Rozdział 30 Koniec historii

 Vivienne

Wkrótce oboje staliśmy w komnacie Adamanty. Leżała na ogromnym łóżku z szerokim baldachimem, szczelnie pozakrywana pierzynami. Miała lekko przechyloną na bok głowę z beznamiętnym wyrazem twarzy. Oczy ziały pustką, wpatrzone w mroczny bezkres przed nią. Twarz miała opuchniętą, zarówno przez łzy, jak i ciosy zadane przez Forklesa. Jej włosy pełne kołtunów przypominały ptasie gniazdo. Zapewne nikt się nią nie zajął, po tym jak nieprzytomna została tu przeniesiona. Albo hrabia wydał rozkaz by nikt się nie zbliżał.

Poczułam lekki ucisk w piersi, widząc w jak bardzo nędznym jest stanie. Otrzymała nadzieję na odzyskanie swojego ukochanego, którą zaraz utraciła, gdy hrabia przebił jego ciało mieczem. Kiedyś, gdy wchodziła do pomieszczenia, od razu całą jego objętość wypełniała swoją siłą i stanowczością. Teraz wyglądała na kogoś, kto nie ma po co żyć.

- Witaj Adamanto - Artur zaczął cichym, kojącym głosem. Podszedł do brzegu łóżka, wyciągając dłoń by jej dotknąć, ale ostatecznie się powstrzymał. - Jak się czujesz?

Kobieta w odpowiedzi jedynie wolno mrugnęła. Prawdopodobnie dostała silne leki uspokajające, które jeszcze mogły na nią działać. Artur stał ze skwaszoną miną, nie wiedząc co zrobić by jej pomóc. Spróbowałam go w tym wyręczyć.

- Chyba wiem, czego jej potrzeba.

Odsunęłam brata, żeby zrobił mi miejsce przy łóżku. Przysiadłam na brzegu, delikatnie pochylając się nad ciałem Adamanty. Przyłożyłam dłoń do jej czoła, po czym skupiłam się na kojącej energii, która przeze mnie przepływała. Cienkie nici zaczęły wypływać spod moich palców. Poprowadziłam je w głąb umysłu kobiety. Otoczyłam go delikatnie i zaczęłam przesyłać uspokajające zaklęcie. Spróbowałam wstrzymać odurzające działanie leków, tak by kobieta mogła z nami porozmawiać.

Po chwili jej twarz odzyskała kolory, a oczy już nie błądziły bezradnie po pokoju. Powoli mrugała, jakby próbując obudzić się ze snu. Skupiła wzrok na mnie, a gdy poczuła bijącą energię, poderwała się gwałtownie.

- Co ty robisz? - spytała ostro, patrząc niepewnym oraz wystraszonym wzrokiem.

- Spokojnie, to tylko delikatne zaklęcie, które miało ukoić twoje zszargane nerwy - odpowiedziałam, nie przerywając przepływu energii.

Adamanta skrzywiła się, lecz nie protestowała. Oparła się o stertę poduszek i przymknęła oczy. Oddychała głęboko, delektując się każdym napływem świeżego powietrza. Dotknęła głowy, krzywiąc się, gdy poczuła pod palcami poskręcane kępki włosów. Rozejrzała się wokół siebie, a jej wzrok w końcu padł na stojącą obok łóżka niewielką hebanową etażerkę. Wysunęła szufladę i wyjęła z niej dużą drewnianą szczotkę. Powoli próbowała rozczesać skołtunione pasma, wykonując powolne, regularne ruchy.

- Czy mój syn was tu przysłał? - w jej głosie słychać było nutę paniki, jakby obawiała się kolejnej kary.

- Nie - wtrącił Artur, siadając w fotelu na przeciwko jej łóżka - przyszliśmy tu z własnej, nieprzymuszonej woli.

- No proszę, nie mówcie, że nagle jest wam żal mojej osoby - prychnęła, odwracając od nas wzrok.

- Jest to bardziej ludzka przykrość wywołana wczorajszymi wydarzeniami, niż żal.

Twarz Adamanty wykrzywił grymas agonii. Zagryzła mocno wargę, aż zsiniały jej usta. Odłożyła szczotkę obok siebie, zaciskając mocno ręce na pościeli, chcąc powstrzymać napływające do oczu łzy. Przesłałam falę kojącej energii, by zmniejszyć jej ból. Ciężko oddychała, ale rzuciła mi krótkie spojrzenie ulgi.

- Eron… - szepnęła boleśnie, nie mogąc dokończyć zdania.

- Nie żyje - odparłam cicho, czując jak nieprzyjemny ból rozchodzi się po moim ciele, na samą myśl o ciele mężczyzny przeszytym mieczem hrabiego. - Forkles po całym wydarzeniu porzucił jego ciało, ale Aureliano mi przekazał, że razem z kilkoma miejscowymi w tajemnicy urządzą mu godny pochówek. Jeżeli masz siłę…

- Przyjdę - przerwała mi stanowczym głosem. - Chociaż tyle jestem mu winna.

Kiwnęłam głową ze zrozumieniem. Wpierw nienawidziłam Adamanty, sądząc, że to ona steruje Forklesem, będąc odpowiedzialną za całe prześladowanie marerittów. Jednak po całej tej historii z Eronem, czułam ogromny smutek, gdy na nią patrzyłam. Tak jak my straciła kogoś, kogo kochała najbardziej na świecie. W dodatku zginął z rąk jej własnego syna.

Ból jaki ją rozrywa musi być nie do zniesienia. Wmawiała nam, że miłość matki do swojego dziecka przezwycięży wszystko i zniesie każde cierpienie. Tyle, że od dawna sama powoli podejrzewała, że jej syn jest wcieleniem zła, którego nie powstrzyma nawet matczyne uczucie.

- Czy Eron coś ci mówił? - spytała, podnosząc wzrok na Artura. Wyglądała na wyraźnie zdenerwowaną. - O naszym… spotkaniu?

Mój brat spojrzał na mnie lekko spanikowanym wzrokiem. Adamanta nie wiedziała, że to ja i Edward ostatecznie odwiedziliśmy Erona. Lepiej jednak, żeby udział mrocznego mareritta pozostał tajemnicą. Podejrzewałam, że ich stosunki nie należały do najlepszych, w końcu mieszkała w zamku za jego czasów. Może nawet przyczyniła się do tego w jaki sposób był tu traktowany. Zresztą nie chciałam też, żeby się przypadkiem nie domyśliła, że to właśnie Edward nam pomaga w ucieczce.

- To ja u niego byłam - wtrąciłam szybko, zanim Artur wygadałby cały nasz plan. - Eron nie chciał się z tobą spotkać, przykro mi.

Kobieta uchyliła drżące usta, przykładając do nich bladą dłoń. W jej oczach dostrzegłam ból rozczarowania. Zapewne odebrała to jako zdradę, uznając, że na to zasługiwała. Artur spojrzał na mnie z wyrzutem, że jeszcze bardziej dobijam Adamantę. Jednak wiedziałam, że nie ma lepszego wyjścia. Musiała znać prawdę.

- Domyśliłam się, że ma to związek z waszą przeszłością, więc… - zawiesiłam głos na chwilę, zastanawiając się, co powiedzieć. Nie mogę wspomnieć o wdarciu się do umysłu Erona, bo się domyśli, że nie ja tego dokonałam. - Po prostu go zapytałam, co się wtedy stało.

Adamanta świdrowała mnie intensywnym wzrokiem, którego unikałam, żeby tylko nie przejrzała mnie na wylot. Musiało ją zdziwić to, że tak łatwo udało mi się przekonać mareritta do opowiedzenia mi całej prawdy.

- Powiedział ci wszystko? - spytała podejrzliwie, mrużąc oczy.

- Niestety nie, ponieważ pojawił się twój syn. Historia zakończyła się na tym, jak Eron poszedł do hrabiego z zamiarem wyznania prawdy o waszym romansie. Co się potem stało, Adamanto?

Chociaż moje słowa zabrzmiały stanowczo, to jednak nie chciałam, żeby poczuła się zmuszona do odpowiedzi. Dlatego wypuściłam kilka nici i oplotłam nimi jej dłoń. Wyraz lekkiego zdziwienia na jej twarzy utwierdził mnie w przekonaniu, że odczytała to jako gest wsparcia.

- Eron rzeczywiście poszedł do hrabiego. Wiedziałam, że to się nie skończy dobrze, dlatego pobiegłam za nim. Kiedy weszłam do komnaty, zobaczyłam jak klęczy na ziemi z wycelowanym w jego stronę mieczem. Forkles był oczywiście wściekły. Zaskoczyło mnie to, że od razu go nie przeszył na wskroś. Jednak czekał na jedną rzecz - moje potwierdzenie.

Adamanta głośno przełknęła ślinę, czując ciężar tego, co miała zaraz do powiedzenia. Musiała wziąć kilka oddechów i poczekać aż moja kojąca energia, ponownie ją uspokoi. Kiedy kontynuowała, głos jej drżał. Odkaszlnęła, próbując zatuszować ogarniający ją strach przed tym, co miała do wyznania.

- Spytał mnie czy to prawda, cały ten romans. A ja… a ja - cała zaczęła się trząść, kuląc się na łóżku. Paznokcie wbiła w ręce tak mocno, że zaczęła po nich płynąć krew. Twarz wykrzywił jej grymas ogromnego bólu. Na jedną chwilę się uspokoiła i spojrzała mi głęboko w oczy. - Wyparłam się go.

Rozpacz rozdzierająca jej serce była zbyt wielka bym mogła ją powstrzymać. Łzy zaczęły płynąć po jej policzkach. Nie próbowała ich nawet ukryć. Przyłożyła dłonie do głowy, czepiając kurczliwie palcami pasma swoich włosów. Jej ciałem wstrząsały dreszcze, gdy spazmatycznie łapała oddech.

Artur patrzył zbolałym wzrokiem, jak dusza Adamanty jest rozrywana na strzępy. Nawet po tym jak nas potraktowała, czułam chęć udzielenia jej pomocy, ale nie byłam w stanie już nic więcej zrobić.

- Wtedy on… - kobieta próbowała mówić, ale wciąż haustami łapała powietrze, tak jakby nie docierało do jej płuc. - Forkles… zamachnął się i bez słowa rozciął mu gardło.

Kolejny zbolały jęk przerwał jej wspomnienia. Adamanta przymknęła oczy, starając się uspokoić. Podkurczyła nogi, pochylając się i chowając głowę między ramionami. Szeptała coś cicho do siebie, powtarzając to w kółko jak modlitwę. Zaczęła powoli oddychać, aż w końcu dreszcze ustąpiły. Wpatrywaliśmy się z nią z napięciem, czekając na dalszy ciąg historii.

- Wiedziałam, co robię i do czego doprowadzę - powiedziała cichym, stłumionym głosem, wciąż nie podnosząc głowy. - Jednak liczyłam, że jeśli się go wyrzeknę to uratuję mu życie. Jakaż ja byłam głupia!

- Nie mogłaś przewidzieć, co zrobi hrabia - odezwał się spokojnym głosem Artur.

- Ale mogłam być szczera! Wobec niego i siebie! - krzyknęła, podrywając głowę. - Nie wyobrażacie sobie, jaki to ból widzieć twarz osoby zdradzonej przez kogoś, kogo kochało się nad życie. Puste spojrzenie Erona prześladuje mnie po dzień dzisiejszy. A to wszystko tylko dlatego, że jestem tchórzem!

Po jej słowach zapadła ciężka cisza, którą przerywało tylko ciche łkanie Adamanty. Artur wydawał się być zamyślony. Zapewne zastanawiała go ta sama sprawa co mnie. Jak to się stało, że Forkles go wtedy zabił, skoro wczoraj sami byliśmy świadkami jego śmierci?

- Wybacz moje pytanie, ale opowiadasz o tym, tak jakby Eron wtedy umarł, a przecież żył przez jeszcze następne dziesięć lat - spytałam, obawiając się tego, jak odpowie.

- Bo umarł. Wykrwawił się na moich oczach.

- Chyba nie mówisz, że… - Artur wtrącił nagle, podrywając się z fotela z wystraszonym wyrazem twarzy.

- Poszłam do nekromanty.

Zarówno ja jak i Artur byliśmy równie zszokowani jej wyznaniem. Wszyscy wiedzą, że tak jak czarnej magii nie powinno się dotykać, bez wczesnego obeznania, tak nekromancja jest dziedziną całkowicie zakazaną. Ciężko gdziekolwiek znaleźć coś na jej temat, bo nikt z szanowanych magów się tym nie zajmował. Była domeną Północnej dzielnicy, czyli ciemnego półświatka szemranych użytkowników magii. Chodziły też słuchy, że niektóre mareritty po przebudzeniu nabywały takich mocy. Jednak nikt kogo znam, nie spotkał się z takim przypadkiem. Zazwyczaj ci zainteresowani nekromancją znikali w nieznanych okolicznościach albo umierali z powodu przeciążenia siłą tej magii. Do tego dochodziły problemy ze skomplikowanym obrzędem, a i same efekty potrafiły być niezbyt zadowalające. W większości przypadków osoby, które udawało się ożywić, były bardzo oszpecone albo nawet w procesie rozkładu pośmiertnego.

Jeżeli Adamanta naprawdę to zrobiła, to musiał być to ktoś bardzo obeznany w tych kwestiach. Eron wyglądał na normalnego, zdrowego mareritta. Pomijając jego bliznę na szyi, nie zauważyłam większych defektów. Ciekawe gdzie znalazła tak dobrego nekromantę, skoro nawet ci z Północnej dzielnicy nie potrafili w całości przywrócić zmarłej osoby.

- Czy ty wiesz ile ryzykowałaś!? - krzyknął Artur, sapiąc z oburzenia. Chodził nerwowo w jedną i w drugą stronę po pokoju, wymachując rękoma. - Mogłaś kogoś zabić! Albo nawet…

- Co mu dałaś?

Moje pytanie przerwało potok wściekłych słów Artura. Opadł na fotel i odwrócił głowę w stronę okna, nie patrząc na nas. Nienawidził zakazanych magii, bo irytowała go bezmyślność osób, które się tym interesowały. Nie dziwiło mnie to, ale nie czas teraz na jego pouczające wywody.

- Skąd wiesz, że coś otrzymał? - Adamanta wydawała się być szczerze zdziwiona.

- Nekromancja to potężna magia. Taka, która nie żąda byle jakiej zapłaty w postaci złota. Ona, żywi się, tym co dla nas najdroższe. Dlatego pytam - co mu dałaś?

- Jesteś całkiem sprytna - mruknęła cicho. Na twarzy na chwilę pojawił się jej dawny wężowy uśmiech. - Chociaż można podejrzewać, że wiesz tyle, bo sama chciałaś kogoś ożywić.

Ostatnie słowa wymówiła swoim ulubionym zjadliwym tonem. Kątem oka dostrzegłam jak ciało Artura drętwieje, ale nie odezwał się, ani nie zareagował w żaden sposób. Milczałam, patrząc na nią niewzruszonym wzrokiem. Kobieta westchnęła, po czym przyłożyła rękę do serca.

- Dałam to, co jest mi najdroższe. Pamięć o nim. Chciałam, żeby żył, a to ja byłam powodem, dla którego sprawy potoczyły się inaczej. Miałam o nim zapomnieć, tak by on mógł żyć w spokoju.

- Ale… przecież to ty zleciłaś mi, żebym go znalazł. W takim razie, co sprawiło, że jakimś cudem pamięć do ciebie wróciła? - spytał Artur, odwracając się w jej stronę. Już nie był tak zdenerwowany jak przed chwilą.

- Ponieważ któregoś dnia przypadkiem natrafiłam na kryształową figurkę róży. Sądziłam, że pozbyłam się wszystkich pamiątek od niego. Każdą z nich oddałam nekromancie. Jednak jedna pozostała i to ona przywróciła mi wszystkie wspomnienia - uśmiechnęła się pod wpływem fali nostalgii. Westchnęła ciężko, po czym cicho się zaśmiała. - A teraz znowu przeze mnie Eron nie żyje.

- To nie twoja wina. Tak po prostu działa nekromancja - powiedziałam ze smutkiem w głosie. - Twoją ofiarą były wspomnienia o Eronie, których się wyrzekłaś, by on mógł żyć. Dlatego, kiedy je odzyskałaś, również i zaświaty upomniały się o jego duszę.

Adamanta rozszerzyła oczy w niemym zdziwieniu. Zapewne dotarł do niej sens moich słów. Nie powiedziałam tego by ją uspokoić, ale dlatego że taka była prawda. Najważniejszym warunkiem nekromantów jest to by zawsze trzymać się swoich wyrzeczeń. Z reguły potwierdzają je paktem krwi, przez co osoba jest związana silną magią. Złamanie takiej przysięgi kończyło się zawsze niedobrze. Adamanta miała szczęście, że zaświaty nie zemściły się na niej za takie kłamstwo, jakim było przyrzeczenie, że odda wszystko co związane z Eronem, gdy wcale tak się nie stało.

Zauważyłam, że od dłuższego czasu mnie obserwowała. Nagle rzuciła się w moją stronę, zamykając mnie w rozpaczliwym uścisku.

- Przepraszam, że naraziłam was na takie niebezpieczeństwo!

Jej reakcja była dla mnie takim zaskoczeniem, że w pierwszej chwili nie wiedziałam co robić. Jednak, kiedy poczułam na szyi jej drżący oddech, zmiękłam i również ją przytuliłam.

- Nic się nie stało - szepnęłam kojącym głosem. Wycofałam z jej umysłu swoje nici, by leki znów zaczęły działać. - Myślę, że powinnaś odpocząć.

Adamanta odsunęła się ode mnie, spoglądając w stronę Artura. Widziałam jak mój brat nad czymś się zastanawia. Podszedł do łóżka kobiety i uklęknął przy niej.

- Skąd w takim razie twoja nienawiść do marerittów? - szepnął cicho, patrząc na nią smutnym wzrokiem. - Mówię o twoim pierwszym spotkaniu z nami. Tym jak zareagowałaś na interwencję Vivienne.

- Ach.. to - westchnęła cicho, spuszczając wzrok. - Bo taka byłam od zawsze. Dopiero gdy w moim życiu pojawił się Eron zrozumiałam, że to nie w was tkwi problem, tylko w ludziach. Niestety pozbawiając siebie wspomnień o nim, straciłam także wszystkie uczucia jakie żywiłam do marerittów. Dlatego byłam czasem gorsza niż sam Forkles. Przepraszam was za to.

Artur kiwnął głową. Delikatnie ujął jej dłoń, ściskając nieznacznie. Adamanta rozumiejąc, że przyjął przeprosiny uśmiechnęła się lekko. Oboje ukłoniliśmy się, wiedząc, że leki zaraz ją ponownie uśpią. Postanowiliśmy opuścić jej komnatę, by mogła w spokoju odpocząć.

- On cię kochał, Adamanto. Pamiętaj o tym - powiedziałam, odchodząc od jej łóżka.

Na dźwięk moich słów oczy kobiety ponownie wypełniły się łzami. Jej usta za to były wygięte w ciepłym uśmiechu. Położyła się i po chwili już spała, oddychając równomiernie, a my w ciszy wróciliśmy do swojej komnaty.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie