Rozdział 31 Wewnętrzne rozterki

 Fernes


 Siedziałem w karczmie “Pod Złotym Kogutem” spokojnie pijąc piwo, kiedy nagle wparował do niej zziajany Edward i zażądał dużej dawki alkoholu. Całe jego ubranie było zakurzone, z gdzieniegdzie widocznymi plamami błota. Zdziwiło mnie to, ponieważ należał on do osób, które nie mogły znieść widoku pojedynczego paprocha na ich płaszczu. Włosy miał rozczochrane tak jakby rzuciło się na niego stado kruków. W dodatku cały jakoś emanował chaotyczną energią i nieładem. Widząc z jaką pasją wypija kieliszki alkoholu, domyśliłem się, że musiało się coś stać. Edward raczej stronił od topienia smutków w trunkach. Zazwyczaj zadowala go niewielka ilość do obiadu czy wieczorem. Czekałem aż zacznie coś mówić, ale chyba się do tego nie palił, a nie wiem czy mam ochotę go zbierać potem z podłogi.

- Nie wyglądasz za dobrze, Edziu - powiedziałem, patrząc jak czarnowłosy wypija już trzeci z rzędu kieliszek.

- Po pierwsze nie mów do mnie “Edziu”, bo ci urwę łeb - warknął, mierząc mnie intensywnym spojrzeniem szmaragdowych oczu, na co się tylko zaśmiałem. - Po drugie wszystko ze mną w porządku, trochę się zmęczyłem.

- Ostatnio widziałem cię takiego, gdy uznałeś, że jesteś w stanie wypić więcej niż ja - odparłem, cicho chichocząc pod nosem.

- Nie moja wina, że wybrałeś wtedy najmocniejszą wódkę jaką się tylko dało. Wiesz, że wolę wino - burknął, krzywiąc się na wspomnienie tej goryczy.

- Dlatego się Edziu przyjaźnimy! Nie ufałbym komuś, kto byłby w stanie mnie przepić!

Syknąłem z bólu, gdy jego but wylądował na mojej stopie. Spojrzałem na niego z urazą, na co on tylko westchnął. Przeczesał dłonią gęste włosy, po czym zgrabnym ruchem przechylił kieliszek i wypił całą jego zawartość. Siedział przez jakiś czas, jedynie nerwowo stukając palcem w blat baru. Dziwiło mnie jego zachowanie, bo zawsze był aż do bólu opanowany. Tymczasem teraz siedział przede mną istny kłębek nerwów. Wpatrywałem się w niego z napięciem, czekając aż w końcu mi powie, dlaczego się tak zachowuje.

- Adamanta miała kochanka, który był marerittem - powiedział w końcu ciężkim tonem, patrząc na puste szkło.

- Słucham!? - krzyknąłem, gwałtownie wstając, ale usiadłem zaraz z powrotem, kiedy zobaczyłem, że inni klienci się na nas patrzą. - Jakim cudem? - dodałem nieco ciszej.

- Eron LaCarel, nadworny myśliwy. Ich romans zaczął się dziesięć lat temu, ale potem został nagle przerwany.

- Jak to możliwe, że tego nie zauważyliśmy, a przynajmniej ty?

Edward pokręcił głową. Nalał sobie jeszcze jeden kieliszek i z ponurą miną na niego spoglądał. Rozumiem, że ta informacja była szokująca, zważając na stosunek hrabiego do marerittów, ale nie była też zbyt przydatna czy wielce intrygująca. Nie zmienia to faktu, że bardzo mnie cała historia zainteresowała.

- Dlaczego się tak tym przejąłeś? - spytałem, bojąc się że ta historia ma jakieś drugie dno. Zresztą jak większość tych opowiadanych przez Edwarda.

- Byłem tam z Vivienne, bo Adamanta kazała jej odnaleźć Erona. Hrabia też się o tym dowiedział i wpadł w furię - przerwał, żeby wypić trochę alkoholu. - Forkles zabił go na oczach Adamanty.

- Cholera, chyba dawno się tak nie wkurzył - powiedziałem, drapiąc się po głowie w zamyśleniu. - Ważne, że nie zrobił niczego głupiego, co by nam utrudniło nasze plany.

- Ta kobieta urządzała nam obu piekło, kiedy przebywaliśmy w zamku. Każdy wiedział, że nienawidziła marerittów. A teraz nagle się dowiaduję, że miała romans z jednym, w dodatku tragiczny.

Milczałem, patrząc jak desperacja w jego głosie wzrasta. Nienawidziłem Adamanty, bo w końcu to matka Forklesa. Na pewno pociągała za sznurki, więc dlaczego nigdy nie powstrzymała swojego syna przed tyloma okropnymi rzeczami, których się dopuścił? Jednak po tym, co usłyszałem okazuje się, że ona także jest ofiarą działań hrabiego. Nie mogę powiedzieć, że zmieniło to jakoś bardzo dramatycznie mój stosunek do niej. Gardziłem tą kobietą od początku mojego pobytu w zamku. Byłem świadkiem tego jak traktuje niektórych z nas. A jednak proszę, nagle wychodzi na jaw jej romans z marerittem. Ta ironia losu wręcz mnie bawiła.

- Przyczyniła się do śmierci mojej matki, więc dlaczego jest mi jej żal, Fernesie? - powiedział cicho Edward, ze słyszalnym bólem w głosie.

- Cóż, nawet po usłyszeniu takich wieści od ciebie, chyba nie umiałbym jej wybaczyć tego co robiła w zamku. Była chodzącym postrachem, nie wspominając o jej wiecznym donoszeniu na nas do Forklesa. Jednak nie sądzisz, że okoliczności śmierci twojej matki są dosyć dziwne? Może to też była manipulacja Forklesa.

- To jej nie tłumaczy! - warknął, zaciskając dłonie w pięść. Wypił kolejny kieliszek, a jego policzki były lekko zaróżowione. Potoczył mętnym wzrokiem dookoła siebie, w poszukiwaniu karafki, żeby dolać alkoholu.

- No doobra, tobie chyba już wystarczy na dzisiaj - powiedziałem, zabierając mu butelkę sprzed nosa.

Przez chwile próbował mi ją wyrwać, ale dosyć szybko się poddał. Nikt bardziej nie lubił być nietrzeźwy niż Edward. Ja gdy piję, to tak, żeby szybko się znieczulić i odciąć od tego świata. Jest to moja toksyczna odskocznia, której czasem się wstydzę. Natomiast on zawsze musiał mieć kontrolę nad sobą. Ciekawe czy byłoby inaczej, gdyby nie to, że w jego wnętrzu szaleje nieokiełznany, przebudzony demon.

- Myślisz, że on kiedykolwiek umrze? - spytał z powagą, a wokół niego zawirowało kilka ciemnych obłoków magii.

- Kiedy to nie wiem, ale na pewno z twojej ręki - zaśmiałem się, próbując rozładować napięcie.

Edward cicho prychnął, nic nie mówiąc. Spoglądał beznamiętnym wzrokiem na swoje dłonie, które zawsze były ubrane w czarne rękawiczki. Zacisnął je w pięść i uderzył lekko o blat stołu. Widziałem, jak walczy z tym, żeby nie wybuchnąć i czegoś nie roztrzaskać o ścianę. Należał do bardzo opanowanych osób, ale zbyt często wszystko w sobie dusił. Tak samo teraz, zamiast wyzbyć się wszystkiego, zamknął to w środku, ciężko oddychając od natłoku emocji.

Nie minęła nawet minuta, kiedy udało mu się całkowicie przywrócić równowagę. Spojrzał na mnie swoim codziennym chłodnym wzrokiem. Mógłby się czasem uśmiechnąć, naprawdę.

- Załatwiłeś sobie przepustkę do straży? - spytał, a ja zauważyłem, że powoli opuszcza go alkoholowe otępienie.

- Tak, oczywiście - odparłem szybko, unikając jego spojrzenia. Nie chciałem, żeby się dowiedział, że Mor mi w tym pomogła. Znowu by uznał, że jak zwykle utrudniam mu pracę. Wiązałoby się to z co najmniej godzinnym referatem.

- Tym razem zignoruję twój podejrzany ton, bo jestem wykończony. Ważne, że to dostałeś.

- Tylko co dalej? - wiedziałem, żeby zająć się zdobyciem przepustki, ale nie pamiętam czy wspominał o tym, co mam potem robić.

- Fernes zacznij mnie w końcu słuchać - westchnął Edward ze zrezygnowaniem. - Mając przepustkę, wpuścisz nas bez problemu do zamku. Po prostu przyjdziesz, kiedy inny strażnik będzie awanturował się, że nie ma nas na liście. Wtedy wtrącisz się mówiąc, że jesteśmy specjalnymi gośćmi.

- Mam spróbować poszukać klucza do lochów?

- Po tym jak nas wpuścisz, udasz się do miejsca, gdzie strażnicy pilnują wejścia do więzienia. Powiesz, że dostałeś informację o planowanej ucieczce z jednej celi, więc jesteś dodatkowym wsparciem. Kiedy przyjdzie Artur pomożesz mu ich unieszkodliwić i przeszukać. Tylko błagam po cichu. Nie potrzebujemy tam całego garnizonu żołnierzy.

- W tym czasie ty pójdziesz do komnaty hrabiego? - spytałem, nie będąc przekonanym do tej części planu. Osobiście uważałem, że Edward zbyt wiele ryzykuje, ale on jak zwykle się uparł.

- Przez jakiś czas razem z Vivienne będziemy w głównej sali balowej. Artur jest wyznaczony przez Adamantę jako jej pierwszy partner do tańca, więc musi tam być - na jego twarzy pojawił się wyraz rozbawienia, zapewne na myśl o tym jak bardzo naszemu znajomemu marerittowi to zadanie nie przypadło do gustu. - Potem Forkles z nią zatańczy. To będzie chwila, w której pójdziemy do jego komnaty. Nie jest to dużo czasu, bo hrabia może zawsze wyjść z sali.

Jego plan był dobrze opracowany, ale wciąż należał do bardzo ryzykownych. Nie chciałem tego robić, bo nie lubię w tak pozbawiony sensu sposób nadstawiać swojego karku. W dodatku bliźnięta są do mnie wrogo nastawione i ja także na razie za nimi nie przepadam.

Moriana by mnie okrzyczała, tłumacząc że to bardzo ważne, żeby Edward miał dostęp do komnaty hrabiego, ponieważ potrzebuje od niego pewnych informacji. A, że przy okazji ratujemy dwa silne mareritty, to tym lepiej. Tyle, że ona dostała przyjemne zadanie czuwania tuż przy wyjściu, w razie gdyby sprawy przybrały nieprzyjemny obrót.

- Naprawdę sądzisz, że Forkles trzyma te papiery na wierzchu? - Edward zmarszczył brwi na widok mojego nieprzekonania.

- Tam coś musi być. A ja to na pewno znajdę - odparł, odchylając się do tyłu na krześle. Miał zawzięty wyraz twarzy, co świadczyło, że nic go nie odwiedzie od tego pomysłu. - Czy kiedykolwiek nie miałem w tej kwestii racji?

- Skoro jesteś tego taki pewien…

Po moich słowach zapadła między nami cisza. Edward pogrążył się w swoich myślach, bawiąc się sygnetem wsuniętym na palec. Widok jego smętnej miny sprawiał, że sam bym się czegoś napił. Miałem już wołać barmana, kiedy czarnowłosy nagle podniósł głowę i spojrzał na mnie z powagą.

- Zamierzam poprosić bliźnięta, by dołączyli do naszej grupy.

- Słucham!?

Dobrze, że nie miałem niczego pod ręką, czym mógłbym w niego rzucić, bo mogłoby się to źle skończyć. To, że byłem wściekły, to mało powiedziane. Rozumiem pomóc im w ucieczce, w końcu nikt nie zasługuje na takie życie. Ale, żeby zapraszać ich od razu by do nas dołączyli? Po co, przecież razem sobie świetnie radzimy! Zresztą ich dwójka jest na tyle dla mnie tajemnicza, że zapewne zwiastują tylko kłopoty.

- Po jaką cholerę? - warknąłem przez zaciśnięte zęby, czując jak złość wypełnia każdy kawałek mojego ciała.

- A taką, że nie pozwolę by biały mareritt chodził samopas po ulicach miasta - syknął, chwytając mnie za rękę i lekko ją ściskając. - Ona nie umie i nie chce panować nad swoją mocą, Fernesie. Ktoś musi jej to pokazać, a ja się do tego najlepiej nadaję.

- Jest dorosła, więc widocznie taką podjęła decyzję i tyle! Musi być jakiś powód, dlatego lepiej to zostawić - czując pulsowanie magii w koniuszkach palców, szarpnąłem ręką, by mnie puścił. Jeszcze chwila i mu coś przypalę. - Zresztą co ci tak zależy?

- Jej moc jest niezwykła… ona może mi pomóc - pochylił się w moją stronę, wbijając we mnie zmęczony wzrok, a jego twarz nagle jakby postarzała się o kilka lat. - Pomoże mi odpocząć od niego.

Przeraziłem się na widok desperackiego, szaleńczego błysku w jego zwykle obojętnych oczach. W tej chwili go nie poznawałem. Bardziej przypominał żądnego krwi Forklesa niż siebie. Tak jak za dawnych lat w zamku.

Kiedy pierwszy raz nasze drogi się zeszły, nie wiedziałem o tym, że Edward jest mrocznym marerittem. Zachowywał się normalnie jak każdy z nas, nawet wtedy gdy poddawano nas testom na Rubinów. Nie używał swoich mocy ponad poziom innych dzieci. Jednak wiedziałem, że od czasu do czasu znikał na kilka dni, które z czasem zamieniały się w tygodnie, a nawet miesiące. W końcu, któregoś razu gdy byliśmy razem na patrolu, stracił nad sobą panowanie. Wtedy właśnie pierwszy raz zobaczyłem, co to znaczy być przebudzonym. Widok tej masakry mam wciąż przed oczami. Rzucał się na wszystko, co tylko żyło. To było tak nagłe, że wpierw stałem przerażony, nie mogąc zrozumieć co się dzieje. Dopiero kiedy Rubini wokół mnie zaczęli padać jak muchy, obudziłem się i zacząłem działać.

Musieliśmy go opanować, wyrzucając w niego prawie wszystkie szafirowe naboje, ale i to nie pomagało. Wciąż trzymał się na nogach, nie tracąc przy tym apetytu na jeszcze większy rozlew krwi. Bałem się, że doprowadzi się do stanu, w którym tylko śmierć będzie wyjściem. Dlatego zacząłem działać, wiedząc że tylko ja jestem w stanie go powstrzymać.

Nic nie równa się sile mrocznego mareritta. Sposobem na nich są tylko rany zadawane przez szafir i przewaga liczebna. Nawet pomimo bycia ognistym marerittem, drugim pod względem siły, sam nie miałem szans na przebudzonego Edwarda. Tym, co mi wtedy pomogło był czas, jaki minął od jego przemiany oraz osłabiające działanie szafirowych kul. Bałem się o własne życie, to i walczyłem, tak jakby każdy najmniejszy błąd mógłby doprowadzić do mojej śmierci. Po długiej i wyczerpującej walce,z której wyszedłem zwycięsko Edward padł z wykończenia, chociaż wiedziałem, że gdyby nie ograniczające demona ludzkie ciało, szalałby aż po kres swojego istnienia.

Nie wiem, co się potem z nim działo, bo też straciłem przytomność. Mówiono mi, że zajął się nim nadworny medyk i sam hrabia. Po całym tym wydarzeniu nie widzieliśmy się prawie miesiąc. Kiedy w końcu wrócił, coś się w nim zmieniło. Wpierw traktował mnie z dużą rezerwą, unikając jak tylko mógł. Jako, że należę do osób o gorącym temperamencie, od razu mu powiedziałem, żeby przestał się wygłupiać, bo to nie jego wina, że tak się stało. Był zszokowany moimi słowami, myśląc pewnie, że go znienawidziłem za to co zrobił. Potem się lekko uśmiechnął i uściskał mnie na znak, że wszystko już rozumie.

Pamiętam, że nigdy potem nie wracaliśmy do tych wydarzeń. Jednak od tamtego momentu, Edward zawsze do mnie przychodził, kiedy się gorzej czuł. Kazał mi wychodzić na dwór i z nim trenować póki nie słaniał się na nogach. Był bystrym dzieciakiem, więc się domyślił, że w takim stanie demon nie przejmie nad nim kontroli. Tyle, że Forkles do głupich też nie należał. Zorientował się, co Edward robi i zaczął go bardziej pilnować. Był jego ulubioną marionetką, więc zawsze chciał go wykorzystywać do jakichś misji.

Po dziś dzień naszym jedynym wyjściem, kiedy traci kontrolę jest wykończenie go ciężką walką. Jednak w większości wypadków demon sam musiał dać za wygraną, zwykle kiedy nudziła go “zabawa”. Rozumiem, że znalezienie innych rozwiązań to dla niego najważniejsza rzecz na świecie, ale nie mogłem dopuścić do tego, by teraz przez to zamieniał się w Forklesa. Nie po tym, co widziałem i co przeszliśmy. Dlatego postanowiłem przemówić mu do rozsądku.

- Nie możesz traktować innych tak jakby byli zwykłymi przedmiotami do użytku. Nie zapominaj, kim sam byłeś w rękach hrabiego.

Chłód i stanowczość w moich słowach sprawiły, że na chwilę się opamiętał. Spoglądał na mnie wyraźnie zagubiony w sobie. Dostrzegłem jak jego ręce zaczęły nieznacznie drżeć. Poczułem ukłucie w sercu, gdy dotarło do mnie jak bardzo ostatnio sobie nie radzi. Wiem, że cierpi, ale musi się wziąć w garść. Nie chcę go stracić. A nie wiem jak długo i ja sam sobie poradzę z ciągłym zwalczaniem demona.

- Wiesz, że to nie to samo - szepnął zbolałym głosem. Ukrył twarz w dłoniach, opierając się na blacie baru.

- Jesteś moim przyjacielem, ale wiem, że nie mogę za ciebie decydować - powiedziałem, wstając z krzesła. Miałem już dość tej rozmowy. - Nie umiem wyobrazić sobie twojego bólu, który trwa już tyle lat. Musisz jednak zrozumieć, że jeżeli będziesz chciał wykorzystać jej moc, bez uprzedniego poznania powodu, dla którego jej nie używa, to nie będzie się to niczym różniło od tego, jak ciebie traktował Forkles. A tego byś chyba nie chciał.

Edward nawet nie drgnął. Nie obrzucił mnie także żadnym wściekłym spojrzeniem. Z otępieniem spoglądał przed siebie. Jedyne co poczułem, to silną magię gęsto skumulowaną wokół niego. Wiedziałem, że powstrzymuje się, żeby się na mnie nie rzucić za te słowa. Dlatego zostawiłem go w spokoju i wyszedłem, licząc, że coś jednak do niego dotarło.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dobry, Zły i Brzydki

Tajemnica dzieciństwa

Rozdział 32 Ostatnie pożegnanie