Rozdział 28 Ostateczny pojedynek

Edward


- Ale jak… - Vivienne patrzyła na mnie rozszerzonymi w przerażeniu oczami. - Skąd wiedział?

- Nic nie wiem. Aureliano jedynie przesłał wiadomość, że zaraz tu będą - odparłem, głaszcząc po głowie kruka.

Sprawa nie wyglądała za ciekawie. Jeżeli hrabia odkryje, że Vivienne siedzi tu spokojnie w domu poszukiwanego mareritta, Forkles ją zabije. Nie mówiąc o mnie, za którego głowę wyznaczona jest niebotyczna cena.

Spojrzałem na Erona, ciekaw jego reakcji. Mężczyzna stał, nie okazując z zewnątrz żadnego zdenerwowania. Jednak zaciśnięte na poręczy krzesła ręce, zdradzały jego prawdziwe emocje.

- Masz tu jakieś inne wyjście? - spytałem myśliwego, próbując wymyślić odpowiedni plan.

- Jest jedno prowadzące przez piwnicę. Wystarczy, że wejdziecie do mojego pokoju. Pod łóżkiem znajdziecie przykryty dywanem właz. Zejdziecie po drabinie do małego pomieszczenia. Tam odsuniecie kredens, za którym jest wąski korytarz. Prowadzi tak, by wyjść bezpiecznie ukrytym w lesie tuż obok - odparł zimnym, opanowanym głosem.

- Świetnie. Vivienne weź Erona i pójdźcie tym wyjściem, a ja przywitam się z Forklesem.

- On na pewno wziął pół oddziału, zginiesz albo cię pojmą! - kobieta sapnęła z niedowierzaniem.

- Boli mnie twój brak wiary w moje umiejętności - mruknąłem, unosząc kącik ust.

- Idziesz z nami! - fuknęła, krzyżując ręce na piersi. Cała jej postawa wyrażała upartą nieustępliwość.

- A kto wtedy kupi czas na ucieczkę? - warknąłem, nie mając czasu na jej opory.

- Ja.

Odwróciłem się w stronę Erona, który stał z dumnie uniesioną głową. Przyznam, że nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Wzrok myśliwego był stanowczy. Czułem pulsujący od niego ból i wściekłość. Tak jak u zwierzyny zapędzonej w kozi róg, która resztkami sił będzie się jeszcze broniła.

- Nie będę przed nim uciekał - powiedział, podchodząc do skrzyni w rogu pokoju. Wyjął z niej strzelbę, myśliwski nóż oraz błyszczącą szablę. - Pora raz na zawsze zakończyć nasze porachunki. Choćby to oznaczało moją śmierć.

Skinąłem mu głową z uznaniem. Wiedziałem, że jest dumnym marerittem, ale nie sądziłem, że zdobędzie się na coś takiego. Zwłaszcza, że nie dysponował wielką mocą. Wyczuwałem od niego tylko słabe zaklęcia, co sugerowało, że jest tym typem, który jest praktycznie pozbawiony “demonicznej” części. Dlatego w walce musiał na pewno jedynie bazować na swoich umiejętnościach, a nie mocach.

Odniosłem wrażenie, że historia jakby się powtarza. Pomimo tylu lat, gdzieś głęboko w środku jest znów tym samym Eronem, który szedł na śmierć w imię miłości. Zakazanej miłości.

- Przykro mi, ale jesteś nam potrzebny - odezwała się Vivienne, mierząc go uważnym wzrokiem. - Bez ciebie, Adamanta nam nie pomoże w ucieczce z zamku albo nawet nas wyda hrabiemu. Proszę cię chodź ze mną.

- Gwarantuję ci, że tego nie zrobi. Zadbam o to.

Przyglądała się mu w milczeniu. Chociaż na jej twarzy malowała się złość, wiedziałem, że tak jak i ja, ona też wie, że nic go nie przekona. Podeszła do myśliwego, wyciągając dłoń w jego stronę.

- Miło było cię poznać, Eronie LaCarel - uścisnął ją bez słowa.

- Nie chcę przerywać, ale Vivienne jak nie wyjdziesz stąd za sekundę, to będziesz mogła jeszcze uścisnąć rękę hrabiemu.

Westchnęła ze zrezygnowaniem i skierowała się do pokoju Erona. Kiedy kucnęła przy łóżku, odwróciła się w naszą stronę.

- Dalej mam ochotę wydłubać ci oczy, za to co mi dzisiaj zrobiłeś - powiedziała, świdrując mnie nienawistnym wzrokiem. - Jednak proszę cię, nie zgiń tam - dodała, lekko się uśmiechając.

Wyrwał mi się cichy śmiech na dźwięk jej słów. Uniosłem dłoń, po czym zmaterializowała się w niej hebanowa laska. Podszedłem do drzwi, ale zanim je otworzyłem, to spojrzałem ostatni raz na Vivienne, która dalej się w nas wpatrywała. Mrugnąłem do niej, po czym chwyciłem za klamkę.

- Pamiętaj, że Forkles nie jest byle jakim człowiekiem. To dobry mag. Może nawet silniejszy niż ja - powiedziałem poważnym tonem, zwracając się do Erona.

- Patrzysz na kogoś, kto już raz zginął z jego ręki. Nie musisz mi tego mówić.

Nie przedłużając, otworzyłem drzwi, a moim oczom ukazało się kilkanaście wierzchowców z żołnierzami. Dostrzegłem z tyłu Artura, który patrzył na mnie zszokowanym wzrokiem, a tuż obok niego niewzruszonego Aureliano. Natomiast w samym centrum stał ten, na którego tak czekaliśmy.

- Witaj Forklesie, dawno się nie widzieliśmy - powiedziałem, szeroko się uśmiechając.

Wściekłość, która zalała twarz hrabiego była cudownym widokiem. Zastukałem o ziemię laską, tak by wysunęło się z niej ostrze, które skierowałem w jego stronę. Kruk siedzący na moim ramieniu poderwał się do lotu, głośno kracząc. Hrabia zeskoczył z konia ciężko sapiąc.

- Co z Vivienne? - usłyszałem w swojej głowie spanikowany głos Artura.

- Nic jej nie jest. Uciekła - odpowiedziałem, cały czas mierząc wzrokiem Forklesa. - Ale jest jeden problem… - zza moich pleców wysunął się Eron. Trzymał w rękach nabitą strzelbę i celował z niej do hrabiego.

- Ty… - wydyszał wściekle Forkles. - Jak to możliwe, że żyjesz!?

- Nie da się zabić kogoś, kto dawno temu był już martwy - odparł lodowatym głosem Eron.

Oczy Forklesa przepełnione były wściekłością. Wydał z siebie dziki okrzyk, po czym rzucił się w naszą stronę. Usłyszałem huk wystrzału ze strzelby i ciche stęknięcie. Dym z broni zasłonił mi widok, a kiedy się lekko przerzedził, zobaczyłem jak hrabia rzuca się na Erona. Miał zakrwawione ramię, w które zapewne trafił nabój.

Chciałem pomóc marerittowi, ale kątem oka dostrzegłem jak reszta żołnierzy się otrząsnęła, ruszając w moją stronę. Odetchnąłem głęboko, po czym wyszeptałem zaklęcie i w ich stronę poszybowało kilkanaście kruków. Ptaki rzuciły się na nich, dziobiąc oraz drapiąc. Strażnicy krzyczeli, strzelając na oślep, chcąc się ich pozbyć z twarzy. Ci, którym się to udało, zbliżali się powolnym krokiem w moją stronę. Aureliano z Arturem siedzieli wciąż na koniach i obserwowali pole walki wraz z kilkoma Rubinami, czekającymi na rozkaz od generała.

Zobaczyłem, że Forkles dalej walczy z Eronem. Pomimo rany postrzałowej miał dalej znaczącą przewagę nad marerittem. Myśliwy sapał z wycieńczenia, ale udawało mu się idealnie parować ataki. Jednak hrabia nie używał przy tym żadnych zaklęć. Jeżeli nagle zacznie, to może się to źle skończyć. Musiałem się pospieszyć.

Postanowiłem nie czekać i doskoczyłem do grupy żołnierzy przede mną. Zamachnąłem się laską, ogłuszając jednego. Uchyliłem się przed lecącą w moją stronę klingą miecza, która wbiła się w ziemię tuż obok. Spojrzałem w oczy gwardziście, do którego należała broń. Kiedy ciemne kolce przeszyły jego ciało, zdążył jedynie otworzyć usta w niemym zdumieniu.

Poczułem ostry ból w lewym ramieniu. Przyłożyłem rękę do rany, mamrocząc przekleństwo, gdy zobaczyłem lepką, czerwoną krew. Odwróciłem się do tyłu, skąd celował do mnie żołnierz. Ponownie wypalił z broni, ale tym razem udało mi się uniknąć pocisku. Szybko podbiegłem, uderzając go głową laski w żuchwę. Chrzęst łamanej kości rozległ się w moich uszach. Mężczyzna padł, cicho jęcząc. Przygniotłem go kolanami, tak by się nie mógł ruszyć.

- Cóż z ciebie za tchórz, że strzelasz mi w plecy? - spytałem cichym głosem, dotykając jego twarzy.

Żołnierz rozszerzył oczy, które zaszły czarną mgłą, po czym wydał z siebie krzyk przerażenia, gdy wdzierałem się do jego umysłu, rwąc go na strzępy. Po chwili z jego oczu popłynęła strużka ciemnej krwi i mężczyzna zastygł w bezruchu.

Wtem poczułem jak ktoś wpada na mnie z ogromną siłą. Przetoczyliśmy się kilka metrów dalej. Zostałem przygwożdżony do ziemi, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Miałem już użyć podmuchu magii i zrzucić z siebie napastnika, gdy zobaczyłem, że to Artur.

- Co ty do cholery wyprawiasz!? - warknąłem, próbując się wyrwać.

- Nie drzyj się na mnie, bo ci właśnie życie uratowałem! - krzyknął oburzony, wskazując głową na żołnierza, który stał z ogromnym toporem, wbitym w ziemię, gdzie przed chwilą byłem. - Więc należą mi się raczej podziękowania.

- Dzięki - burknąłem, chociaż coraz ciężej mi było mówić z jego ciężarem na moim ciele. - Zejdziesz już ze mnie? Zaraz się uduszę.

Artur chciał się już podnieść, gdy nagle zamachnął się ręką i uderzył mnie w twarz. Pulsujący ból rozszedł się po całej głowie, otumaniając mnie. Zasyczałem z wściekłością, a on spoglądał przepraszającym wzrokiem.

- Pamiętaj, że powinienem udawać, że chcę cię zabić - powiedział, krzywo się uśmiechając.

- Teraz to ty się módl, żebym cię nie urządził tak jak tamtych - warknąłem, wciąż czując ból po jego ciosie.

- Nie przesadzaj, nawet nie przyłożyłem się jakoś bardzo.

Zgrzytnąłem zębami, widząc jaką radość z tego czerpie. Zagwizdałem przeciągle, po czym ujrzałem rysujący się na ziemi cień. Coraz bardziej się zwiększał, lecz Artur nie zwracał na to uwagi, bo chciał już zadać kolejny cios.

Wtedy z nieba rzucił się na niego kruk. Przywarł do jego twarzy, dziobiąc go po głowie. Artur rzucał przekleństwami, gdy próbował go zdjąć, a ja w tym czasie wykorzystałem jego nieuwagę. Kopnąłem go kolanem w plecy. Upadając do przodu wydał z siebie głośne stęknięcie. Chwyciłem go za ramiona i przerzuciłem za siebie. Przetoczył się z wciąż kurczliwie uczepionym krukiem. Gwizdnąłem ponownie, na co ptak go puścił, po czym wrócił na moje ramię. Artur dysząc, podniósł się ociężale.

- Dzięki! - sapnął wściekle, ocierając krew z brwi, które rozciął mu ptak. - Po prostu, cholera, dzięki!

- Nie ma za co - powiedziałem rozbawiony.

Jednak uśmiech szybko zniknął mi z twarzy, gdy rozległ się rozpaczliwy krzyk. Spojrzałem w stronę, z której dobiegł i dostrzegłem to czego się już na początku obawiałem.

Eron klęczał z lekko uchylonymi ustami, z których ciekła krew. Jego ciało przebite było długim, srebrnym mieczem. Z końca ostrza kapały czerwone krople, tworząc niewielką kałużę. Hrabia trzymał rękojeść obiema dłońmi, a jego twarz wypełniała dzika wściekłość.

- Tym razem dopilnuję, żebyś spłonął i nigdy więcej nie wracał - warknął, obnażając zęby.

- Martwy czy nie, zawsze będziesz pamiętał, że tuż pod twoim nosem rżnąłem twoją matkę - wychrypiał Eron, uśmiechając się. Po chwili jego oczy zaszły mgłą, a usta rozciągnęły się w błogim wyrazie. - Którą kocham najbardziej na świecie i nic tego nie zmieni. Nawet ty For…

Przerwał mu szaleńczy wrzask hrabiego. Ścisnął miecz i jednym, płynnym ruchem wysunął go z ciała Erona. Myśliwy ze zwycięskim uśmiechem na ustach padł na ziemię.

Kiedy myślałem, że to koniec, znowu usłyszeliśmy kolejny krzyk. Tyle, że tym razem należał do kobiety. Zszokowany spojrzałem za siebie i nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

- Adamanta? - szepnąłem, patrząc jak mocuje się z obejmującym ją Aureliano.

Była cała potargana i poobijana, ale nagły przypływ siły powodował, że drapała generała oraz biła bez opamiętania. Jej twarz była zalana potokiem łez, a wyraz jej oczu był jeszcze bardziej szalony niż u Forklesa.

- Morderco! Nie zapomnę ci tego nigdy! Rozumiesz? N i g d y - wrzeszczała, patrząc na hrabiego, który stał lekko zgarbiony nad ciałem Erona.

Aureliano w końcu ją puścił. Padła na ziemię przy myśliwym. Drżącymi rękoma dotknęła jego twarzy. Przejechała po niej, a jej łzy spływały w dół, mieszając się z krwistą kałużą.

- Mój kochany Eron - chwyciła jego głowę i położyła sobie na piersi. - Przepraszam najdroższy, tak bardzo cię przepraszam.

Cicho łkała, kołysząc się do przodu i do tyłu. Jego ciało przypominało bezwładną lalkę, gdy próbowała unosić mu ręce, a one z powrotem opadały. Nastała cisza, którą przecinał co jakiś czas jej drżący głos, szepczący imię mareritta. Wszyscy patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na ten obraz czystej niesprawiedliwości. Oto przed nami rozgrywała się tragedia dwóch osób z różnych światów, których połączyło coś tak niewinnego jak uczucie. Może gdyby całe miasto usłyszało o ich historii, wszystko nabrałoby innego znaczenia. Tylko, czy aby na pewno?

Forkles stał z opuszczoną głową, ciężko oddychając. Aureliano patrzył smutnym wzrokiem, z przyłożoną pięścią do piersi, jako znak szacunku dla zmarłego. Arturowi lekko drżała warga, a oczy wypełniała rozpacz. Nawet żołnierze gwardii oraz Rubini odłożyli broń i stali z lekko pochylonymi głowami.

- Zabierzcie ją stąd - powiedział cichym głosem Forkles. A kiedy zobaczył, że nikt się nie rusza, wyprostował się z dumą. - Straż, powiedziałem zabrać ją stąd!

- Moment! - Artur wstrzymał dłonią żołnierzy. - Ja się nią zajmę - podszedł wolnym krokiem do wciąż łkającej Adamanty. Uklęknął przy niej i delikatnie dotknął jej ramienia.

- Musisz ze mną pójść - powiedział łagodnym głosem, próbując ją odczepić od ciała Erona.

- Nie, nie zostawię go tu - jęknęła rozpaczliwie, wtulając się w myśliwego.

- Adamanto, proszę cię. Jego Wysokość może się zdenerwować…

- A proszę bardzo! Niech się denerwuje! - spojrzała wyzywająco na Forklesa, który wciąż patrzył w ziemię. - Skoro z mojego własnego łona wyszła taka kreatura, to muszę ponieść za to winę.

Artur przerażony jej słowami spróbował jeszcze raz ją odciągnąć, lecz ona zaparła się mocniej.

- Nigdzie nie idę!

Zobaczyłem, jak każdy mięsień Forklesa nagle się napina. W jednej chwili znalazł się przy Adamancie. Chwycił ją za włosy, tak mocno, że wyrwał jej się okrzyk zaskoczenia. Chwycił jej ręce, straszliwie zaciskając, tak że była zmuszona puścić Erona. Przyciągnął ją do siebie, miażdżąc w brutalnym uścisku.

- Ostatni raz kwestionujesz moje rozkazy przy m o j e j gwardii - syknął, ciężko oddychając. W oczach Adamanty było teraz czyste przerażenie. - Zrozumiałaś!?

- Wasza Wysokość… - Artur zaczął cichym głosem, próbując go uspokoić.

- Milcz!

Forkles rzucił zaklęcie, które uderzyło w Artura z wielką siłą. Poleciał daleko, odbijając się od ziemi, aż w końcu się zatrzymał cały poobijany. Leżał w bezruchu, jedynie lekko poruszając palcami i głową. Aureliano spojrzał na niego zmartwionym wzrokiem. Zsiadł z konia, chcąc pobiec do Artura, ale wpierw jeszcze odwrócił głowę w moją stronę.

- Chyba pora na ciebie Edwardzie - stanowczy głos generała rozległ się w moim umyśle.

Skinąłem ze zrozumieniem. Miał rację, że powinienem się stąd jak najszybciej zabierać. Forkles od dawna nie był tak wściekły, tak jak dzisiaj. W tej sytuacji miał znaczną przewagę nade mną. Zwłaszcza, że powoli czułem kłujący ból w czaszce, sugerujący, że ogarnia mnie zmęczenie. Podniosłem leżącą na ziemi laskę i rozpłynąłem się w mroku.

Kiedy przemykałem się między drzewami w lesie, miałem wrażenie, jakbym wciąż słyszał ten przeraźliwy, zbolały krzyk Adamanty.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie