Rozdział 29 Bliźnięta

 Artur

 - Auć! - syknąłem cicho, kiedy Vivienne dotknęła mojego obolałego ramienia.

- Nie ruszaj się, bo muszę ci dobrze odkazić rany - mruknęła, ściskając w ręce kulkę białego materiału. Zanurzyła go w misce z alkoholem i znowu przyłożyła do skóry. Zacisnąłem mocno zęby, dusząc okrzyk bólu.

Kiedy hrabia postanowił pobawić się mną jak kot swoim kłębkiem, po którymś uderzeniu straciłem przytomność. Ocknąłem się tutaj w naszej komnacie, z pochyloną nade mną zmartwioną Vivienne. Powiedziała, że Aureliano mnie tu przyniósł, ale nie miał czasu nic więcej powiedzieć.

Musiałem jeszcze chwilę odpocząć, zanim przedstawiłem jej cały bieg wczorajszych wydarzeń. Gdy skończyłem, siedziała przygarbiona, pochylając do przodu głowę, a usta lekko jej drżały.

- Tak naprawdę, to wszystko widziałam - powiedziała po chwili. Rzuciłem jej pytające spojrzenie. - Nie poszłam od razu do zamku, tylko obserwowałam całą walkę ukryta w lesie.

- Mogli cię zobaczyć! O ile już tego nie zrobili!

- Spokojnie, byłam daleko. Widziałam wszystko tylko dzięki zaklęciu przybliżającemu.

Obrzuciłem ją karcącym spojrzeniem. Nie powinna była ryzykować, zwłaszcza że hrabia naprawdę się bardzo wściekł. Kiedy tam stałem i widziałem jak Adamanta się z nim spiera, przez chwilę czułem, jakby miał zaraz całkowicie wybuchnąć, a potem nas wszystkich pozabijać. Nawet nie przejął się obecnością Edwarda, którego przecież tak bardzo pragnął dorwać. Całą swoją energię skupił wtedy na Eronie. Czy naprawdę aż tak nienawidzi marerittów? To było przerażające przeżycie, zwłaszcza że gdybyśmy przybyli tam o kilka minut wcześniej być może natrafilibyśmy na Vivienne w domu myśliwego. Forkles od razu by ją zabił, bez większego namysłu.

- Już nigdy więcej nie powierzę ci swojego zadania i nie narażę na niebezpieczeństwo, obiecuję - powiedziałem patrząc na nią z powagą. Zamrugała kilka razy, zdziwiona tym wyznaniem.

- Ależ braciszku, przecież nic mi się nie stało. Ty nawet mocniej oberwałeś.

- Ale mogło! - krzyknąłem wzburzony. Vivienne lekko się odsunęła, marszcząc groźnie brwi. - Przepraszam… Po prostu się martwię - westchnąłem, ukrywając twarz w dłoniach.

- Jestem dorosła Arturze - poczułem jej delikatny dotyk, gdy przejechała ręką po moich włosach. - Ale tym zamartwianiem nie zmyjesz krwi z naszych rąk.

Zamarłem na dźwięk jej lodowatych słów. Poderwałem głowę do góry, żeby zobaczyć jak w jej nie zakrytym opaską oku czai się rozpacz pomieszana z rezygnacją. Otworzyłem usta by coś powiedzieć, lecz ona pokręciła głową.

- Wiem, co chcesz powiedzieć, że to twoja wina, a nie moja - uśmiechnęła się smutno i objęła ramionami. - Jednak niczego to nie zmieni. Świat dalej będzie taki sam. Dlatego proszę, nie bierz moich win na siebie.

Próbowała zachować niewzruszony wyraz twarzy, ale wkrótce zobaczyłem jak drży. Pojedyncza łza spłynęła jej na policzek, ale szybko ją zaraz otarła. Widziałem jak wiele sił traci by to wszystko w sobie zatrzymać. Wciąż jednak nie rozumiałem, co sprawiło, że wróciła do tego tak dawno zapomnianego tematu. Wstałem i wyciągnąłem do niej ręce. Vivienne wtuliła się, mocno mnie trzymając. Nie płakała, tylko ciężko oddychała, a jej ciało co jakiś czas przeszywał dreszcz.

- Dlaczego akurat teraz sobie przypomniałaś - szepnąłem zbolałym głosem. Gładziłem ją po plecach, chcąc dodać jej otuchy.

- Nie zapomniałam o tym nigdy. Ani o wydarzeniach sprzed siedmiu lat, ani o tym co było później - jej głos, choć drżący, brzmiał stanowczo.

- Przepraszam Vivienne… - szepnąłem, czując jak ciężar winy zgniata moje wnętrzności. - Tak bardzo cię przepraszam za to wszystko. Obiecałem tacie, że będę cię chronił i zobacz, do czego doprowadziłem…

- Przestań - ucięła ostro, odsuwając się ode mnie, tak by mogła spojrzeć mi w oczy. - Artur to nie jest twoja wina! Byliśmy dziećmi, zostawionymi na pastwę losu. To miasto musiało nas pochłonąć, żebyśmy mogli powstać jeszcze silniejsi.

- Wiem, ale z pewnością można było tego uniknąć. Zawsze jest jakiś sposób.

- Myślę, że to wszystko było nam pisane…

Vivienne usiadła na krześle i spoglądała przed siebie niewidzącym wzrokiem. Gniotła w rękach pasemka czarnych włosów, których końcówki z każdym dniem stawały się coraz bardziej białe. Zawsze ścinała je na krótko, żeby jej nie przeszkadzały w walce, ale ostatnio miała tyle zmartwień na głowie, że zdążyły jej już urosnąć do ramion. Dlatego zaczęła je upinać ozdobną spinką, wypuszczając jedynie kilka pasm z przodu, które opadały jej na twarz. Dopiero teraz, kiedy siedziała przede mną skulona, zauważyłem, jak bardzo jest podobna do naszej mamy. Tyle, że na jej twarzy malowało się ogromne zmęczenie, zamiast wiecznego uśmiechu.

- Oni chcieli nas chronić za wszelką cenę. Nawet swojego życia - szepnęła, dotykając opaski na oku.

Może i miała częściowo rację, ale gdyby nasi rodzice poinformowali nas o mocach Viv, wszystko mogłoby inaczej wyglądać. Co jeśli udałoby się ją już wcześniej ograniczyć lub spętać silnym zaklęciem? Mogłaby wtedy normalnie funkcjonować, bez obaw o to, że nagle komuś się krzywda stanie.

Pokręciłem głową, nie wierząc, że teraz obwiniam rodziców. To nie jest niczyja wina. Po prostu to miasto na nas wszystkich tak działa. Zwłaszcza, że rządzi nim taki okrutnik jak Forkles.

- Tak właściwie, to Edward mi o tym przypomniał - powiedziała cichym głosem Vivienne, wciąż patrząc gdzieś w dal.

- Edward? A skąd on by o tym wiedział? - spytałem zdziwiony i jednocześnie zaniepokojony.

- To jego moc. Potrafi wejść do umysłu drugiej osoby i wyświetlić jej wspomnienia, tak jakby ponownie je przeżywała, bądź też obejrzy je sam.

- Zatłukę go - warknąłem, zaciskając dłonie w pięści.

- Spokojnie, chociaż miałam ochotę go wtedy zabić, to po jakimś czasie się uspokoiłam. A to dlatego, że zanim nawet wszedł do moich wspomnień, nazwał mnie “Lalkarką”.

Spojrzałem na nią przerażony. Jej słowa dudniły mi w głowie, a zwłaszcza to jedno. Lalkarka

Kiedy trafiliśmy do Północnej dzielnicy trzeba było się mieć cały czas na baczności. Nie można tam nikomu ufać, ani tym bardziej zdradzać swojego imienia. Dlatego każdy był obcym, bądź nieznajomym. Jednak niektórym czasem nadawano pseudonimy. Do wybranych należały osoby stanowiące elitę dzielnicy. Zazwyczaj byli to członkowie aktualnie panujących gangów, ale także te mareritty, których się po prostu bano przez ich potężne moce.

Razem z Vivienne należeliśmy zarówno do tych pierwszych jak i drugich. Chociaż moja siostra znacznie bardziej przerastała mnie w kwestii mocy. Była ulubionym pionkiem mareritta, który wówczas miał największe wpływy w Północnej dzielnicy. Nikt nie zna jego prawdziwego imienia, ale każdy mówił na niego Vantir. Słynął z werbowania przebudzonych i organizował zamachy na wysoko postawione figury Miasta Cieni. Viv była jego ulubienicą. Fascynowała go moc białego oka, a raczej to jak bardzo jest zabójcze. Namącił jej w głowie, wykorzystując naszą przeszłość, jako tych skrzywdzonych przez ludzi oraz hrabiego. Z naszą pomocą pozbywał się niewygodnych świadków lub też dla zwykłej przyjemności oglądania krwawych masakr.

Próbowałem z tym walczyć. Dopiero po pewnym czasie mi się to udało, gdy zobaczyłem w jakim stanie jest Vivienne. Jej moce rosły z każdym dniem, kiedy używała ich aż do granic możliwości. Uznałem, że chociaż wykonuje wszystko bez mrugnięcia okiem, to jednak w głębi duszy cierpi męki. Później miała okazję sama mi przyznać, że coraz bardziej się w tym wszystkim zatracała. Błagała o pomoc.

Dlatego postanowiłem okiełznać całą jej moc i wraz ze wspomnieniami zapieczętować ją w najdalszych zakamarkach umysłu Vivienne. Oczywiście Vantir się o tym dowiedział, dając nam wybór - przywrócę moce mojej siostrze albo do końca życia będziemy pierwsi na liście jego łowców. Uciekliśmy, przyrzekając sobie, że nigdy nie wrócimy do Północnej dzielnicy. Tyle, że mogli nas równie dobrze wytropić w każdej innej, więc później zawsze musieliśmy się ukrywać.

Teraz Vivienne jest w stanie używać jedynie swoich unikalnych mocy, czyli nici magii, dzięki którym może manipulować umysłami ofiar. Jeżeli chodzi o jej białe oko, to mam nadzieję, że i jego siła została spętana. Nigdy tak naprawdę nie odkryłem czym ono w ogóle jest. Możliwe, że jest to coś nieodłączne, własność nie przebudzonego demona. Takich specjalnych umiejętności nawet potężna czarna magia nie ujarzmi. Dlatego dla bezpieczeństwa, Vivienne nosi na nim opaskę. Na koniec wszystko otoczyłem najsilniejszymi barierami, których nawet taki mag jak Forkles nie byłby w stanie złamać.

A jednak komuś się udało.

- To jest niemożliwe, że przebił się przez wszystkie moje zaklęcia ochronne i tak po prostu wszedł ci do głowy! - poczułem lekkie, nieprzyjemne uczucie na myśl o jego mocy. A także o tym, że jest tam ktoś kto lepiej włada siłą mentalizmu niż ja.

- To mroczny mareritt Arturze i chociaż jest pierwszym jakiego spotkałam, to czuję że to tylko wierzchołek góry lodowej tego co potrafi - odparła, lustrując zmęczonym wzrokiem cały pokój.

- Jaki by nie był, nie powinien tego robić bez twojego pozwolenia - warknąłem, żałując, że wczoraj mu mocniej nie przyłożyłem.

- Był po prostu ciekawy. Chociaż uchodzi za wyrachowanego zabójcę, to jego słabością jest zwykła dziecięca ciekawość. Jednak przyznaj, że sam z chęcią byś zajrzał do jego wspomnień - Viv spojrzała na mnie uśmiechając się krzywo.

- I tak pewnie na niego moje moce nie działają - burknąłem, odwracając głowę, by ukryć zawstydzenie, że mnie rozgryzła.

- To prawda, że jest odporny na większość zaklęć… - Vivienne urwała, drapiąc się w zamyśleniu po nadgarstku. - Wiesz co mnie tylko zastanawia?

- Co takiego? - spytałem zainteresowany.

- Zawsze kiedy chciał użyć swoich mocy, to cicho inkantował formuły zaklęć. Który mareritt tak robi? Owszem czasem i my coś dla zasady rzucimy, ale raczej nigdy nie było to wyznacznikiem naszej siły.

- Hmm… To rzeczywiście ciekawe. Może jako mroczny mareritt musi w jakiś sposób wiązać ogromną moc jaką posiada. Dlatego wymawia zaklęcia - odparłem, ale z niezbyt dużym przekonaniem.

- Może masz rację. W końcu chwyta się czarnej magii.

Coś w głosie Vivienne sugerowało, że moja odpowiedź nie przypadła jej do gustu. Wcale mnie to nie dziwi. Edward jest okryty płaszczem tajemnicy. Nie jestem nawet pewien czy jego imię jest prawdziwe. Raz spróbowałem wysondować jego umysł, to zderzyłem się z tak ogromną tarczą ochronną, że nawet nie próbowałem jej przebić. Zresztą poczułem jak coś lodowatego owija się wokół mojego serca, więc od razu się wycofałem, obawiając się, że jeszcze mnie wyczuł.

- Kiedyś może się dowiemy czegoś więcej na jego temat. Jednak teraz myślę, że powinniśmy skupić się na wczorajszych wydarzeniach - powiedziałem, powoli próbując wstać. Vivienne zerwała się i chwyciła mnie, aby pomóc.

- Chcesz odwiedzić Adamantę, prawda? - zapytała, ujmując mnie delikatnie pod ramię, tak by rana na nim o nic się nie ocierała.

- Tak. Chciałbym zobaczyć jak się czuje - odparłem niewyraźnie.

Kiedyś los matki hrabiego byłby mi obojętny, ale po wczorajszych wydarzeniach zaczynam czuć, że jest jednak bardziej po naszej stronie niż swojego syna. Tylko czy lekcja jaką otrzymała od hrabiego nie sprawi, że zamknie się w sobie i uzna, że jednak nie chce nam pomóc? Dlatego też chcę ją odwiedzić. Muszę się upewnić, że nie zmieniła swojego nastawienia do Forklesa, a zwłaszcza do nas.

- Pójdę z tobą, bo muszę od niej wyciągnąć zakończenie historii Erona - burknęła niemrawo Vivienne, nie patrząc w moją stronę.

- Uważaj, bo zaczynasz brzmieć i zachowywać się jak Edward - powiedziałem, unosząc kąciki ust w szelmowskim uśmiechu. - Przesłuchiwanie kobiety, która przeżyła taki szok i została mocno poturbowana, tylko z czystej ciekawości - to bardzo w jego stylu.

Vivienne spiorunowała mnie wściekłym wzrokiem. Mruknęła coś cicho pod nosem, po czym chwyciła mnie mocniej i zaczęła powoli iść przed siebie.


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie