spotkania nie uda się nasz plan.

- Mogę sprawić, że zmieni zdanie - zimny głos Edwarda rozległ się w mojej głowie, jak powiew mroźnego wiatru. Lekko się wzdrygnęłam.

- Co ci mówiłam o włażeniu mi do głowy? - pomyślałam, piorunując go wzrokiem.

- To tylko prywatna rozmowa. Czy mam wkroczyć do akcji, czy dalej patrzeć na twoje bezcelowe, pokojowe sposoby?

- Zrobię to sama - warknęłam w odpowiedzi.

Erona będzie ciężko przekonać, bo tkwi w nim duża uraza do Adamanty. Na pewno łączyło ich głębokie uczucie, ale coś musiało się po drodze stać. Bez znajomości tej historii nie jestem w stanie nic zrobić. Dlatego wpadłam na pewien pomysł.

- Chociaż możesz mi się jednak na coś przydać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie